more_horiz
Euro 2020

Reprezentacja Polski ma pecha na Euro? Ze Słowacją dopisali kolejny akt "dramatu"

Ostatnia aktualizacja: 14.06.2021 08:15
Występy reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy dotychczas przyniosły kibicom nad Wisłą zdecydowanie więcej frustracji niż radości. Poza słynnymi frazesami o tym, że "nie ma już słabych drużyn" i "mecz nie ułożył się po naszej myśli", winę zrzucano na czynnik losowy. Czy Polacy naprawdę mają na Euro pecha? Poniżej przyjrzymy się czterem sytuacjom, które kibice z żalem rozpamiętywali jeszcze długo po zakończeniu mistrzostw.
Howard Webb podczas meczu Austria - Polska
Howard Webb podczas meczu Austria - PolskaFoto: PAP/VASSIL DONEV
  • Występ w fazie grupowej Euro 2020, które rozpoczęły się 11 czerwca meczem Turcja - Włochy (0:3), biało-czerwoni zainaugurowali turniej 14 czerwca ze Słowacją w Sankt Petersburgu - przegrali 1:2. 19 czerwca w Sewilli ich rywalem będzie Hiszpania, a 23 czerwca ponownie w Rosji zmierzą się ze Szwecją
  • Z powodu pandemii COVID-19 UEFA zdecydowała, że kadry 24 uczestników Euro 2020 będą liczniejsze niż dotychczas. Trenerzy mogą powołać 26 piłkarzy (w przeszłości 23), przy czym w kadrze meczowej na dane spotkanie można zgłosić 23 graczy

TERMINARZ EURO

Euro 2008: rzut karny w 93. minucie i "obława" na Howarda Webba

baner grafika serwis Euro bez-Milika 1200 f.jpg
Euro 2020 - SERWIS SPECJALNY

Polacy rozpoczęli pierwsze w historii kraju europejski czempionat od porażki z późniejszymi wicemistrzami - Niemcami. Kolejne spotkanie, z Austrią, było dla biało-czerwonych, według znanego z poprzednich startów w wielkich turniejach, "meczem o wszystko", w którym Polacy zmierzyli się ze współgospodarzem turnieju - Austrią.

Mimo że naprzeciwko reprezentantów Polski stanął futbolowy średniak pozbawiony nie tylko gwiazd, ale nawet wyróżniających się w skali Europy piłkarzy. Mimo to podopieczni Josefa Hickersbergera od pierwszej minuty absolutnie zdominowali Polaków, którzy czyste konto zawdzięczali głównie rozgrywającemu prawdopodobnie swój najlepszy mecz w barwach reprezentacji Arturowi Borucowi.

W 30. minucie wynik meczu niespodziewanie otworzył naturalizowany przed turniejem Roger Guerreiro, który wprawdzie był na spalonym, ale w epoce "przed VAR-em" przewinienie pomocnika Legii Warszawa umknęło sędziującemu spotkanie Howardowi Webbowi i jego asystentom.

To właśnie angielski sędzia stał się głównym "winowajcą" niepowodzenia Polaków, którzy ostatecznie nie zdołali utrzymać jednobramkowego prowadzenia. Webb podyktował bowiem rzut karny po faulu Mariusza Lewandowskiego na Sebastianie Proedlu, który w doliczonym czasie drugiej połowy wykorzystał Ivica Vastić. Tak całe zajście w swojej biografii wspomina arbiter:

"Zanim pozwoliłem wykonać rzut wolny, upomniałem piłkarzy kotłujących się na polu karnym bez piłki. Wreszcie pozwoliłem wznowić grę i w tłoku, jaki zapanował przed bramką, natychmiast zauważyłem, że Mariusz Lewandowski pociągnął za koszulkę Sebastiana Proedla, przez co ten upadł na murawę. (...) Sytuacja pomiędzy Lewandowskim a Proedlem była czymś więcej niż tylko przepychaniem się i walką z użyciem łokci, miałem do czynienia z oczywistym, celowym faulem. Uznałem, że nie mogę go zignorować, i nie mając wyboru, podyktowałem rzut karny dla Austrii" - czytamy.

Chociaż decyzja Anglika była słuszna, rozjuszyła właściwie całą Polskę. Jako pierwszy swoją frustrację na Webbie wyładował ówczesny selekcjoner Leo Benhakker, który nazwał jego sędziowanie "pier... hańbą", sugerując również, że arbiter ma omamy wzrokowe. Swoje trzy grosze dorzucił też jeden z prominentnych polskich polityków, deklarując, że "miał ochotę zabić" Anglika.

Webb wspominał, że nawet po kilku latach od pamiętnego karnego otrzymywał pogróżki od polskich kibiców. Po remisie z Austrią biało-czerwoni wciąż mieli matematyczne szanse na awans, ale pogrzebali je, przegrywając z Chorwacją.

Euro 2012: zamknięty dach i nagły zwrot akcji w meczu otwarcia

Turniejowi z 2012 roku, którego Polska była współgospodarzem, towarzyszyły wielkie nadzieje i prawdziwa euforia kibiców. W spotkaniach towarzyskich poprzedzających turniej biało-czerwoni prezentowali się wprawdzie przeciętnie, ale atmosfera piłkarskiego święta udzieliła się zarówno fanom, jak i ekspertom.

Optymizmem napawał także skład grupy, w której Polacy zmierzyli się z Grecją, Rosją i Czechami. Z perspektywy czasu wydaje się, że podopieczni Franciszka Smudy najbardziej mogą żałować meczu otwarcia z "Helladą". 

Biało-czerwoni rozpoczęli spotkanie w bardzo dobrym stylu, tworząc sobie kilka dogodnych szans bramkowych i właściwie nie wypuszczając rywali z własnej połowy. W 16. minucie nastąpiła eksplozja radości setek tysięcy ludzi zgromadzonych w strefach kibica i milionów przed telewizorami - Robert Lewandowski wyprowadził reprezentację Polski na prowadzenie i wydawało się, że kolejne bramki są kwestią czasu.

Sytuacja biało-czerwonych dodatkowo poprawiła się tuż przed przerwą, gdy z powodu taktycznego faulu z boiska wyleciał Sokratis Papastatopulos. Po przerwie Polacy jednak wyraźnie spuścili z tonu - najpierw w 51. minucie po błędzie Wojciecha Szczęsnego wyrównał Dimitris Salpingidis, a 20 minut później, po faulu i czerwonej kartce naszego bramkarza mogło być 1:2. Sytuację uratował jednak wprowadzony na murawę Przemysław Tytoń, który zatrzymał strzał Jorjosa Karagounisa.

Końcówka meczu upłynęła pod znakiem desperackiej obrony Polaków, którzy sprawiali wrażenie wyczerpanych. Dlaczego podopieczni Smudy tylko zremisowali "wygrany" mecz i co wydarzyło się w przerwie spotkania? Wokół tajemniczej "przemiany" biało-czerwonych urosło wiele mitów, a nawet... teorii spiskowych. 

Najpopularniejsza z nich zakładała, że Polacy opadli z sił z powodu... zamkniętego dachu Stadionu Narodowego. Zasunięto go z uwagi na zapowiadane na czas meczu burze, jednak zamiast opadów i błyskawic podczas spotkania nad Warszawą świeciło słońce i było bardzo ciepło. Zdaniem zwolenników tej teorii, pod dachem zrobiło się duszno i gorąco, co sprzyjało gościom z południa Europy, bardziej przyzwyczajonym do "tropikalnych" warunków.

Takie wytłumaczenie wydaje się jednak karkołomne. Bardziej racjonalnie brzmi diagnoza Roberta Lewandowskiego, który w 2012 roku dopiero budował swoją pozycję w światowej piłce, ale już był jedną z kluczowych postaci kadry.

- Z Grecją do przerwy było 1:0, rywale w osłabieniu. A w szatni cisza. Powiedziałem, że musimy strzelić drugiego gola, by być pewnym wygranej. Trener tonował bojowe nastroje. Mówił, żeby grać spokojnie i czekać. W drugiej połowie nie dokonywał zmian, choć brakowało sił i zmiennicy by się przydali. Trener bał się chyba zaufać rezerwowym. A oni byli później przygaszeni, bali się ryzykować. Dziwię się, że pozwoliliśmy Grekom atakować. Powinniśmy ich dobić zaraz po przerwie - oświadczył po turnieju "Lewy" w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

Euro 2016: karny Błaszczykowskiego

Zdecydowanie najlepszy turniej w wykonaniu reprezentacji Polski w XXI wieku również miał swój feralny moment. Zanim jednak do niego doszło, reprezentanci dostarczyli polskim kibicom wielu emocji - najpierw w dobrym stylu przebrnęli przez zmagania w grupie, wygrywając po 1:0 z Irlandią Północną i Ukrainą oraz bezbramkowo remisując z Niemcami.

Kolejne spotkania biało-czerwonych (ze Szwajcarią i Portugalią) miały bliźniaczy przebieg - Polacy obejmowali prowadzenie, które później tracili i przy wyniku 1:1 o awansie decydowały rzuty karne.

Ze Szwajcarią podopieczni Adama Nawałki byli bezbłędni. Pomylił się z kolei Granik Xhaka, dzięki czemu to my zagraliśmy w ćwierćfinale z Portugalią. Tam z kolei Rui Patricio wyczuł intencje Jakuba Błaszczykowskiego i zakończył marzenia Polaków o półfinale. Rzeczona jedenastka była później rozbierana na czynniki pierwsze wiele razy. 

Analizy wykazały, że portugalski golkiper przed strzałem skrzydłowego reprezentacji Polski wyszedł przed linię bramkową. Całe zajście miało jednak miejsce przed wprowadzeniem VAR-u, dlatego decyzja prowadzącego tamte zawody Felixa Brycha była ostateczna i wiążąca.

W mediach społecznościowych ponownie zawrzało. Tysiące internautów podpisywało się pod nieco absurdalną petycją nawołującą do powtórzenia tamtego rzutu karnego, natomiast pozostali rozdzierali szaty podkreślając, że w półfinale biało-czerwoni "wpadliby" na Walię, a więc zespół o podobnym potencjale do naszego.

Przy ocenie tamtej sytuacji warto jednak podkreślić, że kilka lat temu przepis o pozycji bramkarza podczas wykonywania rzutu karnego nie był egzekwowany z taką skrupulatnością jak obecnie. Podobne sytuacje zdarzały się bardzo często, a gorycz polskich kibiców, choć zrozumiała, była mocno przesadzona.

Euro 2020: podwójny "sabotaż" w meczu otwarcia

Tym razem naprzeciwko biało-czerwonych w meczu otwarcia stanęli traktowani przez wielu kibiców pobłażliwie Słowacy, którzy w grupie mieli być jedynie dostarczycielem punktów dla rywali. Szybko okazało się jednak, że Polacy będą mieli spore problemy ze swoimi południowymi sąsiadami. 

Już w 18. minucie meczu piłka wpadła do siatki biało-czerwonych po nieszczęśliwym rykoszecie od Wojciecha Szczęsnego, który tym samym stał się autorem najszybszego gola samobójczego w historii Euro. Sytuacja pechowa, ale ze wszech miar zasłużona i doskonale obrazująca postawę podopiecznych Paulo Sousy w pierwszych 45 minutach gry.

Druga połowa rozpoczęła się od serii ataków reprezentacji Polski, które przyniosły wyrównanie - do siatki rywali trafił Karol Linetty. Kiedy wydawało się, że biało-czerwoni opanowali sytuację na boisku, w 62. minucie Grzegorz Krychowiak bezceremonialnie "wyciął" rywala i zobaczył drugą żółtą kartkę, wskutek czego wyleciał z boiska.

Słowacy wykorzystali prezent Polaków i 7 minut później za sprawą trafienia Milana Skriniara przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Koszmarny występ w meczu otwarcia postawił biało-czerwonych w bardzo trudnej sytuacji przed meczami z Hiszpanią i Szwecją.

Znane powiedzenie głosi, że "suma szczęścia wynosi zero". Gdyby jej zaufać, powinniśmy liczyć na istną kumulację w kolejnych meczach kadry. Inna mądrość zakłada z kolei, że "szczęście sprzyja lepszym" i chyba właśnie tej maksymy powinniśmy się trzymać przy ocenie gry reprezentacji Polski.

Czytaj więcej:

bg