X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
more_horiz
Redakcja Programów Katolickich

10-15.11.08 r. - Felietony E. Nowak

Ostatnia aktualizacja: 06.11.2008 21:58
.
Audio

Cykl felietonów Elzbiety Nowak o ludzkim losie, cierpieniu, starości, literaturze i sztuce.

Opracowanie: Marcin Witan


    Poniedziałek, 10.11.08 r.

    ZMIANA CZASU


    Niektórzy ludzie potrafią budzić się na zawołanie o określonej porze. Ba, nawet
dokładnie o jakiejś godzinie, i to co do minuty. Posiadał tę umiejętność mój ojciec,
po nim ja ją odziedziczyłam, a ostatnio zwierzył mi się mój 15-letni wnuk, że też
potrafi obudzić się na minutę przed dzwonkiem komórki. To jest właśnie dokładnie
tak samo. I bardzo to dziwne, że nie musi to być nawet jakaś pełna godzina,
ale na przykład załóżmy - 4.23 i o 4.22 coś mnie podrywa z poduszki, i każe spojrzeć
na zegarek... Nie może to być oczywiście tylko takie sobie sprawdzanie, czy mogę
się obudzić kiedy zechcę, ale musi być związane z jakąś istotną potrzebą. Przeważnie
jest to budzenie się przed podróżą, lub z powodu konieczności wyjścia wcześniej
z domu dla załatwienia jakichś ważnych spraw. Niektórzy uważają że to nie jest
budzenie się na zawołanie, ale po prostu czuwanie. Może to i jest czuwanie,
ale przecież zupełnie nieświadome, bo śpi się całkiem normalnie, aż do tej magicznej
pory, do chwili przebudzenia.

    Ponieważ pracuję usilnie nad swoją duchowością, uważam obecnie że robi to dla mnie
mój Anioł Stróż, i budzi mnie o określonej porze, i to dokładnie co do minuty. Ale pewnie
jest to też związane z moją własną psychiczną konstrukcją, i jak nie trudno w tym miejscu odgadnąć - bardzo nie lubię zmiany czasu. Oczywiście, szczególnie tej zmiany na wiosnę,
gdy zabiera nam się godzinę snu i każe wcześniej wstawać. Co ciekawe - ten mój
wewnętrzny budzik - czyli Anioł Stróż - natychmiast przystosowuje się do tej zmiany
i budzi mnie o określonej godzinie, już według nowego czasu. Oto jest dopiero zagadka.
A jednak przez całe lato odczuwam pewien dyskomfort psychofizyczny - i nie jest mi
obojętne, gdy muszę wstać np. o godzinie 7.00, bo mam świadomość, że to "dawna"
godzina 6.00, i oczywiście czuję się niedospana. Słychać już nawet nieśmiałe głosy -
- może to są głosy rozsądku? - że zmiana czasu na czas letni wcale nie jest aż tak
bardzo korzystna dla gospodarki, jak niegdyś przypuszczano, decydując się na ten
krok. I że wcale nie daje to aż tak wielkich oszczędności energii, co miało być związane
z dłuższym dniem i światłem dziennym.

    Niedawno przeczytałam w prasie ciekawy artykuł - o hipnozie i pamięci. O tym,
jak to podczas seansu hipnotycznego można kazać człowiekowi, by zapomniał co się
wydarzyło, a potem, by to sobie z powrotem przypomniał. Grupa izraelskich uczonych
zdołała zbadać, jak działa mózg podczas takiej krótkotrwałej amnezji, analizując
aktywność mózgu ochotników w trakcie hipnozy. Skoncentrowali się oni na efekcie
zwanym amnezją posthipnotyczną.  Taką amnezję można wywołać niejako na zawołanie
- jest to chwilowe wymazanie czegoś z pamięci - sugerując człowiekowi w trakcie hipnozy,
by zapomniał o jakimś wydarzeniu, i sprawić, by po przebudzeniu rzeczywiście niczego nie pamiętał. Następnie odwrócić to jednym poleceniem, np.: "teraz już wszystko pamiętasz".
Efekt taki jest dziwny, bo przecież informacje albo zostają zapisane w mózgu, albo nie,
co zresztą  zdarza się i w naszym codziennym życiu.  I co ciekawe - u tych, którzy mieli
zapomnieć na chwilę - tak samo jak u tych, którzy nie doświadczyli amnezji - podane im informacje przez cały czas znajdowały się w ich mózgach. Ale jak te procesy zostały
włączone lub wyłączone, to wciąż pozostaje tajemnicą.

    Znamy termin który zwie się "pranie mózgu". Każde działanie z zewnątrz na nasz mózg
można z pewną dozą prawdopodobieństwa tak określić. Człowiek po takim "praniu mózgu"
na ogół zachowuje się inaczej. Czy lepiej, czy gorzej, to  zależy od pozycji wyjściowej.
W ogóle zabawy z ludzką psychiką są bardzo niebezpieczne, bo nigdy nie wiadomo,
czym się mogą skończyć. Pomimo naszej mądrości, wciąż nie wiemy wielu rzeczy,
i nasz ludzki mózg ciągle stanowi nie poznaną do końca zagadkę.

    Dla mnie osobiście zmiana czasu - rzecz zdawało by się bardzo prozaiczna - stanowi
ostre zaburzenie mojego rytmu biologicznego. Zmusza mój mózg do akceptowania innych warunków niż poprzednie, wmawiając mu, że wszystko jest OK.  Cieszę się że tym razem,
w tym roku, mamy to już za sobą, tę zmianę czasu, zmianę czy raczej powrót do normalności?
I - do najbliższej wiosny, zobaczymy co zwycięży. Czy stare nawyki, tu raczej siła inercji,
czy głos rozsądku. 




Wtorek, 11.11.08 r.

SPORTOWA NIEPODLEGŁOŚĆ


    Gdy otrzymałam propozycję, by napisać felieton w tym właśnie czasie, gdy wypada
w kalendarzu Święto Niepodległości, od razu wiedziałam, o czym chciałabym opowiedzieć,
o czym napisać. Kupiłam w prezencie moim wnukom Kronikę Sportu, postanowiłam i ja także
z niej skorzystać. Już na samym początku tej lektury znalazłam elektryzującą wiadomość,
że pierwszy mecz piłkarski między drużynami Polonii i Legii odbył się w kwietniu 1917 roku!
Kurier Warszawski tak napisał przed meczem o Legii: "Jest to najlepsza drużyna piłki nożnej
na ziemiach polskich..."- i przytoczono kilka zwycięskich bitew na boisku.. Historyczny mecz
z Polonią zakończył się remisem 1:1.

    Ale pozostawmy te warszawskie ciekawostki lokalne i powróćmy do wielkiego sportu.
Otóż już we wrześniu 1918 roku w Warszawie odbył się I zjazd Polskich Stowarzyszeń Sportowych i Gimnastycznych. Napisano wówczas na łamach Sportu Polskiego:
"Oto zakładamy Związek Zrzeszeń Polskich zajmujących się czynnie rozwojem fizycznym.
Do szeregu wzywamy was, bratnie zrzeszenia sportowe i gimnastyczne, wzywamy was
do skoordynowania waszych idei i dążeń w jedno wspólne, powszechne skupienie,
a jedną myśl, w jeden czyn, wielki, potężny - bo dobro, całość, niepodległość i honor Ojczyzny mający na oku. Do szeregu". Gorąca dyskusja skupiła się wokół zagadnień kształtu sportu w Polsce Niepodległej. "Na olimpiadach, na wielkich meetingach międzynarodowych świecimy nieobecnością. A właśnie dziś, w chwili powstania naszego państwa, powinna młodzież polska reprezentować nowe państwo, na takich międzynarodowych świętach wychowania fizycznego, i wykrzyknąć głośno: jesteśmy!" A potem już się zaczęło. W następnym roku, w 1919,
na ogólnopolskim zjeździe nauczycieli zwanym Sejmem Nauczycielskim opracowano,
co właściwy Sejm potem zatwierdził, wytyczne dla szkolnego wychowania fizycznego
w Polsce. Powstaje katedra Higieny Szkolnej i Wychowania Fizycznego w Poznaniu,
która daje początek Akademii Wychowania Fizycznego. I jako pierwszy w niepodległej
Polsce, w październiku 1919 roku w Krakowie, powołany zostaje Polski Związek
Lekkoatletyczny, a pierwszym jego prezesem został Tadeusz Kucharki. W grudniu powstają kolejne związki - Polski Związek Towarzystw Wioślarskich, Polski Związek Piłki Nożnej i Polski Związek Narciarki.

    W 1920 roku Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich przystąpił do komitetu międzynarodowego
z zamiarem zgłoszenia Polski po raz pierwszy do VII Olimpiady w Antwerpii w tymże roku.
Ale na pierwsze medale olimpijskie musieliśmy poczekać do następnej Olimpiady, w 1924 roku
w Paryżu. Jechaliśmy tam - "po naukę i doświadczenie", co jest hasłem wciąż aktualnym,
nawet do dziś... Medal srebrny zdobyła wtedy nasza drużyna kolarska w wyścigu torowym
na 4 km, a byli to - Tomasz Stankiewicz, Jan Łazarski, Franciszek Szymczyk i Józef Lange.
Medal brązowy zdobył Adam Królikiewicz w indywidualnym konkursie skoków przez przeszkody na koniu Picador. W olimpijskim konkursie sztuki nie braliśmy udziału, ale wysłano tam
delegatów do prac w Jury. I byli to - jakież nazwiska! - Karol Szymanowski - muzyka, Olga Boznańska - malarstwo, Karol Stryjeński - architektura, Bolesław Lewandowki - rzeźba.
W 1921 roku PZPN został członkiem FIFA, i w tymże roku odbył się pierwszy mecz międzynarodowy w piłkę nożną z Węgrami, którzy wygrali z nami 1:0. W 1924 roku Polski Związek Narciarski wstępuje do FIS, a w 1925 roku Polski Związek Bokserski przyjęty
zostaje do FIBA... i tak dalej, i tak dalej. Polski sport wypływa na szerokie, międzynarodowe wody, i stajemy się widoczni na arenach świata, już jako Polacy, reprezentanci własnego
kraju.
   
    Z ciekawostek można przypomnieć, że 13 grudnia  1925 roku w Warszawie obradował pierwszy ogólnopolski zjazd dziennikarzy sportowych, a powstał na nim - Związek Dziennikarzy i Publicystów Sportowych RP. Na czele zarządu stanął Władysław Osmolski. Jednocześnie przyjęto uchwałę o przystąpieniu do Międzynarodowego Stowarzyszenia Prasy Sportowej (AIPIS). W międzyczasie, właśnie w roku 1926 Polscy kawalerzyści zdobywają w Nowym Jorku Puchar Narodów, co szczególnie warto odnotować.  Zaś w 1927 roku powstaje nowy zawód.
Jest to zawód komentatora radiowego. 6 listopada, w Zurychu, podczas meczu piłki nożnej Szwajcaria - Szwecja Hans Sutter przekazywał na żywo, przez mikrofon, przebieg spotkania. Entuzjazm, jaki wzbudził ten fakt, trwa do dziś, gdy słuchamy transmisji Polskiego Radia.
Ja osobiście wolę je nawet od telewizyjnych. Nasi sprawozdawcy są naprawdę fenomenalni, najlepsi na świecie!



Środa, 12.11.08 r.

TAJEMNICZY OBRAZ

    Gdy we wrześniu spotkałam się z Państwem, opowiadałam o pewnej mojej przygodzie
z Poetą, o tym jak to w prasie przeczytałam jego wiersz, a potem - po miesiącach -
- zapragnęłam go nie tylko odnaleźć, ale i poznać bliżej Autora. Był to Philip Larkin.
Jego nowo wydany tom poezji mam już, wciąż blisko siebie, i czytam po kawałeczku,
żeby tylko nie za szybko skończyć. Zresztą, nawet gdy przeczytam wszystko, to znów
wrócę do niego od początku, tak bardzo jest mi bliska ta jego poezja.

    Dziś chciałabym opowiedzieć o kolejnej mojej fascynacji, tym razem malarskiej,
która przez czterdzieści lat czekała na moje odkrycie. Przy porządkowaniu starych
papierów, również tych po nieżyjącym tacie, natrafiłam na niewielką akwarelkę.
Rozmiar A4,  skryta w szarej dużej kopercie, z usztywniającą tekturką pod spodem -
tato był mistrzem w różnych domowych wynalazkach i udogodnieniach, która chroniła
ją od zagniecenia.  Przypomniałam sobie mgliście okoliczności jej zdobycia. To było
dokładnie w roku 1968, 40 lat temu, a podarował ją moim rodzicom pewien artysta,
pan Władysław Popielarczyk. Była to jakaś przelotna znajomość, poprzez innych ludzi.
Już go wcale nie pamiętam, wiem tylko, że miał wtedy pracownię na ulicy Piwnej,
na warszawskiej Starówce. Podarował on ten obrazek moim rodzicom.  Sam obraz?
No cóż, jest to plątanina kolorów i ich odcieni przenikających się nawzajem, poprzecinanych kolorowymi smugami. W ciepłych barwach, ale doprawdy trudno dopatrzyć się tu jakiegoś
sensu czy konkretnego kształtu. Tato zapytał - dobrze to zapamiętałam - jak mamy oglądać
ten obraz? W pionie czy poziomie, z której strony? Malarz wziął do ręki swoje dzieło,
popatrzył wzdłuż, popatrzył w poprzek, i stwierdził: jednak w poziomie, dla pewności
podpiszę, to najlepiej będzie wiadomo.

    Zawiesiłam teraz sobie ten obrazek w swoim pokoju, naprzeciwko łóżka.
Rano i wieczorem widzę go natychmiast. Bezsensowna plątanina kolorów z czasem zaczęła układać się w jakieś kształty, które przypominały mi dziwne rzeczy, zależy jak na niego
patrzyłam - czy z boku, czy na wprost, no i jak był oświetlony - czy światłem dnia, sztucznym
od żarówki, czy też w półmroku - porannym przy zasłoniętym oknie lub wieczorem,
w zapadającym zmroku. I wciąż widziałam coś nowego - a to dom rodzinny w oddali,
albo znów moje marzenia, czasem ciernistą drogę przez życie, innym razem radość
zwycięstwa nad własnymi słabościami i losem. Ta niepozorna akwarela zaczęła żyć jakby
jakimś własnym życiem. I to mało powiedzieć - własnym. Był to jakby obraz mojego własnego życia. Teraz już ze zdwojoną ciekawością zapragnęłam dowiedzieć się czegoś więcej
o Autorze. A jakże - znalazłam go, oczywiście, w internecie. Pan Władysław Popielarczyk,
1925 - 1987. Był artystą wszechstronnie uzdolnionym - uprawiał malarstwo sztalugowe
ścienne, projektował wystroje wnętrz, urządzał happeningi, pisał wiersze i komponował piosenki.  Prawie całe swoje życie spędził na Starym Mieście, w Warszawie. Dziś prace jego
są w wielu muzeach świata, m.in. w Sztokholmie, Oulu, Miami, Indianapolis, Kalifornii,
nie mówiąc o muzeach polskich w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu. Także jego dzieła znajdują
się w prywatnych kolekcjach kilku prezydentów z przeszłości. To miłe, że i ja mam ten
skrawek papieru, jak się okazuje - całkiem cenny, ale przecież nie o to mi tu chodzi.
Artysta był postacią barwną i komunikatywną, a spotkania  z nim zawsze stawały się wydarzeniem. Kolekcjonował prawdopodobnie ludzkie typy, i każdy człowiek był dla niego ciekawym okazem. Pewnie też dlatego i przez życie mojej rodziny przeleciał jak burza,
i zniknął. Napisano jeszcze, że jego malarstwo odzwierciedla niepokój i nerwowość
ówczesnego czasu, płynność natury i jej zmienność.  Zrozumiałam dlaczego właśnie tak
a nie inaczej odczytałam jego obraz. A odczytałam  po prostu - jako pogmatwany obraz
mojego życia. I zastanawiam się też nad tym, że czasami stykamy się z czymś, co nabiera znaczenia dopiero w dalekiej przyszłości. Dlatego najlepiej weryfikuje wszystko czas.
Ale i my sami czasem rozumiemy coś dopiero gdy dojrzejemy, po latach życia i doświadczeń.
Ale także, jak powiedział pan Bohdan Urbankowski w jednym ze swoich tekstów - "jest regułą,
że utwór jest mądrzejszy od swego nawet najbardziej genialnego twórcy. Im wybitniejszy twórca - tym utwór wybitniejszy od niego". Dziś, gdybym spotkała pana Władysława Popielarczyka, opowiedziałabym mu, jakim był genialnym malarzem, że na maleńkim
kawałeczku papieru, kilkunastoma maźnięciami pędzla, potrafił tak wiele pokazać.
I że dziś te jego kilka maźnięć pędzlem wywołuje tak wiele wzruszeń w moim sercu.    

  

Czwartek, 13.11.08 r.

DOBRA LITERATURA


    Nie wiem, czy zwrócili państwo uwagę na to, jak lektorzy czytają  tłumaczenia list
dialogowych filmów. To podobno polska specjalność, by taki głos był "nałożony"
na oryginalny dźwięk. Osobiście też mi to odpowiada, bo jednak żaden dubbing
nie odda prawdy i autentyzmu pierwowzoru, który niejako przebija pod tłumaczeniem.
Zresztą i lektorzy są rozmaici. Na pewno wiadomo, którzy są najlepsi. Mianowicie ci,
których jakby nie zauważamy, a identyfikujemy dopiero na koniec filmu, gdy podawane
jest już tylko ich nazwisko. Mówimy wtedy znacząco: Aaaa! To on!

    Prawdziwa sztuka przemawia do człowieka sama, nie dostrzegamy jej twórcy.
To z dziełem się konfrontujemy, a nie z jego autorem. Owszem, autor poprzez swoje
dzieło chce nam coś przekazać, ale potem to jego "dziecko" żyje już własnym życiem,
życiem obdarowanym przez odbiorców, czasem jakże dalekim od intencji twórcy.
W ten sposób niektóre pieśni stały się hymnami zaś dzieła malarskie symbolami.
Oglądając dobry film, słuchając wybitnego koncertu - przetwarzamy je potem w sobie
na doświadczenie osobiste. Oglądając dobry obraz, widzimy w nim coś intymnego,
jakieś własne przeżycia, wzruszenia. Dobra książka nie ma za zadanie nas rozbawić, zainteresować, zaciekawić, przerazić. Nie mam zaufania do współczesnych reklam,
które najpierw promują autora, potem to, co już napisał dotychczas, przeważnie określając mianem bestsellerów, a dopiero na końcu podając tytuł książki, o którą właśnie chodzi.
Dobra książka nas wciąga tak, że jej bohaterowie ożywają, widzimy ich oczami wyobraźni,
stają się nam bliscy i znajomi, i niemal zaczynamy żyć ich życiem. Dlatego tak wiele sporów niegdyś wybuchało, gdy miano realizować sztandarowe dzieła naszej literatury: Trylogię,
Pana Tadeusza, Zemstę, Popioły, Quo Vadis
i wiele innych. Każdy z nas miał jakieś konkretne wyobrażenie bohaterów tych książek, i rzeczywiste postaci nigdy do końca nie spełniały
naszych oczekiwań względem nich.

    Teraz czytanie, słuchanie, oglądanie - zostało zastąpione przez telewizję. Podaje ona wszystko już gotowe, wszystko to w jednym, zrobione według gustu jednego twórcy,
który w ten sposób sprzedaje nam tylko swoją własną wizję. Nie ma tu już miejsca
na naszą indywidualną interpretację, wyobraźnię, na autentyczne przeżycie,
na odnalezienie własnego klucza dla zrozumienia siebie, i świata. To tak, jak jeść nawet
pyszne danie, ale tylko tyle. Gdy się objemy zbyt łapczywie, czeka nas tylko niestrawność.

    Moi domownicy już wiedzą, dlaczego nie lubię oglądać polskich seriali obyczajowych.
Bo przeważnie mogę im opowiedzieć, co będzie dalej. Poza tym wszystko w nich jest
sztuczne, wymyślone, nieautentyczne, a jednocześnie - jak mówią niektórzy - proste
i nieskomplikowane jak cep. Szkoda więc życia na coś, co nie wnosi w nie nic wartościowego, pięknego, jakiegoś głębszego przeżycia czy refleksji. Już lepiej coś poczytać.

    Zniechęcona licznymi próbami sięgnięcia po zachwalane bestsellery które po prostu
nie dały się czytać, wróciłam do lektury sprawdzonej i pewnej. Cronin, Robbie i Robert.
Autor opisuje w niej losy Roberta Shannona, od dziecka po lata dojrzałe. Oto młodziutki
Robbie, u progu pierwszych młodzieńczych porywów serca,  odrabia lekcje w domu Alison,
swojej rówieśniczki z klasy.

    "Siedziałem blisko niej, tak blisko, że nasze kolana stykały się pod stołem, i odczuwałem
słodką niemoc, od której omdlewało mi serce. A kiedy nasze ręce spotykały się na kartkach książki, przez moje ciało przebiegał rozkoszny, prawie bolesny dreszcz. Od czasu do czasu
Alison potrząsała niecierpliwie włosami, które bezładnie rozsypywały się na jej plecach;
wydawały mi się one czymś nieskończenie cudownym, prawie świętym. Rzucałem
ukradkowe spojrzenia na jej różowe, świeże policzki i widziałem lśniącą wilgoć dolnej
wargi, gdy od czasu do czasu ze zmarszczonym od wysiłku czołem, zaczynała ssać
koniec ołówka. Nie usiłowałem, nie miałem prawa dopuścić do siebie słowa "miłość".
Miałem tylko nadzieję, że może lubi mnie trochę. Wydawało mi się, że żyję, mówię,
uśmiecham się jakby w jakimś cudownym śnie".

    Jakże te pierwsze porywy serca są wzniosłe, piękne, delikatne. A my chcemy naszym
dzieciom w tym momencie zafundować w szkole wychowanie seksualne a w nim:
wiadomości o budowie pochwy i penisa, orgazm, prezerwatywy i pigułki, masturbacja,
związki homoseksualne, i tak dalej, i tak dalej. Brrr...


Piątek, 14.11.08 r.

BÓL MIŁOŚCI

    W pierwszych dniach listopadowych związanych z obchodami świąt Wszystkich Świętych
i Zaduszkami telewizja nadała krótki koncert Michała Bajora. Zbyt późno się "załapałam",
ale zdążyłam jeszcze usłyszeć przepiękną piosenkę do słów nieodżałowanego Jonasz
Kofty: "Podziel się ze mną swoim bólem". Jakże szkoda, że tak rzadko możemy podziwiać naszych największych artystów, artystów prawdziwych, z którymi spotkanie pozostaje
potem na długo w sercu, budzi wzruszenia i refleksje. Nie chcę tu rozwodzić się nad tym,
czego musimy zwykle słuchać, bo ktoś zaraz powie "a od czego jest pilot". Mogę tylko
na to odpowiedzieć, że płacę abonament i mnie też się coś za to należy. Ale chyba tylko
mogę sobie pogadać.

    Wróćmy więc do tej pieśni. "Wszystko, co dobre musi boleć. Wszystko co piękne musi
boleć. Chociaż tak trudno to znieść". Taki jest mniej więcej sens, który zapamiętałam.
To niełatwe życiowe prawdy. I bardzo nie lubimy o nich słuchać lub mówić. A co dopiero
żyć w zgodzie z nimi. Szczególnie kiedy wszystko boli najbardziej, gdy wszystko jest bólem
i cierpieniem - a tak zwykle bywa w młodości. Wykluwanie się dorosłego człowieczeństwa
musi więc boleć bo zanim z poczwarki powstanie motyl, okropnie się natrudzi.

    W starszym wieku, gdy oglądamy się wstecz, te nasze cierpienia młodości, choć oddalone
w czasie, zdają się niemal koszmarem, a przynajmniej ja tak to zapamiętałam. Cierpienie
wtedy nie miało granic. Nie ma co się dziwić, że moi rówieśnicy wpadali w alkoholizm
(narkotyki nie były jeszcze tak powszechne jak dziś), niektórzy popełniali samobójstwa,
ludzie często gubili się w życiu dokonując "na gorąco" niewłaściwych wyborów. Myślę
nawet że obecnie jest nieco łatwiej, bo już wiadomo chociaż, że można szukać pomocy.
A choćby - zadzwonić do telefonu zaufania, co też jest jakimś jeśli nie rozwiązaniem,
to jego początkiem.

    Jonasz Kofta zmarł młodo, zbyt młodo. Widziałam go kiedyś w Stodole, podczas jakiejś szalonej studenckiej  nocy, gdy improwizował z kolegami, zabawiając nas-widzów,
którzy za nic nie mogliśmy się oderwać od tego spektaklu, i odejść do domu z tego
magicznego miejsca, wtedy przy ulicy Nowowiejskiej.  W tej swojej piosence, śpiewanej
przez Michała Bajora, zdradził nam swoją tajemnicę. Musiał dokładnie wiedzieć, co boli najbardziej - piękno i dobro - i dzieli się z nami tym bólem.  A że na ziemi czymś najlepszym
i najpiękniejszym jest miłość, to właśnie ona kosztuje nas najwięcej bólu, i może właśnie
dlatego jest tak bezcenna. I nie mówię tu tylko o miłości męsko-damskiej, sprowadzonej
do wspólnego łoża i stołu. Ale choćby o miłości macierzyńskiej, pełnej wyrzeczeń i poświęceń, jakże trudnej czasami i ciężkiej. Ale dającej satysfakcję nieporównywalną z niczym innym.
Tu nieśmiało chciałabym też zwrócić uwagę na miłość dziadków i babć (to ja! to ja!)
do wnuków. Miłość absolutnie pozbawioną egoizmu, zupełnie bezinteresowną, czystą.
Pełną obaw, bo kto jak kto, ale starsze osoby o życiu wiedzą najwięcej. I z nutką żalu,
że się nie doczeka wielu wydarzeń w życiu tych wnuków, a przynajmniej tu,  na ziemi.

    Miłość szczęśliwa to wcale nie znaczy, że jest ona lekka, łatwa i przyjemna. Miłość
szczęśliwa to przede wszystkim odpowiedzialność za drugiego człowieka, a ta nigdy
nie jest czymś lekkim, łatwym i przyjemnym. Jak mówi święty Paweł - "...miłość cierpliwa
jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie
dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy
nie ustaje (...)" (1Kor.13, 4-8).  Przyglądając się naszym ziemskim miłościom widać,
że nie są one za bardzo zgodne z tą pawłową definicją. Owszem, lubimy się na nią
powoływać, ale trudniej nam przychodzi się do tego stosować. Bo jakże tu nie być
zadrosnym? Lub zapominać, kto nam co złego uczynił? I zawsze musimy postawić
na swoim. A z tym bezwstydem to już proponuję pooglądać kolorowe czasopisma,
krytycznie pooglądać. Czy tam jest przedstawiona taka właśnie idealna miłość?
A przecież jeśli tak pojmujemy miłość, jak to nam przedstawił św. Paweł, to jest ona
i piękna, i dobra. I musi boleć - jak powiedział Poeta, "Chociaż trudno to znieść".
Dopiero zgoda na ten ból, jego akceptacja, daje prawdziwą radość i szczęście.




Sobota, 15.11.08 r.

TAJEMNICA ŻYCIA

    Wczesna pora tych mini-audycji pozwala mi przypuszczać, że słuchają ich ludzie
szczególni. Oprócz tych, którym radio umila życie o tej porze podczas pracy,
prawdopodobnie przy odbiornikach przeważają ci, którzy nie mogą spać - albo
eszcze, albo już. Już nie mogą spać, czyli ci którzy budzą się wcześnie, zbyt wcześnie.
Taka cecha wyróżnia szczególnie ludzi starszych. Okazuje się że z wiekiem
potrzebujemy coraz mniej snu. Zaczyna się od całej doby w pierwszym półroczu
ludzkiego życia, jedynie z przerwami na karmienie, poprzez 10-18 godz, w dzieciństwie,
10-12 w młodości i 6-10 w wieku dorosłym. Po 60 roku życia czasem wystarcza
3 do 4 godzin snu. A co z resztą? To jest taki mały paradoks - gdy jesteśmy młodzi
i potrzeba nam więcej czasu, by żyć intensywnie, bo tak wiele jest ciekawych rzeczy
do zrobienia, wtedy musimy więcej spać dla zdrowia. Zaś w starości, gdy nasza
aktywność spada, mamy na to dużo więcej czasu. Czyżby Stwórca uwzględnił to,
że starsi ludzie wolniej wszystko robią, i w ogóle są wolniejsi? I dlatego dał im więcej
czasu na to wszystko? Natomiast charakterystyczna dla staruszków jest drzemka
w dzień. Pamiętam mojego tatę, który przysypiał w fotelu przy telewizji, i na zachętę,
by się już wreszcie położył do łóżka, nerwowo reagował: ależ ja wcale nie śpię!
Ja nie śpię! Z innych ciekawszych życiowych danych to z wiekiem tętno człowieka maleje,
ale za to rośnie ciśnienie. I to też jest zastanawiające.

    A ponieważ już zeszłam na ten temat "staruszkowy" to nie mogę nie wspomnieć
o pewnym spektaklu. Była to sztuka "Starość jest piękna" wystawiona przez teatr
Krystyny Jandy na Placu Konstytucji w Warszawie. Nic by nie było dziwnego, gdyby
zachęciła mnie do jej obejrzenia jakaś koleżanka lub kolega z jednej półki. Ale wnuk?
To nie pasuje. A jednak. Poszłam więc, oczywiście dużo wcześniej, żeby zająć
strategiczne miejsce. Jeśli już wnuk mi coś poleca, to muszę koniecznie wszystko
zobaczyć, a szczególnie to, co on sam zobaczył w tej sztuce. Choć nie jestem osobiście
fanką pani Jandy, to mam wielkie uznanie dla jej wielorakich talentów. W tym spektaklu
akurat nie grała osobiście, była w nim zresztą tylko jedna rola dla starszej osoby, grała ją autentyczna aktorka starszego pokolenia. Reszta to były manekiny staruszek i starców
oraz - sama młodzież, rewelacyjna!

    Kiedy na początku aktorka, grająca główną rolę staruszki zbliżała się do sceny,
rozsypując karmę dla gołębi, a te zleciały się ogromnym stadem na darmowe jedzenie,
to zdało się że to ktoś po prostu przechodzi ulicą. Wtopiła się doskonale w tło, i odkrycie
że jest to już początek sztuki, wstrząsnęło widzami. Potem świeże pomarańcze toczące
się do naszych stóp, a wypadające ze słabych, starczych rąk też stanowiły bolesny
kontrast między życiem a jego zanikaniem. Ogromne zdjęcia twarzy ludzi starych
ukazywały każdą zmarszczkę, każdą rysę na obliczach porysowanych przeżyciami
i latami. Wzruszający i piękny obraz tych twarzy zmienił i moje własne postrzeganie
starości. Bo choć sama jestem już - co tu dużo mówić - stara, to nie ma we mnie
do końca zgody na to, co czas ze mną wyprawia. Pokazywane twarze stanowiły dowód
na to, że można patrzeć na nie inaczej, i że to od nas samych zależy co widzimy,
i co - zobaczymy.

    Takich spektakli się nie opowiada, to się po prostu przeżywa. Faktem jest, że to,
co ja zobaczyłam, to było z pewnością coś zupełnie innego, niż to, co widział mój wnuk.
A jednak jakoś się "spotkaliśmy" po środku tej drogi życia. Pozwoliło mi to nieco lepiej
zrozumieć mojego wnuka, a mam nadzieję że i jemu - mnie.

    Zamiast więc podsumowania proponuję kilka myśli, składających się na swoistą
tajemnicę życia, chyba kiedyś już o nich wspominałam ale nie zaszkodzi przypomnieć
je sobie jeszcze raz.  Dotyczą one ludzi starszych i coś mówią o nich takiego, czego często
nie zauważamy na co dzień. Otóż:

Starzy ludzie poruszają się wolniej, ale wiedzą lepiej dokąd zmierzają.
Może i wolniej podejmują decyzje, ale ich decyzje są mądrzejsze.
Może wolniej myślą, ale ich myśli są bardziej przenikliwe.
Może i gorzej widzą, ale ich wzrok sięga głębiej.
Może i gorzej słyszą, ale lepiej wiedzą czego w ogóle słuchać.
Może i gorzej radzą sobie z nowoczesną technologią, ale chyba więcej wiedzą
o tajemnicy życia.
Z tym przesłaniem pozostawiam państwa do następnego spotkania, jeśli Dobry Bóg
nam wszystkim na to pozwoli.


Elżbieta Nowak

 












 

 

 

 

 
















 

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak