Kasprzyk o złoto w Tokio bił się ze złamanym kciukiem. "Poddać się? A skąd!"
Marian Kasprzyk zdołał wywalczyć złoty medal igrzysk olimpijskich w Tokio, choć nigdy nie był mistrzem Polski. W finale od pierwszej rundy walczył ze złamanym kciukiem, ale pokonał rywala z ZSRR. Życie jednego z najwybitniejszych polskich bokserów było właściwie gotowym scenariuszem na film - nie tylko na jeden. Wybitny pięściarz zmarł w wieku 86 lat.
Paweł Słójkowski
2026-02-03, 12:32
- Dlatego Mirosław kończy karierę. Mąż ujawnił powód
- Iga Świątek wysłała wiadomość do Alcaraza. Dwa zdania
Marian Kasprzyk nie żyje. Polski boks w żałobie
W 1966 roku w postać wzorowaną na Marianie Kasprzyku wcielił się Daniel Olbrychski. Film "Bokser" opowiadał jednak na tyle ponadczasową historię, że jej echa odnajdziemy też w innych obrazach, które nawiązywały do złotych czasów polskiego boksu. Kasprzyk mógł pochwalić się sportowymi sukcesami, ale droga, którą do nich doszedł, nie należała do tych usłanych różami.
"Polski Papp" swój przydomek zawdzięczał łudzącemu podobieństwu do węgierskiego legendarnego boksera, Laszlo Pappa. Fizyczne podobieństwo, ciemna cera, charakterystyczny wąsik - to wszystko pasowało doskonale, ale wspólnych cech mieli więcej. Kasprzyk w ringu prezentował się niemal identycznie, walczył z odwrotnej pozycji, dysponował potężnym ciosem, a niezbyt imponującą posturę nadrabiał charakterem.
Współcześni pięściarze powiedzieliby jasno, że "nie pękał na robocie", a przeszkody nie stanęły mu na drodze do medali. Inna sprawa, że Kasprzyk sam potrafił mocno komplikować sobie życie - na szczęście na zmianę, która dała mu miejsce w historii, nie było za późno.
Olimpijskie złoto ze złamanym kciukiem. "Poddać się? A skąd!
Kasprzyk zapisał się historii naszego boksu w spektakularny sposób. Niewielu kibiców wciąż to pamięta, ale Polska była w światowej czołówce tej dyscypliny. Biało-Czerwoni pięściarze potwierdzili to podczas igrzysk olimpijskich w Tokio w 1964 roku. Godzina wystarczyła naszym zawodnikom, by sięgnąć po trzy złote medale. Marian Kasprzyk, Józef Grudzień i Jerzy Kulej, wszyscy trenujący pod okiem legendarnego Feliksa “Papy” Stamma, wracali wówczas do kraju jak bohaterowie.
Medalowy marsz zaczął Grudzień, który w finale pokonał walczącego dla Rosji Wellingtona Barannikowa. Po nim między liny weszli Jerzy Kulej i Jewgiennij Frołow, by zmierzyć się o złoto w wadze lekkopółśredniej. Kulej, zgodnie ze strategią Stamma, miał boksować defensywnie i nie atakować. I realizował plan przez pierwsze dwie rundy, nie dając zrobić sobie krzywdy. W trzeciej ruszył do ofensywy i przypieczętował wygraną.
Stamm nie słyszał drugiego tego dnia Mazurka Dąbrowskiego, bo już szykował do walki Mariana Kasprzyka, który... uciął sobie drzemkę. Obudzono go tuż przed finałową walką z Ričardasem Tamulisem, walczącym dla ZSRR Litwinem, który bardzo dobrze mówił po polsku.
W pierwszej odsłonie pojedynku pojawia się problem, i to poważny. Kasprzyk łamie sobie na rywalu kciuk prawej ręki. Stamm pyta, czy poddać walkę, pięściarz chce się bić dalej. Wychodzi na drugą rundę, walczy w trzeciej. Sięga po swój złoty medal.
- To co, poddać się? W finale? A skąd! - mówił w rozmowie z Polskim Radiem ponad 60 lat temu.
Posłuchaj
- Seria ciosów Kasprzyka, znów bije. Wyprzedził teraz Tamulisa, Polak idzie jak taran, ciągle w ataku - relacjonował ten pojedynek Bohdan Tomaszewski. Kasprzyk nie zatrzymał się nawet na chwilę, zamęczył Tamulisa i spełnił swoje marzenie, pokonując wielkiego faworyta. Trener przyzna później, że żaden z medali z Tokio nie dał mu takiej satysfakcji.
Posłuchaj
- Nie chodziło już o samo zwycięstwo sportowe. Byłem świadkiem spełnienia tego, na co liczyłem - odrodzenia się człowieka. Postawiłem na niego jako na człowiek i na sportowca. Nie zawiódł mnie w żadnym przypadku - mówił legendarny szkoleniowiec. Skąd tyle dumy? W pewnym momencie wszystko wskazywało na to, że Kasprzyk do Tokio nie pojedzie.
Źródło: YouTube/kewalsss
Burzliwy charakter mógł zakończyć karierę
Urodzony w 1939 roku w Bielsku-Białej bokser przepustkę do Tokio załatwił sobie w ostatniej chwili - pokonując "Czarodzieja ringu" Leszka Drogosza, któremu zamarzyły się czwarte igrzyska. Niewiele jednak brakowało, by porywczy charakter i obyczajowe skandale sprawiły, że kariera Kasprzyka zakończyła się jeszcze przed największym sukcesem.
Awantury poza treningową salą, areszt, wyrok sądowy i wreszcie dożywotnia dyskwalifikacja - tak mógł potoczyć się ten scenariusz. Była też nieprzyjemna sytuacja z kapitanem wojska, podczas którego uderzona została żona wojskowego. Koniec kartiery wydawał się nieunikniony.
Kasprzyk odsiedział swoje po bójce z milicjantami (w podobnym zajściu uczestniczył kilka lat później Jerzy Kulej), co miało być dla niego wilczym biletem. Później wyszło na jaw, że cios żonie kapitana zadał jego kolega, a pobity wcześniej milicjant był prowodyrem całego zajścia. Za pięściarzem stanęli klub, koledzy i sam Feliks Stamm, a dyskwalifikację cofnięto zaledwie kilka miesięcy przed igrzyskami.
Decyzja, którą miał przed sobą szkoleniowiec, nie była prosta. W wadze półśredniej Kasprzyk rywalizował o wyjazd do Tokio z walczącym technicznie i świetnym w defensywie Leszkiem Drogoszem. Sparing, który zadecydował o tym, kto pojedzie na igrzyska, był prawdopodobnie jednym z najbardziej spektakularnych w historii polskiego boksu. To było starcie stylów, w którym potężnie bijący Kasprzyk miał dopiero wracać do formy. Drogosz dwukrotnie wylądował jednak na deskach, a potem pokazał olbrzymią klasę - sam wskazał rywala jako olimpijskiego reprezentanta.
- Od razu zarzuciłem Leszka ciosami, a on popełnił błąd, bo poszedł na wymianę i to fatalnie się dla niego skończyło. Przywaliłem lewym sierpem w szczękę i padł na matę. Leżąc, bił rękawicą o ziemię i krzyczał: "To mi się przyśniło!". Później przekonywał mnie, że dzień przed sparingiem miał sen, w którym leżał na ziemi po moim ciosie - wspominał Kasprzyk w rozmowie z Leszkiem Błażyńskim w książce "Spowiedź mistrza".
Wielcy stawali na drodze, a los potrafił z niego zakpić
Czy Kasprzyk był sportowcem spełnionym? Choć sięgnął po olimpijskie złoto podium mistrzostw Europy, na krajowym podwórku "blokowali" go przez lata inni giganci epoki - Jerzy Kulej i wspomniany już Drogosz.
Jego osiągnięcia mogłyby być też większe, gdyby nie... pech. W 1960 roku na igrzyskach w Rzymie nie wyszedł do walki półfinałowej z Clementem Quarteyem (Ghana). Broniący tytułu Władimir Jengibarian, z którym Kasprzyk bił się w ćwierćfinale, tuż przed końcowym gongiem uderzył w czoło przeciwnika, nad prawym okiem. Lekarze nie zdołali zmniejszyć opuchlizny i Polak finał obejrzał z trybun. Musiał zadowolić się brązem.
- Nad okiem urosła potężna śliwka, która z czasem uniemożliwiła mi swobodne patrzenie. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli moja nowa koleżanka prędko nie zniknie, to o walce półfinałowej mogę zapomnieć. Potrzebowałem wtedy pomocy naszego lekarza. Szybkiej, fachowej i przede wszystkim skutecznej. Cóż… nie otrzymałem jej, bo najwidoczniej pan doktor przyjechał na igrzyska jako turysta - wspominał w rozmowie z "Przeglądem Sportowym"
W 1968 roku w Meksyku los zadrwił Kasprzyka w inny sposób. W trakcie walki pękły mu spodenki, co może i wywołało rozbawienie publiczności, ale katastrofalnie wpłynęło na koncentrację pięściarza, który w pożyczonym od masażysty sprzęcie odpadł już na początku drogi po medal.
Po sukcesie w Tokio Polacy jeszcze trzy razy wywalczyli złoto olimpijskie w boksie. Cztery lata później w Meksyku tego krążka obroni Kulej, w Monachium (1972) na najwyższym stopniu podium stanie Jan Szczepański, a w Montrealu (1976) najlepszy będzie Jerzy Rybicki.
Jeden z ostatnich wielkich pięściarzy
- Bardzo smutna wiadomość. Odszedł wielki zawodnik i nie ukrywam, że był też wielki jako człowiek. To był jeden z ostatnich, jak nie ostatni z tych wielkich pięściarzy - wspominał Kasprzyka właśnie Rybicki.
Po niezłych latach osiemdziesiątych po brąz w 1992 roku sięgnie jeszcze Wojciech Bartnik. Potem nadejdzie czas posuchy, który w wielkim stylu przerwie dopiero Julia Szeremeta, odkrycie z Paryża i nadzieja naszego pięściarstwa. Ne jej srebro patrzyło kilka pokoleń świetnych bokserów, w tym także Marian Kasprzyk. Nawet w podeszłym wieku były mistrz nie tracił zainteresowania sportem.
- Był osobą wielkiej klasy. Wielki sportowiec i wielki człowiek. Był na każdej imprezie, służył pomocą. Był legendą polskiego boksu, osobą godną naśladowania przez młodych sportowców. Po ostatnim sukcesie Julii Szeremety był na naszej gali, Julia z nim rozmawiała i razem się cieszyli z sukcesu. Naprawdę wielka postać naszego boksu - mówił o nim z kolei prezes Polskiego Związku Bokserskiego Grzegorz Nowaczek.
Źródło: PolskieRadio24.pl/ StrefaBoksu, Olimpijski.pl/Paweł Słójkowski