more_horiz
Wiadomości

Za stwierdzeniem, że Putin jest mordercą stanął dziś świat, w 2010 roku - tylko PiS

Ostatnia aktualizacja: 03.04.2022 10:00
- Po kilku dniach żałoby po katastrofie smoleńskiej, po próbach łączenia się i szukania wspólnych wartości, wszystko wróciło do normy, czyli głębokiego sporu i przemysłu nienawiści. Stało się coś paskudnego i to coś żyje w Polsce po dziś dzień - powiedział w rozmowie z portalem PolskieRadio24.pl dr Józef Orzeł, filozof, prezes Klubu Ronina.
Warszawa, 10.12.2016. Uczestnicy miesięcznicy smoleńskiej przed Pałacem Prezydenckim.
Warszawa, 10.12.2016. Uczestnicy miesięcznicy smoleńskiej przed Pałacem Prezydenckim.Foto: PAP/Radek Pietruszka

10 kwietnia mija 12 lat, od kiedy w Smoleńsku rozbił się samolot Tu-154M, wiozący polską delegację na uroczystości 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej. W katastrofie zginęli wszyscy znajdujący się na pokładzie maszyny - 96 osób, wśród nich m.in. prezydent Lech Kaczyński z małżonką, najwyżsi dowódcy wojska i wielu polityków. Była to największa tragedia ostatnich lat. Jak zmieniła się polska polityka po Smoleńsku? O tym w rozmowie z dr. Józefem Orłem, filozofem, prezesem Klubu Ronina.

Damian Nejman, PolskieRadio24.pl: w katastrofie smoleńskiej zginęło wiele czołowych postaci ze świata polityki, kultury i wojskowości. Mając już 12-letnią perspektywę, jak Pana zdaniem ta tragedia wpłynęła na polską scenę polityczną?

Dr Józef Orzeł: ta katastrofa pogłębiła podział polityczny, który już przedtem był budowany przez oba obozy, choć z większym zaangażowaniem ze strony Platformy Obywatelskiej. I nadal katastrofa smoleńska bardziej dzieli, niż łączy. W końcu zaczęła także dzielić obóz PiS, ponieważ nie ma jednego stanowiska, jednej diagnozy co do przyczyn tej katastrofy. Do czasu wojny na Ukrainie ta tragedia miała zły wpływ na polską politykę i polskie społeczeństwo. Większość ludzi, która uważa, że to był zamach, zaczęła źle myśleć o państwie, czuła, że nie dokonała się sprawiedliwość, że nikt nam jasno nie powiedział, jak rzeczywiście tam było, że zbrodnia nie została ukarana.

Dopiero teraz wszystko zaczyna się zmieniać, zarówno w Polsce, jak i na Zachodzie. Powiedzieć dziś, że to był zamach, to żadna odwaga, bo wszyscy widzą, jakim zbrodniarzem jest Putin i do czego jest zdolny. Dziwne, że nie dostrzegano tego wcześniej. Przecież w 2014 roku Putin napadł na Ukrainę i zarówno w Ługańsku, jak i w Doniecku także dochodziło do zbrodni. Potem była Syria, gdzie Rosjanie zniszczyli Aleppo i bezkarnie mordowali mieszkańców. Brakowało masowego zjednoczenia wokół sądu, że ten człowiek dokonuje ludobójstwa i skoro potrafi zestrzelić cywilny samolot (17 lipca 2014 r. samolot pasażerski Boeing 777 linii Malaysia Airlines MH17 lecący z Amsterdamu do Kuala Lumpur został zestrzelony w okolicach wsi Hrabowe w obwodzie donieckim, zginęło 298 osób - red.),to jest także zdolny strącić samolot z prezydentem Polski na pokładzie.

Paradoksalnie Putin swoją inwazją na Ukrainę zjednoczył przeciwko sobie opinię publiczną na Zachodzie.

To jest kluczowa różnica. Dziś opinia publiczna na Zachodzie jednoznacznie stanęła po stronie Ukrainy i ta reakcja dopiero pozwoliła ludziom i politykom mówić o Putinie takim, jakim on jest w rzeczywistości. To wymagało wielkiej zmiany społecznej na całym świecie. Zbrodniarz Putin stał się dziś określeniem nie tylko dopuszczalnym, ale wręcz wymaganym. Porządny człowiek, który w mediach mówi o Putinie, musi przyznać, że to ludobójca i zbrodniarz. Dopiero na tym tle katastrofa smoleńska znalazła się w miejscu, w którym powinna być od początku. Tego właśnie dokonał Putin.

Zobacz także:

LECH KACZYŃSKI - serwis specjalny

Pierwszą reakcją jednej z moich najbliższych osób było, gdy dowiedziała się o tej tragedii, że to drugi Katyń. Taka myśl, musiała się zrodzić także u polityków Platformy Obywatelskiej, którzy starali się tak walczyć z hipotezą zamachu. W panice odsuwali ją od siebie, bo trzeba by było uznać, że PiS ma w tej sprawie rację, a jak, ma rację w tej sprawie, to być może rację ma także w innych sprawach, a wtedy podział polityczny w Polsce okaże się nieprawdziwy i PO straci rację bytu.

Być może teraz, za sprawą wydarzeń na Ukrainie, nastąpi głęboki proces zmiany nie tylko ws. szukania sprawców i powodów tej katastrofy. Jeżeli to był zamach i wszyscy to uznają, to jeden z głównych powodów naszej wojny politycznej zniknie. Zniknie też strach przed konsekwencją wojny z Rosją, bo tę wojnę już za naszą granicą mamy.

Wyniki wyborów - prezydenckich w 2010 r. i parlamentarnych w 2011 r. - nie stanowiły przełomu na polskiej scenie politycznej. Rządzący w tamtym czasie politycy PO i PSL utrzymali się przy władzy, a fotel prezydencki objął Bronisław Komorowski. Dopiero w 2015 r. w obozie rządzącym i na fotelu prezydenckim zaszły zmiany, ale było to długo po tragedii.

Katastrofa smoleńska nie wywróciła do góry nogami polskiej polityki, ale przestraszyła połowę Polaków, którzy zobaczyli, że ich politycy wystraszyli się Rosji i tego, że to mógł być zamach, bo wtedy trzeba by stanąć twarzą w twarz z rosyjskim systemem i Putinem. Cały naród zobaczył, że władza się cofa. Sam Tusk nawet powiedział, że gdyby to był zamach, "to co, mamy im wypowiedzieć wojnę?". Otóż teraz cały naród mówi, że to, co dzieje się na Ukrainie, to ludobójstwo, że Putin jest mordercą, tak jak 12 lat temu, i jakoś teraz nikt się nie boi, a to dlatego, że za tym stwierdzeniem stanął cały świat, a wtedy niestety nie. W 2010 roku stanął za tym tylko PiS, choć opozycja rosyjska była przekonana, że to zamach.

Lęk o to, że zostaniemy sami z tym potworem, spowodował, że w sposób zorganizowany połowa narodu - ta, która miała za swoich przywódców Platformę i PSL - zwyczajnie się przestraszyła. Druga połowa, która stanęła za PiS, który nie bał się posądzać Putina o zamach, zareagowała inaczej. To pokazuje, że aby cały naród mógł być odważny, aby mógł stanąć w prawdzie, musi mieć odważnych przywódców, a jak ich nie ma, to przynajmniej musi mieć za sobą światową opinię. Wtedy byliśmy sami, teraz nie jesteśmy.

Polityka ze swej natury zakłada prowadzenie sporu, argumentowanie. Ten spór często przybiera gorące formy, jednak w Polsce przed katastrofą te granice były przekraczane, do tego, co wyprawiał m.in. Janusz Palikot, dziennikarz Piotr Zaremba ukuł nawet termin "przemysł pogardy". Jak Pana zdaniem po katastrofie zmieniła się temperatura tego sporu politycznego w Polsce?

Nic się nie zmieniła. Po kilku dniach żałoby, próby łączenia się i szukania wspólnych wartości, wszystko wróciło do normy, czyli głębokiego sporu i przemysłu nienawiści. Powodem był strach, ale także chęć zysku politycznego. Gdyby opozycja przyłączyła się wtedy do PiS-u, do narodowej żałoby, do szukania tego, co wspólne, to nie byłoby tego sporu, który dawał opozycji atuty wyborcze. Powrót do głębokiego podziału odbył się z uczuciem nienawiści i pogardy dla drugiej strony, połączonej z radością, że można swoje lęki i strachy przed tym, że mógł być to zamach, schować pod takim zwycięstwem. Stało się coś potwornego i to coś żyje w Polsce po dziś dzień.

Jak ta katastrofa wpłynęła na polską politykę zagraniczną, zwłaszcza w kontekście relacji z Rosją?

Z Rosją nie mieliśmy relacji i dalej ich nie mamy. Tusk za swoich rządów próbował te relacje odbudować, ale i tej Platformy Rosja sobie nie życzyła. Dla Kremla Polska ma być miejscem, które musi mieć nad sobą pana, najlepiej ze Wschodu i które nie potrafi samo sobą rządzić. Siergiej Ławrow powiedział, że po rozpadzie ZSRR kraje bałtyckie i Polska stały się bezpańskie. Kiedyś tym panem był Związek Sowiecki i Rosja chce, żeby ten  pan wrócił. To próbują osiągnąć, ale teraz Ukraińcy są im przeszkodą. Nie mieliśmy relacji z Rosją, nie mamy i ich mieć nie będziemy, dopóki jesteśmy państwem niezależnym, a Rosja imperialnym.

A jak ta tragedia wpłynęła na relacje z Zachodem?

Smolensk_1200x660_OFIARY.jpg
Zginęli w katastrofie smoleńskiej

Do momentu wojny na Ukrainie Zachód nie chciał, żebyśmy byli państwem wpływowym, bo połowa Polaków nadal uważa, że jesteśmy skrzywdzeni, że Putin zabił nam prezydenta i 95 innych ludzi, a Zachód nie chciał tego udźwignąć i wolał powielać kłamliwą narrację o udziale Polski w Holokauście i przylepiać nam łatę państwa nieodpowiedzialnego. Ta wojna jednak wszystko zmienia, bo to, co dzieje się obecnie na Ukrainie, jest zagrożeniem dla porządku światowego, dla całego demokratycznego Zachodu i w związku z tym sam Biden musi do Polski przylecieć, chociaż nie chce, musi przycisnąć Berlin i Brukselę do kompromisu na rzecz Polski, chociaż nie chce.

Czytaj także:

Teraz temat katastrofy smoleńskiej w debacie publicznej jest już praktycznie nieobecny, a następne lata zapewne jeszcze bardziej osłabią jego oddziaływanie na polską politykę.

Tu się Pan myli. Myślę, że ona wraca i będzie coraz bardziej obecna w politycznej debacie Zachodu - o ile ta kampania światowego protestu przeciwko Rosji się utrzyma. A wtedy dojdzie do kolejnej Norymbergi i pojawią się w tym procesie także kwestie katastrofy smoleńskiej, zestrzelenia cywilnego samolotu MH17 i ludobójstwa w Syrii. Ale najważniejszymi świadkami oskarżenia będą tam Ukraińcy.

Z Józefem Orłem rozmawiał Damian Nejman, PolskieRadio24.pl

Zobacz także

Zobacz także