"Heweliusz" tonął na jego oczach. Odnaleziony świadek i nowy trop

Nowe nagrania, świadek z Filipin i statek, który był "tuż obok", czyli niemiecki "Frank Michael". Dziennikarskie śledztwo Romana Czejarka ujawnia kolejne nieznane fakty dotyczące katastrofy promu "Jan Heweliusz" - największej powojennej tragedii w historii polskiej żeglugi.

2026-01-14, 10:02

"Heweliusz" tonął na jego oczach. Odnaleziony świadek i nowy trop
Prom "Jan Heweliusz". Foto: PAP

Nowe ustalenia ws. katastrofy promu "Jan Heweliusz":

  • Odnaleziono nieznane wcześniej nagranie radiowe potwierdzające obecność niemieckiego statku "Frank Michael" w bezpośrednim sąsiedztwie tonącego "Jana Heweliusza"
  • Rozmówca Romana Czejarka, polski marynarz, pan Łukasz, ustalił skład załogi "Franka Michaela" oraz świadka, który mógł widzieć wywracający się prom
  • Pojawiają się nowe pytania dotyczące okoliczności akcji ratunkowej i przyczyn obrażeń odnalezionych ciał

Kluczowa minuta przed zatonięciem "Heweliusza"

14 stycznia 1993 roku na Bałtyku zatonął prom "Jan Heweliusz". Zginęło 56 osób. Była to największa po wojnie katastrofa polskiej floty. Przez lata wiele okoliczności tej tragedii pozostawało niewyjaśnionych, a część świadków milczała.

Jak ujawnia Czejarek, w materiałach przekazanych przez Niemców jest nagranie radiowe, które przeoczono w trakcie procesów sądowych w Polsce. Kluczowy fragment pochodzi z około 50 sekund tuż przed godziną 5 rano, gdy "Jan Heweliusz" już tonął. Na nagraniu słychać męski głos - jak ustalono, należący do kapitana niemieckiego statku "Frank Michael". - Słychać komunikat "media relay", który oznacza przekazanie dalej wołania o pomoc. A później niemiecki kapitan mówi, że są małym statkiem i sami mają kłopoty, więc odchodzą na bok - wyjaśnia Roman Czejarek.

Czytaj także:

Radio Arkona prosi wówczas o podanie pozycji. Wiadomo dziś, że "Jan Heweliusz" nie przekazał swojej prawidłowej lokalizacji. W odpowiedzi odzywa się Radio Rene, które - na podstawie namiaru przechwyconego przez duńskie Lyngby Radio - podaje kurs 117. - To znaczy, że "Frank Michael" jest tuż obok i widzi tonącego "Heweliusza" - podkreśla Czejarek.

"Frank Michael" - mały statek w cieniu tragedii

Do dziennikarza zgłosił się pan Łukasz, polski marynarz, który pomógł rozwiązać zagadkę niemieckiego statku. Jak tłumaczy, "Frank Michael" był niewielkim masowcem do przewozu ładunków sypkich. - Miał jedynie 65 metrów długości, 10 metrów szerokości, maksymalne zanurzenie 4 metry 96 centymetrów i około jednego metra wolnej burty przy pełnym załadowaniu. Tonaż wynosił niecały tysiąc. To był naprawdę bardzo mały statek - mówi pan Łukasz. Zbudowano go w 1965 roku, więc w chwili katastrofy był już bardzo stary.

W sztormowych warunkach, przy falach sięgających 8-9 metrów, jednostka praktycznie znikała między grzbietami fal. - Nagle wyłania się na kursie kolizyjnym olbrzymi, biały, oświetlony "Jan Heweliusz" - dodaje Czejarek.

Świnoujście, 09.06.1992. Prom "Jan Heweliusz w porcie (Fot. PAP/Jerzy Undro) Świnoujście, 09.06.1992. Prom "Jan Heweliusz w porcie (Fot. PAP/Jerzy Undro)

Zgodnie z międzynarodowymi przepisami drogi morskiej, ponieważ "Frank Michael" znajdował się z prawej burty, miał pierwszeństwo. - Statki mogły się ze sobą dogadać, żeby "Frank Michael" ułatwił "Heweliuszowi" manewr. Ale w takiej pogodzie był on również bardzo narażony i miał prawo odmówić - zaznacza pan Łukasz.

Świadek z Filipin, który milczy

Dziewięć miesięcy po katastrofie, 10 października 1993 roku, "Frank Michaelwszedł na mieliznę w pobliżu Gotlandii. Dokumentacja Szwedzkiej Administracji Morskiej z tego zdarzenia - ponad 100 stron akt, zdjęć i raportów - pozwoliła odtworzyć panu Łukaszowi skład załogi. Okazało się, że połowę stanowili Filipińczycy, a armator, mała firma z Rostocku, już nie istnieje.

- Wszyscy szukali załogi w Niemczech, ale połowa marynarzy to byli Filipińczycy. Na pokładzie było sześć osób. Niemcami byli kapitan, oficer wachtowy i mechanik, reszta to Filipińczycy - relacjonuje pan Łukasz. Wyjaśnia, że byli oni tańsi i mogli pracować na statku nawet kilka lat, co było wówczas legalne. Oznacza to, że ktoś z załogi mógł płynąć na niemieckim statku również feralnej nocy, gdy zatonął "Heweliusz".

Analiza dokumentów i poszukiwania w mediach społecznościowych doprowadziły pana Łukasza do mężczyzny, który może być synem jednego z członków załogi. Jedynej wciąż żyjącej osoby, która była świadkiem tego, jak Jan Heweliusz tonie. Pan Łukasz napisał kilka wiadomości, kontakt jednak się urwał, ponieważ rozmówca przestał odpisywać. Czejarek podkreśla, że jesteśmy bardzo blisko rozmowy z kimś, kto mógł widzieć wywracający się prom, a być może brał udział w nieudanej akcji ratunkowej.

14.01.1993 r. "Heweliusz" obrócony do góry dnem na Morzu Bałtyckim (Fot. PAP/EPA) 14.01.1993 r. "Heweliusz" obrócony do góry dnem na Morzu Bałtyckim (Fot. PAP/EPA)

W tym kontekście pojawia się również wątek ciał okaleczonych przez śrubę okrętową. Załoga niemieckiego statku ratowniczego "Arkona" zaprzecza, by to ich jednostka mogła spowodować takie obrażenia. - Nie wykluczam, że mógł to być "Frank Michael" - mówi pan Łukasz, wskazując, że niemiecki statek płynął na przegląd maszynowy w stoczni Stralsund. - Statki idące na przegląd płyną puste, są wynurzone, a śruba znajduje się bardzo blisko tafli wody. Przy takich falach co kilka sekund wychodziła nad powierzchnię - wytłumaczył.

Nieudana próba ratunku?

Zdaniem marynarza najbardziej dramatyczny i zarazem najbardziej prawdopodobny scenariusz dotyczy próby pomocy rozbitkom. - Jedyne, co mogli zrobić, to podpłynąć bliżej. Spuścić drabinę pilotową, rzucić koło ratunkowe, ale musieli się zbliżyć. To bardzo ciężka sytuacja także w kontekście świadka. Jeśli został zmuszony do wyjścia na pokład, dla niego na pewno była to straszna sytuacja - mówię to jako marynarz - zagrażająca jemu samemu, jeśli brał w tym udział - mówi pan Łukasz.

- Próbując ich wyciągnąć, musieli zwolnić. Zwolnienie w takich warunkach jest czymś zabójczym. Sami narażali swoją sterowność, co mogło skończyć się bardzo źle. Albo płynęli na niskich obrotach ciągłych i wtedy mogli wciągnąć kogoś w śrubę, albo zdjęli manetki na zero, zaczęli tracić sterowność i wtedy musieli agresywnie dodać, co również mogło kogoś wciągnąć - dodaje.

- Uważam, że to najbardziej prawdopodobny scenariusz - ocenia. Jednak skoro świadek nie chce mówić i milczy, nie ujawniamy jego danych.

Inspekcja w Szczecinie - zaprzepaszczona szansa?

Nowy trop prowadzi też do Polski. W dokumentach dotyczących "Franka Michaela" znajduje się lista portowych inspekcji. - Jest zapis o inspekcji w Szczecinie 22 kwietnia 1993 roku. Na statek wszedł co najmniej jeden inspektor - mówi pan Łukasz.

Jak podkreśla, niemiecki masowiec przez długi czas operował na Bałtyku i regularnie zawijał do polskich portów. - Ten statek mieliśmy cały czas na Bałtyku, bywał w polskich portach. Wystarczyło tylko przyjść i zapytać. Któryś z inspektorów mógł dotrzeć do świadka - podsumowuje.

Cała rozmowa do wysłuchania w odcinku specjalnym podcastu "Jan Heweliusz - historia prawdziwa".

WIDEO. Świadek na końcu świata I Heweliusz. Prawdziwa historia #7

Źródło: PolskieRadio24.pl

Polecane

Wróć do strony głównej