more_horiz
Wiadomości

Bułanow, Olisadebe, Cash - "Farbowane lisy" w reprezentacji stuletnią tradycją

Ostatnia aktualizacja: 11.11.2021 08:00
Matty Cash już za kilka dni ma szansę stać się kolejnym „farbowanym lisem” w dziejach naszej reprezentacji. Polscy kibice jednych naturalizowanych kadrowiczów wspominają lepiej, innych gorzej. Nie każdy jednak wie, że ich historia liczy sobie już niemal 100 lat.
Emmanuel Olisadebe, Matty Cash
Emmanuel Olisadebe, Matty CashFoto: Agencja Forum/Cash Printscreen Twitter (https://twitter.com/mattycash622)

Kapitan z Moskwy

Historia „obcokrajowców” kopiących piłkę dla Polski jest niemal tak zawiła, jak dzieje jej granic. Kiedy bowiem w 1918 r. Rzeczpospolita odradzała się po 123 latach zaborów oczywiste było, że nikt z jej nowych obywateli nie urodził się na ziemiach oficjalnie polskich. Piłkarską kadrę tworzyli ludzie z terenów etnicznie polskich jak Warszawa czy Kraków, ale też ze Śląska, który w większości był poza naszymi granicami od kilku wieków.

Shutterstock 2021 kadra Robert Lewandowski 1200F.jpg
El. MŚ 2022: Andora - Polska. Cash pod lupą Lewandowskiego. "Kontaktowy chłopak"

W ten sposób szeregi naszej reprezentacji zasilił jej najlepszy przedwojenny futbolista – Ernest Wilimowski. Postać w powojennej Polsce przeklęta z uwagi na późniejszą grę dla III Rzeszy. I w tej powszechnej opinii niewiele zmienia fakt, że urodził się jako Ernest Otto Pradella w niemieckich wówczas Katowicach.

W ten sposób Biało-Czerwone barwy w dwudziestoleciu międzywojennym, a nawet długo po wojnie, reprezentowało wielu piłkarzy o obco brzmiących nazwiskach. Wśród nich na szczególne wyróżnienie zasługuje jeden przypadek. Jerzy Bułanow urodził się w Moskwie, z której uciekł do Warszawy w obawie przed nadciągającą rewolucją bolszewicką. W latach 1922-1935 22 razy zagrał w reprezentacji Polski, 17-krotnie będąc nawet jej kapitanem. Jak powszechnie wiadomo – Moskwa nigdy oficjalnie nie leżała w granicach naszego kraju, zatem Bułanow to pierwszy przypadek „farbowanego lisa” w historii.

Z obu stron granicy

II Wojna Światowa brutalnie przerwała marzenia Polaków o wyjeździe na drugie mistrzostwa świata z rzędu. Cztery dni przed jej wybuchem osiągnęliśmy najlepszy wynik w dotychczasowej historii bijąc w Warszawie bardzo mocnych Węgrów 4:2.

Po zakończeniu wojny, komunistycznej władzy nie zawsze podobało się, by w naszej reprezentacji grali zawodnicy pochodzący z tzw. „ziem odzyskanych”. Mimo to kilku z nich udało się przebić, jak choćby Joachimowi Marxowi. Urodził się w 1944 r. w niemieckich jeszcze Gliwicach. W tym mieście pięć lat wcześniej pożałowania godna niemiecka prowokacja stała się oficjalnym powodem wybuchu II Wojny Światowej.

Marx reprezentował Polskę m.in. w czasach Orłów Górskiego. Na pamiętny mundial 1974 r. w ostatniej chwili się jednak nie załapał, ustępując miejsca młodszemu Andrzejowi Szarmachowi. Mimo tego z orzełkiem na piersi zagrał 23 razy, zdobywając 10 goli, w tym choćby hat-tricka przeciwko Danii.

Kilkanaście kilometrów od Gliwic – w Rudzie Śląskiej – urodził się najlepszy strzelec w historii polskiej ligi – Ernest Pohl. Ruda Śląska należała jednak już do Polski, więc jego „farbowanym lisem” nazwać nie można. Bardzo dobrze pokazuje to jednak złożoność kwestii narodowej przynależności piłkarzy ze Śląska,z których tak wielu reprezentowało Polskę.

Tragiczne losy pioniera

W powszechnej świadomości pierwszym naturalizowanym obcokrajowcem w dziejach naszej kadry jest Emmanuel Olisadebe. Przykład Bułanowa świadczy o tym, że nie do końca jest to prawdą. Z pewnością jednak „Oli” był pierwszym czarnoskórym graczem w reprezentacji Polski. Ale tylko tej pierwszej.

Matty Cash 1200.jpg
El. MŚ 2022: Matty Cash może zagrać w reprezentacji Polski? FIFA wydała oświadczenie

W 1986 r. powołanie do polskiej młodzieżówki otrzymał Robert Mitwerandu. Niespotykaną nad Wisłą karnację zawdzięcza ojcu, który pochodził z Rodezji – dzisiejszego Zimbabwe. Syn grał najpierw w kilku śląskich klubach, a ostatnim okazał się Raków Częstochowa. Wcześniej – w 1988 r. – jako piłkarz GKS-u Katowice został pierwszym czarnoskórym zawodnikiem w historii polskiej ligi.

7 maja 2000 r., dzień po spotkaniu II ligi z Polarem Wrocław, Robert Mitwerandu zmarł – przyczyną był prawdopodobnie zawał serca.

Zbawca Olisadebe?

Wkrótce po tragicznej śmierci pierwszego czarnoskórego reprezentanta Polski w jakiejkolwiek kategorii wiekowej, w dorosłej reprezentacji zadebiutował Emmanuel Olisadebe. Jego związki z nową ojczyzną nie były zbyt mocne. Mieszkał tu od trzech lat, grając w Polonii Warszawa, dla której zdobył łącznie 20 goli. Zbawcę kadry widział w nim ówczesny selekcjoner, a wcześniej trener „Czarnych Koszul” – Jerzy Engel. W przyspieszonej naturalizacji pomógł zadeklarowany fan sportu – prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Olisadebe do kadry wszedł z przytupem, już w debiucie strzelając gola Rumunii. Po drugim meczu został – zgodnie z imieniem – nazwany zbawcą. Na start eliminacji mistrzostw świata 2002 pokonaliśmy w Kijowie Ukrainę 3:1, po dwóch golach nowego bohatera. W decydującej fazie kwalifikacji „Oli” strzelał jak na zawołanie, ostatecznie zapewniając nam pierwszy po 16 latach przerwy awans na mundial.

Na nim też pochodzący z Nigerii zawodnik zdobył ostatnią bramkę w biało-czerwonych barwach. Pozbawiona już wcześniej szans wyjścia z grupy Polska pokonała 3:1 USA. Trener Engel został zwolniony, a Emmanuelowi wyraźnie przeszła chęć reprezentowania drugiej ojczyzny. Wystąpił dla niej jeszcze sześciokrotnie, wkrótce znikając z radarów nie tylko polskim kibicom. Zagraniczny etap jego kariery trudno uznać za udany. Pod jego koniec pojawił się jeszcze w Polsce, gdzie mówiło się o możliwym angażu w Lechii Gdańsk. „Oli” nie prezentował już jednak dawnej formy, co zapewne było spowodowane „cofnięciem metryki” – jak wielu piłkarzy z Afryki był o kilka lat starszy, niż podawały oficjalne dokumenty.

Postać Emmanuela Olisadebe dla kibiców wychowanych w mizernych piłkarsko latach 90-tych jest niemal kultowa. To on zapewnił nam awans na pierwszy wielki turniej od 16 lat, a więc dla wielu – pierwszy jaki widzieli z udziałem Polski. Z drugiej strony jego dalsze losy i brak entuzjazmu dla gry z orzełkiem na piersi dają do myślenia i wskazują, że dla piłkarza z Nigerii biało-czerwone barwy były jedynie szansą na promocję.

Minuta Geworgiana

Zanim w reprezentacji nastały czasy kolejnego głośnego „transferu” przewinął się przez nią jeszcze jeden naturalizowany zawodnik i był to najkrótszy z możliwych epizodów. Urodzony w Erewaniu Ormianin – Wahan Geworgian całą piłkarską karierę związał z naszym krajem. Przez 10 lat grał w Wiśle Płock i jako jej zawodnik 12 lipca 2004 r. zagrał z orzełkiem na piersi przez dokładnie…minutę. W towarzyskim meczu z USA w Chicago wszedł  na murawę w 90’ minucie.

O Geworgianie ponownie głośno zrobiło się, gdy już po końcu sportowej przygody ktoś zrobił mu zdjęcie jak handluje papierosami na łódzkim bazarze.

Brazylijska jakość

Wspomniany „głośny transfer” naszej reprezentacji to oczywiście Roger Guerreiro. Gdy zimą 2006 r. wraz z innym Brazylijczykiem – Edsonem – trafili do Legii pokazywali w naszej lidze nieznaną dotąd jakość. Z tej jakości tuż przed EURO 2008 postanowił skorzystać selekcjoner Leo Beenhakker. W przyspieszonej naturalizacji pomógł tym razem prezydent Lech Kaczyński i Roger 27 maja 2008 r. zadebiutował w starciu z Albanią.

Już kilkanaście dni później zdobył gola na mistrzostwach Europy. Bramka, choć uznana, okazała się zdobyta ze spalonego. To tylko dopełnia fatalnego obrazu naszej drużyny na tamtym turnieju, bo trzeba dodać, że był to nasz jedyny gol. Zdobyty w nieprawidłowy sposób, przez pospiesznie naturalizowanego Brazylijczyka, który wcześniej nie miał żadnych związków z naszym krajem.

Guerriero po raz ostatni wystąpił w reprezentacji w 2011 roku. Jego dorobek to 25 spotkań i cztery gole.

Początek ery „farbowanych lisów”

Po przegranym EURO 2008 wydawało się, że gorzej już być nie może. Zwłaszcza, że w perspektywie mieliśmy współorganizowanie kolejnych finałów. Niestety – misję budowy drużyny na ten turniej otrzymał Franciszek Smuda.

Kadra prezentowała się beznadziejnie, nie tylko na boisku. Także wizerunkowo, bo nielubiący zdania odmiennego trener wyrzucił z niej kapitana Michała Żewłakowa i jedynego bohatera ostatniego EURO – Artura Boruca.

Bardzo chętnie sięgał za to po naturalizowanych piłkarzy. To wtedy powstało popularne do dziś powiedzenie o „farbowanych lisach”.

Pierwszy z nich – Ludovic Obraniak – był jeszcze mocno wyczekiwany. Bo i nazwisko polsko brzmiące i wiodąca rola we francuskim OSC Lille, w którym grał u boku m.in. młodego Edena Hazarda. Także debiut „Ludo” w reprezentacji wypadł nader okazale. Dwa gole i pełna skromności – wydawało się – postawa.

Niestety - wkrótce Obraniak wyraźnie obniżył loty, obrażał się na dziennikarzy i piłkarzy, w tym kapitana Jakuba Błaszczykowskiego, a przy tym grając z orzełkiem na piersi dwukrotnie otrzymał czerwoną kartkę. Za każdym razem za niesportowe zachowanie.

Komu paszport?

Obraniak, mimo obiecującego startu, zbawcą kadry Franciszka Smudy nie został. Za to za jego przykładem coraz to nowi zawodnicy przypominali sobie o polskich korzeniach. Zazwyczaj dlatego, że w swoich narodowych drużynach nie mieliby szans na przebicie się. My zaś, jako gospodarze, byliśmy pewni gry w kolejnych finałach mistrzostw Europy, co stanowiło świetną szansę na promocję.

I gdyby chociaż Eugen Polanski, Sebastian Boenisch, Damien Perquis czy Adam Matuszczyk stanowili wyraźną wartość dodaną do naszej jedenastki, można by ten rodzaj „otwartości na świat” trenerowi Smudzie puścić w zapomnienie. Żaden z wyżej wymienionych fatalnego obrazu tamtej drużyny jednak nie odmienił.

Dopełnia go za to zachowanie Laurenta Koscielnego. Grający wówczas w Arsenalu Londyn Francuz na spotkanie z polskim trenerem się nie stawił. Dostał bowiem informację, że zostanie powołany na najbliższy mecz kadry „Tricolores”. Wybór był dla niego oczywisty. U boku Karima Benzemy i kolegów wystąpił łącznie 51 razy.

Inni znani zawodnicy, którzy nie zdecydowali się na grę w biało-czerwonych barwach to np. Argentyńczyk Paulo Dybala czy Włoch Robert Acquafresca.

Ostatni za Nawałki

Ostatnie „farbowane lisy” grały dla Polski za czasów Adama Nawałki. Obaj jednak nie będą dobrze zapamiętani przez kibiców znad Wisły.

Matty Cash 1200 Forum
El. MŚ 2022: Matty Cash wbija szpilkę Zbigniewowi Bońkowi. "Nie chciał mnie wysłuchać"

Thiago Cionek, mimo że pochodzi z Brazylii, nikogo nie urzekł bajeczną techniką. I choć akurat jemu zaangażowania odmówić nie można, to w pamięci zostanie głównie z uwagi na jedyna bramkę, jaką zdobył w polskiej reprezentacji. Było to oczywiście trafienie samobójcze z meczu z Senegalem na mundialu w Rosji w 2018 r.

Teoretycznie wciąż szansę na kolejne powołania ma Taras Romanczuk. Urodzony w ukraińskim Kowlu kapitan Jagielloni Białystok wyrobił sobie w niej markę solidnego ligowca. W 2018 r. doczekał się debiutu, ale w spotkaniu z Koreą Południową nie wypadł najlepiej i wkrótce jego nazwisko na stałe wypadło z notesu Adama Nawałki.

Nie tylko polska specjalność

Choć naturalizowanych obcokrajowców w reprezentacji Polski grało wielu, wszyscy razem nie osiągnęli tyle, co Miroslav Klose czy Lukas Podolski, którzy reprezentowali Niemcy.

Szukanie posiłków za granicą nie jest oczywiście naszym wymysłem. Przez lata najbardziej korzystali na tym Hiszpanie – „ukradli” choćby Alfredo di Stefano Argentynie czy Ladislao Kubalę Węgrom. Potem pałeczkę pierwszeństwa przejęli Niemcy, u których regularnie występują naturalizowani Turcy, Amerykanie czy zawodnicy z Afryki. Historycznym paradoksem jest także to, że kapitanem reprezentacji Austrii, a więc ojczyzny Adolfa Hitlera, jest pochodzący z Nigerii Dawid Alaba. Historia po raz kolejny okazała się najlepszym sędzią.

Czy Cash stanie się „Pieniążkiem”?

Nie ma zatem niczego wyjątkowego w tym, że na debiut z orzełkiem na piersi oczekuje teraz Matty Cash, który już wkrótce może zostać „Mateuszem Pieniążkiem”. Urodzony w angielskim Slough podstawowy zawodnik Aston Villi ma obecnie 24 lata. W wymagającej Premier League zbiera pochlebne recenzje. Jego matka – Barbara, z domu Tomaszewska, urodziła się w Anglii w rodzinie polskich powojennych emigrantów.

Matty bardzo szybko zgromadził niezbędne dokumenty, spotkał się z selekcjonerem Paulo Sousą i 26 października otrzymał polskie obywatelstwo. Już kilka dni później dostał powołanie na kończące fazę grupową eliminacji mistrzostw świata mecze z Andorą i Węgrami.

Jego debiut jest o tyle istotny, że boki obrony, zwłaszcza odkąd reprezentacyjną karierę zakończył Łukasz Piszczek, są bodaj najsłabiej obsadzoną pozycją w drużynie. Dynamiczny zawodnik z Premier League może odmienić ten stan i - jeśli tylko nie zabraknie mu serca do reprezentowania nowej ojczyzny - szybko zostanie zaakceptowany przez polskich fanów. Oni już niejedno widzieli.

 

 

MK

Zobacz także

Zobacz także