Bracia Warner. Polscy Żydzi z Krasnosielca budują fabrykę filmów
Spośród czterech założycieli wytwórni Warner Bros. trzech przyszło na świat w mazowieckiej wsi pod Przasnyszem. Warnerowie urodzeni w Ameryce także liznęli trochę polskiego, co miewało zabawne skutki.
Bracia Warner. Od lewej: Albert, Jack, Harry i Sam/ Foto: mat. pras./pexels/wikimedia/domena publiczna
Omówienie
Benjamin Warner wyemigrował z żoną i dziećmi do Ameryki z Krasnosielca. Tam nie zapomnieli polskiego języka.
Przed utworzeniem wytwórni filmowej synowie Benjamina parali się wieloma zajęciami, niektóre nie były legalne.
By kupić swój pierwszy projektor, Warnerowie musieli dać w zastaw swojego konia. Inwestycja się opłaciła.
Polsko-żydowsko-amerykańska kombinacja
– Kiedyś mi opowiadał, że był u dentysty, który mu "katował" ząb – wspominał swoje rozmowy z Jackiem Warnerem Andrzej Krakowski, autor książki "Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood". – Okazało się, że to było "cutował", od "cut" (ang. "ciąć, piłować"). Po prostu dentysta spiłował mu ząb – mówił gość Jerzego Sosnowskiego.
Andrzej Krakowski, polski reżyser żydowskiego pochodzenia, emigrował z Polski po antysemickiej nagonce w 1968 roku, poznał Jacka Warnera za pośrednictwem Ewy Krzyżanowskiej, matki fotografa Marka Nizińskiego, który w Ameryce tworzył zgraną paczkę przyjaciół wraz z Krzysztofem Komedą i Markiem Hłaską. – Ewa Krzyżanowska była gosposią gwiazd. Sławni ludzie konkurowali o nią, przekupywali, by do nich przeszła. Kiedy przyjechałem do Los Angeles, pracowała u Warnerów – wspominał Andrzej Krakowski.
Reżyser był świadkiem zabawnej rozmowy producenta z gosposią. Warner, ledwie znający polski, próbował dowiedzieć się od Krzyżanowskiej, słabo władającej angielskim, kto wcześniej tego dnia był jego gościem na proszonym obiedzie, ponieważ pod koniec życia pamięć płatała mu figle. Pamiętał jedynie, że był to "Rusek". O żonie tego "Ruska" nie mówił zaś inaczej, jak "ten Rusałka".
Narodziny Warnerów
Zabawne echa polszczyzny w ustach Jacka Warnera to jeden z najwyraźniejszych śladów jego pochodzenia. Choć on sam urodził się w Stanach Zjednoczonych (jako Itzak), pozostali bracia z czwórki tworzącej Warner Bros., czyli Harry (Hirsz), Albert (Aaron) i Sam (Szmul), pierwsze lata życia spędzili w Krasnosielcu, gdzie ich ojciec Benjamin był szewcem. Rodzina przeniosła się za Atlantyk pod koniec lat 80. XIX wieku, przywożąc ze sobą nie tylko nadzieję na poprawę losu i zapał do interesów, lecz także odrobinę polskiej kultury z prowincji Kongresówki. W Ameryce rodzina rozrastała się w szybkim tempie, ale każde z młodszych dzieci miało szansę poznać mowę przodków.
"Warner" to nazwisko, które Benjamin przyjął już w USA, a za nim reszta rodziny. W Polsce nazywali się Wonsal, Wonskolaser albo Woron - nawet dzieci Benjamina nie wiedziały, jak dokładnie brzmiało oryginalne nazwisko. Według ich teorii "Warner" pojawił się po prostu w dokumencie urzędnika imigracyjnego, który nie zaprzątał sobie głowy rozumieniem obco brzmiących imion. Benjamin Wonsal wjechał więc na teren USA jako Ben Warner. Popłynął tam sam, skuszony obietnicą wielkich zarobków, i dopiero po roku lub dwóch sprowadził żonę i dzieci.
W autobiografii pod tytułem "Moje pierwsze sto lat w Hollywood" (1964) Jack Warner tak opisuje okoliczności wyjazdu ojca: "W pobliskiej knajpie w Krasnosielcu ojciec wpadł na kumpla, również szewca. Nazywał się Waleski. Wszyscy uważali go za miejscowego głupka. Waleski zwierzył mu się, że ma dosyć Kozaków, głodu i pustych kieszeni i chce załatwić sobie pracę na frachtowcu płynącym do Ameryki. Ojciec pomyślał, że może ten Waleski nie jest wcale aż taki głupi. Następnego dnia zniknął i ojciec o nim zapomniał. Po kilku miesiącach przyszedł list od Waleskiego. Był analfabetą, ktoś musiał mu go napisać. List kończył się zdaniem: Musisz przyjechać do Baltimore, tutaj wszyscy noszą buty. Ameryka to bogaty kraj, z ulicami płynącymi złotem. Jeśli ten głupek mógł znaleźć złoto, to co dopiero ja – pomyślał ojciec. Ben Warner miał dwadzieścia sześć lat, kiedy postanowił opuścić Krasnosielc. [...] Powiedział rodzinie: Jeśli Waleski mówi prawdę o złocie, przyślę po Was. Okazało się, że Waleski kłamał, rzeczywistość nie wyglądała tak różowo. Może to i dobrze, bo gdyby powiedział prawdę, nie byłoby dzisiaj wytwórni Warner Brothers i musielibyście zadowolić się gorszymi filmami" (cytat za książką "Pollywood" Andrzeja Krakowskiego).
Królestwo za konia!
Warnerom w Ameryce wiodło się rozmaicie. Dwoje dorosłych i dwanaścioro dzieci oznaczało mnóstwo gęb do wykarmienia. Nie wszystkie jednak pomysły na biznes były trafione. Gdy jakieś przedsięwzięcie się nie udawało, Ben powracał do warsztatu, żeby naprawiać buty. By pomóc ojcu, najstarszy z braci Harry również został szewcem. Uzbierawszy trochę grosza, Ben kupił konia, któremu nadał imię Bob i który stał się podstawową siłą roboczą w rodzinne firmie transportowej. Wkrótce Bob miał się przysłużyć rodzinie w jeszcze inny sposób.
Amerykańska rzeczywistość końca XIX wieku oferowała wiele możliwości młodym, ciekawym świata i nie bojącym się wyzwań mężczyznom. Nie wszystkie były legalne. Bracia Warnerowie próbowali swoich sił zarówno w drobnych biznesach, jak i w gangu, w cyrku i lunaparku, w kolarstwie i organizowaniu hazardu. Jack, po krótkiej przygodzie z mafią, zaczął śpiewać, Sam uprawiał zapasy z wężami i był przez pewien czas współwłaścicielem teatru, Albert otworzył sklep z rowerami i kręglarnię, a potem zainteresował się projekcjami filmowymi, a Harry, porzuciwszy warsztat szewski, próbował sił w rozmaitych przedsięwzięciach, aż został sprzedawcą mięsa w lokalnej rzeźni. A to tylko niektóre aktywności, którym oddawali się wiecznie niespokojni młodzieńcy.
Pewnego dnia bracia stanęli przed szansą kupienia projektora filmowego. Pomysł spodobał się całej czwórce, a także ojcu, który wierzył w biznesową smykałkę swoich dzieci. Wątpliwości miała tylko matka. Ale to nie ona stała na przeszkodzie zakupowi, tylko brak odpowiedniej sumy pieniędzy. Potrzebny był tysiąc dolarów, a wszystkie rodzinne oszczędności wynosiły 850 dolarów. I wtedy z pomocą przyszedł Bob. Ben Warner oddał konia w zastaw, zyskując brakującą sumę. Warnerowie kupili projektor, na podwórzu ustawili namiot i zorganizowali pierwszy seans.
To było około 1903 roku. Nikt, łącznie z czterema braćmi Warner, nie przypuszczał, że właśnie rodzi się jedno z najpotężniejszych przedsiębiorstw medialnych Ameryki. Dwadzieścia lat później Harry, Albert, Sam i Jack założyli studio filmowe Warner Bros. Pictures. Po stu dwudziestu latach Warner Bros. to prawdziwe imperium, konglomerat złożony z takich wytwórni, jak Warner Bros. Home Entertainment, Warner Bros. Interactive Entertainment, Warner Bros. Television Studios, Warner Bros. Animation, Warner Animation Group, New Line Cinema, Castle Rock Entertainment oraz DC Entertainment.
W ciągu niespełna stulecia Warner Bros. dał światu nie tylko pierwszy dźwiękowy film w historii kina, lecz także postać Królika Bugsa czy psa Scooby Doo, wyprodukował lub dystrybuował serie filmów o Batmanie, Supermanie, Hobbitach i Harrym Potterze, zachwycił świat "Casablanką" i rozśmieszył "Akademią policyjną". Mało jest chyba takich miejsc na świecie, gdzie nikt nie słyszał o Warner Bros. I pomyśleć, że ten wielki sukces nie byłby możliwy, gdyby nie biedny koń Bob - który zresztą został przez Warnerów wykupiony tak szybko, jak to było możliwe.
Źródło: PolskieRadio24.pl; Archiwum Polskiego Radia: audycja Jerzego Sosnowskiego (PR, 2011); A. Krakowski, "Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood", 2011.
Chcesz czytać nas częściej?
Dodaj nas do preferowanych źródeł, aby nasze newsy zawsze wyświetlały Ci się na górze wyników Google.
Michał Czyżewski jest redaktorem serwisu poświęconego tematyce historycznej. W mediach internetowych pracuje od ponad 12 lat. Na portalu przygotowuje materiały popularnonaukowe dotyczące dziejów Polski i świata, historii literatury, sztuki i nauki, a także poruszające tematy astronomii, eksploracji kosmosu, medycyny i świata zwierząt. Opracowuje i publikuje nagrania z Archiwum Polskiego Radia.