"Zezowate szczęście". Filmowa groteska, po którą potem sięgnął Woody Allen
Dzięki wybitnej kreacji Bogumiła Kobieli bohater filmu Jan Piszczyk zamieszkał w zbiorowej świadomości Polaków. 4 kwietnia 1960 roku miała miejsce premiera filmu "Zezowate szczęście" w reżyserii Andrzeja Munka.
2025-04-04, 08:05
Prototyp Zeliga
Jak powiedział Tomasz Mościcki prowadzący audycję w Polskim Radiu poświęconą karierze aktorskiej Bogumiła Kobieli, w "Zezowatym szczęściu" Andrzejowi Munkowi udało się osiągnąć to, co w wiele lat później powtórzył Woody Allen w filmie "Zelig" (1983). Porównanie rzeczywiście wydaje się trafne, z czym zgodził się gość Mościckiego, krytyk filmowy Andrzej Kołodyński.
Oba filmy opowiadają bowiem o bohaterze, który za wszelką cenę chce się dopasować do panujących okoliczności. Jednak okoliczności mają to do siebie, że lubią się zmieniać. Co robią w takim wypadku bohaterowie Munka i Allena? To co zwykle – przystosowują się do panujących okoliczności. I tak w kółko, tylko że to najprostsza droga do braku tożsamości. Taki jest właśnie problem tego typu postaci kameleonów i na tym polega ich paradoksalny tragizm. Paradoksalny, bo przecież nadgorliwcy, którzy swoje zachowanie uzależniają jedynie od tego, jak powieje wiatr, na ekranie wypadają na ogół komicznie.
Nurt ironiczny
"Zezowate szczęście" to rzadki w polskim kinie przykład nurtu ironicznego. Zmarły tragicznie w 1961 roku Andrzej Munk był uważany za głównego przedstawiciela tego typu kina w kraju i jednego z najwybitniejszych reżyserów swojego pokolenia. A w zawody szedł z nie byle kim, bo z Wojciechem Jerzym Hasem, Andrzejem Wajdą, Jerzym Kawalerowiczem czy Kazimierzem Kutzem.
- Wojciech Jerzy Has. Portret mistrza
- Andrzej Wajda. Osiem filmów (i jeden spektakl), które warto zobaczyć jeszcze raz
- Jerzy Kawalerowicz: Urodziłem się na pograniczu Ukrainy i Galicji w miasteczku Gwoździec
- Kazimierz Kutz. "Pokazywał Śląsk, który kochał miłością szaleńczą"
Jednocześnie, po śmierci Munka, nikt nie wypełnił luki po nim jako reżyserze ironicznym. I nie chodzi tu o lekkie kino służące rozrywce, ale o inny sposób rozmowy na temat kwestii ważnych, dotyczących najnowszej historii Polski.
Romantyzmowi Wajdy Munk przeciwstawiał dużo bardziej antybohaterską wizję najnowszej historii, nie tylko w "Zezowatym szczęściu", ale też na przykład w "Eroice" (1957). Komiczne przygody pozbawionego tożsamości Jana Piszczyka są więc również satyrą na kolejne epoki zmieniającej się Polski – od przedwojennej do czasów współczesnych filmowi.
Sam Piszczyk jest z kolei metaforą polskiego losu w burzliwych czasach lat 30., 40. i 50. Symbolizuje on Polaków tego czasu, którzy są cały czas miotani wichrami historii i zmuszani do przystosowywania się do ciągle i radykalnie zmieniających się warunków politycznych.
Kontrowersje
Należy pamiętać, że film, posługując się silną groteskową konwencją, wyolbrzymia typowe dla całego społeczeństwa sytuacje, które stają się udziałem Jana Piszczyka. Nie wszyscy to zrozumieli, często bowiem miano pretensje do reżysera oraz autora literackiego pierwowzoru, Jerzego Stefana Stawińskiego, twórcy opowiadania "Sześć wcieleń Jana Piszczyka".
REKLAMA
– Zaatakowano mnie za tę książkę z każdej strony. Zarówno marksiści, jak i liberałowie – mówił Jerzy Stefan Stawiński w audycji Polskiego Radia – uznano, że Piszczyk to postać nieadekwatna do losów polskich tego okresu, a jednocześnie postać, która przeczy zasadniczym tezom ówczesnej estetyki literackiej. Bo jest to postać, którą miota historia, a według ówczesnej estetyki to przecież człowiek tworzy historię – mówił pisarz.
Poza pretensjami ze strony "marksistów" czy "liberałów", zarówno książka, jak i film mogły spotkać się z niechęcią wielu osób, które nie uznawały narzuconego Polsce siłą przez obce mocarstwo ustroju. Pytanie bowiem, czy wyżywanie się na polskiej najnowszej historii (w tym Polski przedwojennej czy wrześniowej) jest najlepszym pomysłem, kiedy czyni się to w warunkach panującej cenzury i niejako w ramach obowiązującego systemu politycznego.
Inna rzecz, że uważne przyjrzenie się filmowi pozwala dostrzec także pewną, choć nie podaną wprost, krytykę państwa rządzonego przez komunistów. Krytyka to jednak subtelna i niewspółmierna do skali zbrodni popełnianych przez władze PRL, zwłaszcza w czasach stalinizmu, których nie sposób z kolei poważnie zestawiać z przejawami nietolerancji z czasów sanacji, jak czyni to Munk. Realizowanie filmów poświęconych najnowszej historii, w owym czasie, było więc zadaniem, z którego nie sposób było wyjść z zupełnie czystymi rękami.
Życiowa rola Bogumiła Kobieli
"Zezowate szczęście" to aktorski popis Bogumiła Kobieli i najbardziej pamiętna jego rola, choć w czasie swojego krótkiego życia zagrał w ponad 40 filmach.
REKLAMA
– Ja usłyszałem od jakiegoś krytyka zachodniego, że Kobiela to jest przecież taki Chaplin – wspominał Andrzej Kołodyński w audycji Polskiego Radia.
Rzeczywiście w niektórych scenach Kobiela ewidentnie nawiązuje do sposobu gry znanego komika, jednak na przestrzeni całego filmu używa on znacznie szerszej gamy środków. Chyba właśnie na tej umiejętności przepoczwarzania się polegała wielkość "Bobka", który okazał się urodzony do roli Jana Piszczyka.
Posłuchaj
Z przymrużonym okiem
Na sukces filmu wpłynęła także praca operatora Jerzego Lipmana. Zdecydował się on na tak zwaną inscenizację głębinową, która przy pomocy szerokokątnych obiektywów podkreśla znaczenie świata, który otacza głównego bohatera, i od którego Jan Piszczyk jest w pełni zależny. Szeroki, jakby przerysowany, sposób patrzenia kamery pomaga również w budowaniu konwencji komicznej.
REKLAMA
Dalsze losy Piszczyka
Postać Jana Piszczyka, dzięki filmowi Andrzeja Munka, zamieszkała w naszej zbiorowej świadomości, ale na tym nie skończyła się jej obecność. W 1989 roku na ekrany kin wszedł film Andrzeja Kotkowskiego pod tytułem "Obywatel Piszczyk", który zaczyna się od sceny, w której w 1960 roku Jan Piszczyk (Jerzy Stuhr) ogląda w kinie ostatnie kadry "Zezowatego szczęścia", po czym wychodzi obrażony i z poczuciem, że został ośmieszony. Dalsze losy bohatera zostały przedstawione także między innymi we wrocławskim spektaklu Teatru Współczesnego z 1987 roku, gdzie w postać Piszczyka wcielił się z kolei Henryk Talar.
– Ja tę książkę napisałem po wydarzeniach 1981 roku, bo poczułem wtedy, że Piszczyk znów chce się pojawić i przedstawić swoje racje – tłumaczył powody napisania kontynuacji losów Piszczyka Jerzy Stefan Stawiński w audycji Polskiego Radia.
Posłuchaj
REKLAMA
Słynny pisarz i scenarzysta co prawda zmarł w 2010 roku, kto wie jednak, czy za sprawą innego, wrażliwego na głos Jana Piszczyka, twórcy w pewnym momencie polski kameleon nie objawi się nam znowu.
Źródło: Polskie Radio/az/kor
REKLAMA