Wojna z Iranem sprawdzianem dla amerykańskiej broni. Wnioski dla Polski

Wojna z Iranem daje Polsce rzadką okazję, by zobaczyć, jak w realnych warunkach bojowych sprawdza się amerykańska broń, na którą od lat stawia także Warszawa. Bojowe użycie F-35, znaczenie systemów rażenia dalekiego zasięgu, podatność nawet zaawansowanej obrony na masowe ataki dronów oraz powracające pytania o dostęp do kodów źródłowych pokazują, że stawką jest dziś nie tylko modernizacja armii, ale również realna suwerenność operacyjna państwa. O tym, jakie wnioski Polska powinna wyciągnąć z bliskowschodniego konfliktu - od lotnictwa po rozwijany system antydronowy San - w analizie dla PolskieRadio24.pl mówią generałowie Roman Polko i Leon Komornicki.

2026-03-09, 06:42

Wojna z Iranem sprawdzianem dla amerykańskiej broni. Wnioski dla Polski
Samolot F-35 na lotniskowcu podczas operacji "Epic Fury". Foto: Reuters

Amerykańska broń potwierdza swoją jakość

Minął ponad tydzień, odkąd Stany Zjednoczone wraz z Izraelem zaatakowały Iran. Precyzyjnymi atakami z powietrza już pierwszego dnia wyeliminowano najwyższego przywódcę, ajatollaha Alego Chameneiego, ale też czołowych dowódców wojskowych i wysokich rangą urzędników. Teheran próbował odpowiadać, atakując dronami i pociskami balistycznymi izraelskie miasta, amerykańskie bazy na Bliskim Wschodzie, lotniska i inne cele w sprzyjających Waszyngtonowi krajach regionu. Ucierpiał m.in. Dubaj, czyli globalne centrum biznesowo-turystyczne, uchodzące dotąd za miasto bezpieczne.

Abstrahując od politycznych celów działań na Bliskim Wschodzie, uwagę zwraca sama skala operacji "Epicka Furia". Amerykanie i Izraelczycy uderzeniami z powietrza sukcesywnie ścierają potencjał militarny Iranu. Zawzięcie atakują nie tylko cele naziemne, ale też marynarkę wojenną - między innymi w rejonie cieśniny Ormuz, czyli kontrolowanego przez Iran strategicznego szlaku żeglugowego. Dowództwo Centralne USA (CENTCOM) poinformowało o zniszczeniu (łącznie) ponad 40 irańskich okrętów.

Czytaj także:

Polscy obserwatorzy mogą przekonać się, jak zaawansowane technologicznie są samoloty F-35, które już niedługo (pierwsze planowo - w maju) trafią do arsenału Sił Powietrznych RP. Będzie to przeskok generacyjny. - Na pewno samoloty F-16 czy F-35 zdają egzamin - zaznacza w rozmowie z portalem PolskieRadio24.pl gen. Leon Komornicki, były zastępca szefa sztabu generalnego Wojska Polskiego. Choć zaznacza, że obecnie na Bliskim Wschodzie prym (oprócz F-35) wiedzie sprzęt, z którego (przynajmniej w najbliższych latach) Wojsko Polskie nie będzie korzystało. Chociażby rakiety Tomahawk czy bombowce strategiczne B-2. Te drugie potwierdziły, że są w stanie wystartować z bazy w USA, zbombardować cele w Iranie, a następnie wrócić do kraju bez międzylądowania.

- Natomiast do osiągnięcia przez USA i Izrael swoich celów - uważa Komornicki - zważywszy na zasoby irańskiej armii (drony, rakiety balistyczne i hipersoniczne), jest jeszcze daleka droga - podkreśla.

Eksperci są zgodni, że zachodnia broń potwierdza swoją najwyższą jakość. Przestrzeń powietrzna została zdominowana przez USA i Izrael. - Nie mam najmniejszych wątpliwości, że F-15, F-16, F-22, F-35, samoloty rozpoznawcze i cały przekrój lotnictwa wykorzystywanego na Bliskim Wschodzie, ale też drony bojowe - to wszystko sprawdza się w Iranie - mówi naszemu portalowi gen. Roman Polko, były dowódca jednostki GROM.

Wnioski dla Polski

Nie tylko z wojny na Ukrainie, ale też z konfliktu na Bliskim Wschodzie można wyciągać wnioski dla Polski. Okazało się, że nawet osławiona izraelska Żelazna Kopuła (Iron Dome) może zostać przeciążona - a wówczas w parasolu ochronnym pojawiają się luki. Za sprawą użycia przez Iran dronów, powrócił też dylemat, nad którym w Polsce dyskutowano we wrześniu minionego roku, gdy rosyjskie drony licznie wtargnęły do polskiej przestrzeni powietrznej: czym należy je strącać?

- Dowódcy najsilniejszej armii świata, świetnie wyposażonej, zdają sobie sprawę, że przy masowym użyciu Szahedów, nawet w przypadku szczelnych systemów obrony powietrznej, drony mogą je przełamywać. Mieliśmy też problem w Polsce, że rakietą wartą 2 mln dolarów trzeba było strącać urządzenie warte co najwyżej kilkadziesiąt tysięcy dolarów - komentuje gen. Roman Polko, dodając, że z tego punktu widzenia niezwykle przydatny będzie realizowany właśnie w Polsce program San (system antydronowy).

Czytaj także:

Warto też wspomnieć o programach krótkiego zasięgu Pilica i średniego zasięgu Wisła. Ten ostatni będzie się opierał na amerykańskich Patriotach. Polska zamówiła osiem baterii tego systemu. Władze Ukrainy, szacują, że aby skutecznie odpierać zmasowane ataki Rosjan, potrzebują 25 baterii Patriot. Wprawdzie Ukraina jest terytorialnie znacząco większa od Polski, jednak można się zastanawiać, czy osiem Patriotów wystarczy. - Osobiście obliczyłem, biorąc pod uwagę zasięg każdej baterii systemu Patriot, że potrzebujemy 22 takie baterie, wyposażone w rakiety PAC-3, które doskonale sprawdzają się na Ukrainie - mówi gen. Leon Komornicki, dodając, że obrona powietrzna powinna obejmować swoim zasięgiem całe terytorium. Należy też pamiętać o uzupełnianiu potencjału (chociażby pocisków), który się zużywa.

Były zastępca szefa sztabu generalnego zwraca też uwagę, że Siły Zbrojne RP docelowo powinny skupiać się nie tylko na budowaniu potencjału defensywnego, lecz także ofensywnego. Słowem, powinniśmy mieć zdolności odwetowe. - To nasza ułomność. Nie mamy systemów rakietowych. Wyrzutnie HIMARS to artyleria rakietowa dalekiego zasięgu. Pociski JASSM, w które zostaną wyposażone samoloty, mają zasięg do 1000 km. To jest za mało. Nie mamy rakiet balistycznych i manewrujących - wskazuje gen. Komornicki.

Kody źródłowe, czyli temat tabu

A propos wspomnianych systemów HIMARS (te akurat nie są obecnie wykorzystywane na Bliskim Wschodzie), samolotów F-35 i innego uzbrojenia pochodzącego z USA, w ubiegłym roku w polskiej przestrzeni publicznej pojawiła się szeroka dyskusja na temat kodów źródłowych, potrzebnych do użycia tej broni w pełnym zakresie. "Kupujemy amerykańskie pociski na Moskwę. Jak Trump uzna, że one jednak na Moskwę mają nie lecieć, to one nie polecą. Abramsy też nie pojadą" - alarmują wojskowi, których cytowała w książce "Wojsko z tektury" dziennikarka Onetu Edyta Żemła.

Mariusz Błaszczak, zapytany przez Bogdana Rymanowskiego, czy Polska posiada kody do kupowanej broni (HIMARS), wyraźnie się zmieszał. - To jest dobre pytane. Wszystkich tych kodów oczywiście... Wtedy będziemy je mieli, kiedy będziemy współprodukowali tą broń - mówił. - Ale nie współprodukujemy. Czyli kupujemy obcą broń. Decydując o jej użyciu, musimy poprosić o zgodę producenta - ciągnął dalej Rymanowski. - Jeżeli będziemy mieć dużo tej broni, to będziemy ją współprodukowali - upierał się Błaszczak.

Do sprawy odnieśli się nasi rozmówcy. - To jest temat tabu. Nie wiem, czy kody zostały (od tamtego czasu - red.) udostępnione. Natomiast to jest pytanie o suwerenność strategiczną: czy będziemy narzędziem w realizacji polityki amerykańskiej? Czy Amerykanie będą nas wspierać w realizacji naszych narodowych interesów? Te pytania ciągle powinniśmy sobie stawiać. I budować również własne zdolności, jak to zrobiła Korea Południowa, Turcja czy Izrael - mówi Leon Komornicki, zachęcając polityków do negocjacji z Amerykanami (także w sprawie dostępu do kodów źródłowych) i innymi sojusznikami. - Musimy grać na trzech fortepianach - podkreśla. Po chwili nadmienia, że "każda wojna w naszej przestrzeni, niezależnie od tego, czy wygrana, czy przegrana, będzie naszą porażką". Trzeba więc zbudować na tyle silny potencjał odstraszania, aby do wojny nie doszło.

Potrzebna dywersyfikacja

W lutym w Holandii lawinę komentarzy wywołała wypowiedź (dla lokalnego radia) Gijsa Tuinmana, sekretarza stanu ds. obrony, dotycząca oprogramowania samolotów F-35. Zapytany, czy powinniśmy się obawiać, że Amerykanie mogą np. wstrzymać jego aktualizacje, odparł, że nie będzie to problemem. W jego ocenie kraje europejskie posiadają zdolności do "złamania systemu F-35, niczym iPhone’a, i wgrania własnego oprogramowania".

- Nie miałbym obaw, że Amerykanie, na wypadek konieczności obrony, będą nam blokować możliwość użycia uzbrojenia, które od nich zakupiliśmy. Choć oczywiście byłoby dobrze, gdybyśmy mieli te kody. Natomiast Amerykanie nie są skłonni do dzielenia się technologiami i do udostępniania kodów źródłowych. Słyszymy deklaracje, że USA udzielą nam konkretnego wsparcia. Sądzę, że w przypadku agresji, by tak było. Choć moja odpowiedź nie jest tak jednoznaczna, jak była przed rozpoczęciem prezydentury Donalda Trumpa, który wyraźnie powiedział, że Europa sama musi zapewnić sobie bezpieczeństwo, gdyż USA będą się angażować w innych częściej świata - komentuje gen. Roman Polko.

Nasz rozmówca zwraca uwagę, że nadal będziemy kupować zaawansowane uzbrojenie od USA, niemniej w tej materii potrzebna jest też dywersyfikacja i budowanie własnych zdolności obronnych. - Nawet nie chodzi o to, że ktoś byłby w kontrze wobec nas, ale lepiej mieć uzbrojenie pod ręką, niż ściągać je zza oceanu. Wojna na Bliskim Wschodzie pokazuje, że z logistyką nie jest tak łatwo, jak mogłoby się wydawać - mówi były dowódca jednostki GROM.

Słowem, powinniśmy rozwijać również swój przemysł zbrojeniowy. Pewne podstawy już mamy, m.in. w postaci przeciwlotniczego przenośnego zestawu Piorun, BWP Borsuk, moździerza samobieżnego M120Rak czy armatohaubicy samobieżnej Krab. Wspomniany został też program San.

- Stawiałbym na ten kierunek. Mamy dobre relacje z Ukrainą, której doświadczenia mogą pomóc w realizacji systemu antydronowego. Jestem przekonany, że jesteśmy w stanie nie tylko zwiększać swoje bezpieczeństwo, ale również zarabiać na produkcji uzbrojenia, jak robią to Amerykanie - ocenia gen. Polko.

Czytaj także:

Źródło: PolskieRadio24.pl/Łukasz Lubański

Polecane

Wróć do strony głównej