more_horiz
EURO 2020

"Brazylijska Hiroszima” i angielska klątwa Wembley – domowe porażki gospodarzy wielkich turniejów

Ostatnia aktualizacja: 12.07.2021 16:50
Miniony weekend przyniósł łzy i rozczarowanie gospodarzom finałowych spotkań mistrzostw Europy i Ameryki Południowej. To nie pierwszy raz gdy Anglia i Brazylia największych upokorzeń doznają na oczach swoich najwierniejszych fanów.
Piłkarze reprezentacji Anglii po porażce z Włochami
Piłkarze reprezentacji Anglii po porażce z WłochamiFoto: PAP/EPA/Frank Augstein / POOL

Ojcowie i artyści

Pełny obraz tego, jak wielką tragedią są ich finałowe porażki może dać tylko zrozumienie, czym piłka nożna jest tak w Anglii, jak w Brazylii. Futbol to religia, punkt odniesienia dla wielu innych, pozornie ważniejszych dziedzin życia. Wyspiarze są wychowani na micie ojców współczesnego futbolu, Canarinhos od Leonidasa przez Pele, Ronaldo czy Ronaldinho dostarczali największych artystów tej grze. W ich cieniu pozostawały gwiazdy innych sportów, nawet te najbardziej utytułowane:

- Zostałem siatkarzem, bo byłem za słaby na piłkę nożną. W Brazylii każdy piłkarz ligowy jest bardziej rozpoznawalny niż reprezentant kraju w siatkówkę - mówił dwukrotny mistrz świata i olimpijski, legendarny libero siatkarskiej reprezentacji Sergio Dutra Santos.

Obie nacje po raz pierwszy mistrzami świata próbowały zostać na własnym terenie. Anglikom, po latach izolacji, udało się to w 1966 r. Szesnaście lat wcześniej podobnej sztuki próbowała dokonać Brazylia. I do dziś nie może się otrząsnąć z traumy tamtych wydarzeń.
Na mundial tylko w butach

Mundial w 1950 r. przejdzie do historii z wielu powodów. To pierwszy turniej po dwunastu latach przerwy – w 1942 r. trwała wojna, w 1946 r. odbudowa wojennych zniszczeń. Brazylia jako gospodarz i Włosi – obrońca tytułu mieli zapewniony awans bez gry. O pozostałe 14 miejsce nie toczyła się jednak zbyt zażarta rywalizacja. Drużyny rezygnowały jedna po drugiej z powodu zbyt dużych wydatków i napięć politycznych. Na przykład w strefie azjatyckiej wycofały się trzy drużyny i bez gry awans uzyskały Indie, które zrezygnowały gdy dowiedziano się, że nie ich piłkarze nie będą mogli grać na bosaka.

Do Brazylii dotarło ostatecznie 13 drużyn. Dziwny system grupowy sprawił, że w ostatecznej rozgrywce znalazły się cztery zespoły, które ponownie utworzyły grupę. Jej zwycięzca miał zostać mistrzem świata, a ta formuła sprawiła, że triumfatora mogliśmy poznać jeszcze przed ostatnią serią spotkań.

Gospodarze grali jak z nut gromiąc Hiszpanię i Szwecję. Dużo ciężej szło Urugwajowi, który z trudem zremisował ze Skandynawami a Hiszpanów ograł rzutem na taśmę. Przed ostatnim meczem wiadomo było, że Brazylii do tytułu mistrza świata wystarczy remis. Urugwaj potrzebował zwycięstwa.

Maracanazo

Areną pamiętnego spotkania był legendarny stadion w Rio de Janeiro – Maracana. Według oficjalnych danych 16 lipca 1950 r. zasiadło na nim 199.854 osoby. Ale zapewne gdyby mogła, zasiadłaby cała Brazylia.

Gospodarzom już przed pierwszym gwizdkiem gratulowały gazety, a z murawy miejscowy gubernator. Trzynaście goli wbitych Szwedom i Hiszpanom robiło wrażenie. Kolejne miały być kwestią czasu.

I może trwało to długo, ale tuż po przerwie Friaca dał wreszcie prowadzenie. Urugwaj odpowiedział najpierw golem Schiaffino, a 11 minut przed końcem Ghiggia zaszokował Maracanę. Widząc złe ustawienie brazylijskiego bramkarza strzelił z ostrego kąta gola dającego Urusom prowadzenie 2:1. Wynik nie zmienił się już do końca. Na stadionie zapadła cisza, słychać było kroki 200 tys. osób w milczeniu wracających do domu.

- Tylko trzy osoby w historii uciszyły Maracanę – Papież, Frank Sinatra i ja – mówił strzelec decydującej bramki Alcides Ghiggia. Jego historia do samego końca była związana z tym wydarzeniem – zmarł 16 lipca 2015 r., dokładnie w 65 rocznicę pamiętnego finału.

Klęskę Brazylii oglądał 10-letni chłopiec, który nie zdołał dostać się na stadion:
- Nie mogłem zrozumieć jak ci przeklęci Urugwajczycy mogli nam to zrobić. Gdybym tylko mógł wejść wtedy na boisko... – wspominał po latach Pele, dla którego Maracanazo stało się motywacją, aby kiedyś samemu poprowadzić Brazylię do mistrzostwa świata. Uda mu się to dwukrotnie.

Mimo to Canarinhos do dziś nie otrząsnęli się z tamtej traumy. Najpierw zmienili stroje – białe zastąpiły te znane do dziś – żółto-niebieskie. Rozpoczęło się tez szukanie winnych. Tym głównym został bramkarz – Moacir Barbosa. Przesądził o tym błąd przy decydującym golu, choć i tak uznano go najlepszym golkiperem turnieju.

- Ludzie ciągle pokazują na mnie i mówią – patrz to ten, przez którego przegraliśmy tytuł – wspominał.

Gdy w 1993 r. próbował odwiedzić reprezentację przygotowującą się do mundialu, nie pozwolono mu, żeby nie przyniósł jej pecha. Powiedział wtedy:

- Maksymalna kara, jaką można dostać za przestępstwo w Brazylii wynosi 30 lat. Moja trwa już 43 lata.

Kolejnym czarnoskórym bramkarzem reprezentacji został dopiero w latach 90’ Dida. To też wyraz swoistego przywiązania do tradycji – głównie tych kojarzących się źle.

Dramat, jakim było Maracanazo najlepiej zobrazował znany brazylijski dramaturg Nelson Rodriguez:

- Każdy kraj na świecie ma swoją katastrofę narodową, swoją Hiroszimę. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą był mecz z Urugwajem w 1950 roku.

I choć ciężko stawiać wojnę w jednym szeregu z futbolem, to nikomu nie można zabronić bezgranicznej miłości do piłki, która w tym przypadku stała się przyczyną prawdziwych ludzkich tragedii. Finał mundialu 1950 r. zapoczątkował w Brazylii falę samobójstw i depresji.

Mineirazo

Brazylijczycy długo nie mogli się wygrzebać z trudnych wspomnień i kolejny raz mistrzostwa świata zorganizowali dopiero w 2014 r. Oczywiście z nadzieją na zastąpienie traumy napisaną na nowo historią.

Nie bez problemów gospodarze dostali się do półfinału. Tam czekali Niemcy, czyli pierwszy w fazie pucharowej przeciwnik z Europy. Spotkanie rozgrywano w Belo Horizonte, na stadionie Mineirao. Wkrótce da on nazwę nowej tragedii kochającego piłkę narodu.

Muller, Klose, Khedira i dwukrotnie Kross trafiali dla naszych zachodnich sąsiadów. I to wszystko w niespełna pół godziny. 0:5, tego nikt się nie spodziewał. Brazylii nie tłumaczył brak Neymara i Thiago Silvy – na boisku ich koledzy byli bezradni.

- W przerwie umówiliśmy się, że nie będziemy już strzelać im więcej bramek – powiedział po meczu Philipp Lahm, kapitan Niemców.

Te instrukcje najwyraźniej nie dotarły do Andre Schurrle – rezerwowego, który wbił dwa kolejne gole. Wynik 7:0 był aktem łaski przyszłych mistrzów świata, wobec gospodarzy. Podobnie jak honorowy gol Oscara z ostatniej minuty.

Kolejnej prestiżowej porażki Canarinhos doznali dwa dni temu. To historia tak nowa, że nie ma sensu jej przypominać. Niemniej, ponownie na Maracanie, Brazylijczycy przegrali z odwiecznym rywalem – tym razem - Argentyną finał Copa Libertadores. Czy po tak ciężkich doświadczeniach ten szalony na punkcie futbolu kraj zorganizuje jeszcze kiedyś u siebie wielki turniej?

Anglicy bez odkupienia

Historycznych odniesień ciężko było uniknąć także już przed finałem EURO 2020. Nawiązywano do półfinału mistrzostw z 1996 r., kiedy gospodarze po rzutach karnych ulegli Niemcom. Decydującej „jedenastki” nie wykorzystał wówczas Gareth Southgate, obecny szkoleniowiec drużyny Albionu.


Posłuchaj
00:51 dąbrowski anglia włochy.mp3 Angielskie media chwalą Garetha Southgate'a i jego ekipę, mimo, że nie udało im się zdobyć pierwszego od 55 lat wielkiego trofeum. Z Londynu - Adam Dąbrowski (IAR)

 

Te analogie powróciły ze zdwojoną siłą po kolejnej porażce w karnych na własnym stadionie. Anglia na triumf w wielkiej międzynarodowej imprezie czeka od 1966 r. kiedy właśnie na Wembley świętowała mistrzostwo świata. 30 lat później na przeszkodzie stanął niemiecki bramkarz Andreas Koepke, wczoraj jego włoski odpowiednik – Gianluigi Donnarumma.

Southgate miał niepowtarzalną szansę zdjęcia klątwy z siebie i stadionu Wembley. Czy zrobił wszystko aby tak się stało? Czy do najważniejszej próby wyznaczył właściwych ludzi? Kiedy w drugiej serii Jordan Pickford odbił strzał Bellottiego Anglików dzieliły trzy celne próby od mistrzostwa Europy. Żadnej z nich nie potrafili jednak zamienić na bramkę. Trudno za to obwiniać stadion Wembley, choć bez wątpienia stał się on wczoraj ostatecznie częścią tragicznej historii angielskiej piłki.

Podobnie jak „ręka boga” Maradony, niesprawiedliwi sędziowie, porażki w karnych... Powód zawsze się znajdzie, a jedno się nie zmienia – Anglia od 55 lat nie wygrała nic na arenie reprezentacyjnej.

Czytaj także:


MK

X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem