more_horiz
Wiadomości

Największy oszust w historii futbolu? Życie Carlosa Kaisera jak gotowy scenariusz na film

Ostatnia aktualizacja: 26.12.2018 10:10
W jego CV znajdziemy takie kluby jak Botafogo, Fluminense czy Vasco da Gama - to bez wątpienia wielki osiągnięcia, zwłaszcza kiedy... nie potrafi się grać w piłkę. Przedstawiamy historię Carlosa Kaisera, największego futbolowego oszusta w historii.
Carlos Kaiser
Carlos KaiserFoto: Printscreen z Twitter

To jedna z tych opowieści, które trudno byłoby wymyślić, gdyby nie wydarzyły się naprawdę. Kiedy myślimy o podobnych przypadkach, dość szybko przychodzi do głowy Frank Abagnale Junior, którego życiorys posłużył Stevenowi Spielbergowi do nakręcenia filmu "Złap mnie, jeśli potrafisz”, gdzie w główną rolę wcielił się Leonardo DiCaprio.

Dwudziestokilkuletni Amerykanin został najmłodszą osobą w historii, która trafiła na listę ściganych przez FBI. Abagnale, jakkolwiek to brzmi, fałszerstwo podciągnął do rangi sztuki, wcielając się między innymi w lekarza, pilota linii lotniczych Pan Am, prawnika czy profesora uniwersytetu. Fałszując czeki w sumie wyłudził miliony dolarów, oszukał na swojej drodze setki, jeśli nie tysiące ludzi. Doskonale wiedział, jak sterować tymi, których spotykał, wykorzystywał naturalny talent i inteligencję. Niestety, do celów, których nie sposób pochwalać.

"Moja matka widziała we mnie zbawiciela"

Carlos Kaiser nie był tak finezyjny, nie działał na podobną skalę, ale w jego rodzinnej Brazylii trudno znaleźć kibiców, którzy by o nim nie słyszeli.

"Kaiser” - pochodzenie tego przydomka nie jest wielką tajemnicą. Co łączyło tego zawodnika z wielkim Franzem Beckenbauerem? Nic, ale taki pseudonim może przecież zadziałać na wyobraźnię.

Urodził się 2 czerwca 1963 roku, wychowywał się w Rio de Janeiro jako adoptowane dziecko w rodzinie, w której się nie przelewało. Matka była kucharką, ojciec pracował w firmie produkującej windy i był zapalonym kibicem Botafogo.

Nasz bohater miał dzieciństwo typowe dla wielu młodzieńców z tego kraju - czołowe miejsce zajmowała w nim piłka nożna. Gra boso na ulicy czy plaży każdego dnia, kibicowanie i marzenia o tym, by wyrwać się do lepszego świata.

W wieku 10 lat został wypatrzony przez jednego ze skautów zasłużonego klubu, który uwielbiał ojciec. Trafił do akademii, ale szybko uświadomił sobie rzecz absolutnie kluczową dla dalszego życia - mowa o tym, żę wcale nie chce grać w piłkę. Paradoksalnie, mniej więcej w tym samym okresie udało mu się dostać do jednej z największych kuźni talentów w Brazylii - Flamengo.

- Nie miałem w sobie profesjonalizmu. Chciałem się bawić, lubiłem się uczyć i czytać. Rodzina zaczęła na mnie polegać, co stwarzało problemy. Moja matka widziała we mnie zbawiciela - mówił.

Brak dostępu do edukacji i powszechna bieda sprawiały, że futbol był postrzegany jako jedna z niewielu dróg ucieczki do lepszego świata. A ten udało się Kaiserowi poznać już w wieku kilkunastu lat. Imprezy, pierwsze pieniądze, zainteresowanie płci przeciwnej. Takie życie można było polubić. Głównym problemem było to, że nie można przecież zostać piłkarzem, kiedy nie chce się grać w piłkę. Tak przynajmniej mogło się wydawać.

Młody chłopak postanowił rozegrać wszystko inaczej.

Firmowe zagranie

Został sierotą w wieku 16 lat, ale tragiczne wydarzenia zbiegły się z tym, że dostał propozycję wyjazdu do Meksyku, żeby grać w zespole Puebla. Środkowy napastnik miał zagwarantować bramki. Podobno dobrze uderzał i był silny. Od samego początku zniechęcił się jednak do nowego kraju. Nie znosił jedzenia, pogody, chciał wrócić do domu. Wystąpił w kilku sparingach, ale szybko wymyślił sposób na to, jak wymigać się do od wychodzenia na boisko. Sposób, który okazał się działać przez lata.

Dostawał piłkę na treningu, uderzał z całej siły na bramkę i padał na murawę, trzymając się za udo. Kiedy sztab medyczny próbował mu pomóc, odpowiadał, że nie jest w stanie grać i czuje ból. Nikt nie mógł udowodnić, że jest przeciwnie. Nie efektowne dryblingi, strzały z dystansu czy świetna gra głową, a "kontuzja” stała się jego firmowym zagraniem.

Chciał życia piłkarza, ale bez elementu, który wypadałoby uznać tutaj za kluczowy - gry w piłkę. Przypadek Carlosa Kaisera to jednak idealny dowód na to, że życie potrafi pisać lepsze i bardziej zaskakujące scenariusze niż wyobraźnia.

Numer 171

Jakim cudem udało mu się przez tak długi czas mamić futbolowych działaczy? Na to składa się oczywiście więcej elementów. Koledzy z klubowej szatni mieli do niego słabość - był rozrywkowy, zabawny, potrafił zjednywać sobie ludzi. W każdej szatni jest ktoś, kto ma większy dryg do zapewniania atrakcji niż inni. Nowi znajomi lubili spędzać czas w jego towarzystwie. I w gruncie rzeczy uznawali to, co robił, za zabawne.

Przyjaźnił się z wieloma znanymi piłkarzami, jak na przykład Carlos Alberto Torres, Ricardo Rocha czy Renato Gaucho. Nie oszukujmy się - to były gwiazdy, wielkie nazwiska brazylijskiej piłki, które miały naprawdę sporo do powiedzenia w klubach, w których się pojawiały. Prawdziwi piłkarze potrafili wstawiać się za nim i polecać go trenerom i prezesom.

Kaiser był specem od tworzenia sobie dobrego PR-u. Wiedział, z kim trzeba dobrze żyć. Dziennikarzom wręczał prezenty, w zamian za co ci mogli wspomnieć o nim w prasie. Zaprzyjaźnił się z lekarzem, który bez większych skrupułów potwierdzał w swoich opiniach jego "kontuzje". Żeby było bardziej absurdalnie, kolega Kaisera miał być ponoć dentystą.

Udawanie nie było jednak szczytem jego możliwości - zdarzało mu się też prosić boiskowych kolegów, żeby na treningu ostrzej go zaatakowali, w celu uwiarygodnienia urazu.

Mijały sezony, a na sztuczki Brazylijczyka nabierały się kolejne kluby.

W 1986 roku pojawił się na Korsyce, by sprawdzić czujność działaczy drugoligowego Gazelec. Towarzyszyła mu otoczka gwiazdy, kibice dużo obiecywali sobie po takim napastniku. Miał czarować techniką i zdobywać gole, jednocześnie spełniając swoje marzenie o "grze" w Europie. Nie chcąc zdemaskować się na prezentacji, którą miał być mecz towarzyski, zdecydował się wykopać wszystkie piłki w trybuny. Zamiast spotkania był trening biegowy. Na szczęście Carlos Henrique Raposo akurat tę umiejętność opanował w wystarczającym stopniu. Żonie prezesa wręczył bukiet kwiatów, kupując sobie kolejnego sojusznika. W klubie spędził kilka miesięcy. Potem miał grać w El Paso, ale koniec końców zdecydował się wrócić do Brazylii.

Przedstawiał się jako jeden z czołowych strzelców w Ajaccio, który spędził tam kilka lat. Jego słowa i zdjęcie w gazecie okazały się wystarczające, by załapać się do klubu Bangu. Mówimy o latach osiemdziesiątych w Brazylii, gdzie trudno było uzyskać informacje o tym, czy komuś rzeczywiście udało się podbić francuską drugą ligę.

Współcześnie wystarczy, że włączymy internet i w kilka sekund możemy zweryfikować przynajmniej podstawowe informacje. Oczywiście to nie wystarcza do tego, by ocenić wartość piłkarza, ale na pewno prosty research dałby byłby w stanie sprawić, że komuś zaświeciłaby się ostrzegawcza lampka.

Po latach ludzie, którzy spotykali go na swojej drodze, mówili, że powinien grać z numerem 171 na plecach - taki w brazylijskich więzieniach dostają skazani za oszustwo.

Telefon-zabawka i udawany angielski

Kaiser nie zamierzał rezygnować z życia na wysokim poziomie, potrafił też w pełni korzystać z blasku gwiazd, których sympatię zyskał. Jednym z jego przyjaciół został Renato Gaucho, który rozegrał w barwach Canarinhos 41 spotkań, występował w czołowych klubach w kraju oraz w Romie, a później został uznanym trenerem.

Gaucho cieszył się statusem idola i korzystał ze wszystkich przywilejów. Carlos Kaiser niekiedy podawał się za bardziej znanego kolegę w nocnych klubach. Reprezentant Brazylii opowiadał anegdotę, jak pewnego razu ze zdziwieniem przyjął wiadomość, że przy wejściu do lokalu, w którym przebywał, ktoś próbuje dostać się do środka, podając się za niego. Chyba jasne jest, kogo znalazł przed frontowymi drzwiami.

- Musiałem trenować z nim tak, jak z innymi zawodnikami. To, jak wyglądał, nadwaga, ciemne okulary, jego styl bycia... Wszyscy wiedzieli, że to był żart. Nikt jednak nie wiedział, w jaki sposób trafił do Fluminense - opowiadał Marcos Meira, były trener od przygotowania fizycznego.

Kaisera można określić jako maskotkę, dodatek do profesjonalnej strony futbolu. Kiedy na treningach pojawiały się kamery i fotografowie, był w stanie znaleźć się w centrum akcji. Prosił o zdjęcia, zagadywał dziennikarzy, szukając uwagi.

Czasem nawet brał udział w się treningi z piłką, w których jego umiejętności były poddawane weryfikacji. Podczas gry w "dziadka", w której na małym polu ćwiczy się podania, zawodowcy tylko pokazywali, jak dużo mu do nich brakuje. Nie był w stanie przeciąć podania i wyjść ze środka, w którym trzeba biegać za futbolówką.

Zdarzało się, że koledzy wołali za nim "Maradona". Głównie przypominał go pod względem wagi z okresów, kiedy legendarny Argentyńczyk nie grał w piłkę.

Kreatywności nie brakowało mu w innych aspektach. Żeby stworzyć pozory tego, że interesują się nim inne kluby, przechadzał się po boisku i rozmawiał przez telefon komórkowy (technologiczna nowinka w tamtych czasach) w języku, który miał być angielskim.

Zdemaskował go trener Botafogo, Rolando Torres, który odkrył, że telefon był plastikowy, a język, w którym Kaiser "prowadził negocjacje" z klubami Premier League, był nic nie znaczącym zlepkiem sylab.

Kto przyzna się do kompromitacji?

Najbliżej wpadki było w Bangu. Prezes z niecierpliwością czekał na debiut swojego nowego nabytku, który oczywiście uniemożliwiały przeciągające się kontuzje. W jednym z meczów miał dość wymówek. Kiedy zorientował się, że Kaiser siedzi na ławce rezerwowych, zażądał od trenera (który dziwnym trafem był znajomym oszusta), by napastnik pojawił się na boisku. 

Sekundy dzieliły go od dekonspiracji, ale rozwiązanie pojawiło się błyskawicznie. Podczas rozgrzewki podszedł do kibiców drużyny przeciwnej i wdał się z nimi w kłótnię, mało brakowało, a doszłoby do rękoczynów. Wywiązało się wielkie zamieszanie, sędzia oczywiście nie miał wyboru, pokazał mu czerwoną kartkę.

Najważniejsza osoba w klubie dopadła go w szatni, zanosiło się na zwolnienie, ale Kaiser zafundował mu łzawą historię, według której miał bronić honoru prezesa, obrażanego przez przeciwników. Mówił, że ten jest dla niego jak ojciec, którego stracił jako młody chłopak i nie mógł znieść obelg. Wzruszony pracodawca wyściskał go i zaoferował mu nowy kontrakt.

Carlos Henrique Raposo potrafił wyjść właściwie z każdej opresji. Jeśli nawet prawda przebijała się na jaw, to jaki poważny klub przyznałby się do kompromitacji, jaką było zatrudnienie piłkarza, który w piłkę grać nie potrafi?

W niektórych miejscach Kaiser był wręcz pożądany, jako ktoś, kto robił dobrą atmosferę. W Vasco da Gama miał pilnować przed zbyt imprezowym trybem życia jedną z największych gwiazd. Dane co do liczby jego występów są dość niejasne - wychodzi na to, że na boisku pojawiał się mniej więcej raz na rok, nie rozgrywając nawet 30 spotkań.

Jeśli wierzyć nagraniu, to zachował się także jego prawdopodobnie jedyny gol w "profesjonalnej" karierze.

Źródło: YouTube/Sport Attitude

Głośniej niż podczas trwania jego kariery zrobiło się o nim w 2011 roku, kiedy brazylijskie media podchwyciły temat człowieka, który przez lata nabierał uznane brazylijskie marki. Nic dziwnego, bo historia Kaisera jest nieprawdopodobna. 

W kraju, w którym piłka nożna traktowana jest jak religia i w którym setki tysięcy dzieciaków marzą o wielkiej karierze, jeden człowiek doszedł do wniosku, że brak umiejętności, chęci do pracy i zaangażowania to nie coś, co może stanąć na jego drodze do zostania zawodowym graczem. Już samo to postanowienie można rozpatrywać jako przejaw szaleństwa. Ale jak określić to, że wcielił je w życie?

Paweł Słójkowski, PolskieRadio24.pl

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Skandal na gali Złotej Piłki. "Poziom seksizmu w profesjonalnym sporcie jest niewiarygodny"

Ostatnia aktualizacja: 04.12.2018 13:12
Podczas poniedziałkowej gali po raz pierwszy w historii ogłoszono laureatkę Złotej Piłki. Norweżka Ada Hegerberg, zawodniczka Lyonu, mogła jednak być zdegustowana tym, co wydarzyło się w chwili, kiedy odbierała nagrodę.
rozwiń zwiń