more_horiz
Wiadomości

Liga Narodów: Cash strzelił po raz pierwszy, a Piątek do złej bramki. Słodko-gorzki smak potyczek z Holandią

Ostatnia aktualizacja: 22.09.2022 15:34
W czwartkowy wieczór na Stadionie Narodowym po raz 19 w historii zagramy z Holandią. Chociaż bilans dotychczasowych spotkań jest niekorzystny dla Biało-Czerwonych, to kilka z nich przeszło do legendy. Tak jak prawdopodobnie najlepszy mecz w dziejach naszej reprezentacji, lub niedawny - zakończony remisem 2:2.
Ostatni mecz z Holandią reprezentacja Polski zremisowała 2:2. Debiutanckiego gola w kadrze zdobył z nim Matty Cash. Krzysztof Piątek także ma na koncie gola z Oranje, tyle że...samobójczego
Ostatni mecz z Holandią reprezentacja Polski zremisowała 2:2. Debiutanckiego gola w kadrze zdobył z nim Matty Cash. Krzysztof Piątek także ma na koncie gola z "Oranje", tyle że...samobójczegoFoto: Facebook - Krzysztof Piątek
  • Polska zagra na Stadionie Narodowym z Holandią w meczu piątej kolejki Ligi Narodów
  • Spotkanie, choć o punkty, będzie ważnym testem przed zbliżającym się mundialem w Katarze
  • Bilans Biało-Czerwonych z "Oranjes" jest ujemny - wygraliśmy tylko 3 razy w 18 podejściach
  • Mimo tego to właśnie z Holendrami rozegraliśmy najlepszy mecz w historii
  • Matty Cash świętował pierwszego gola w narodowych barwach, a Krzysztof Piątek trafił do niewłaściwej bramki

Transmisja meczu Polska - Holandia na antenie radiowej Jedynki 22 września od godziny 20.40. Spotkanie komentować będą Tomasz Kowalczyk i Filip Jastrzębski. 

Polska - Holandia >>> SŁUCHAJ TRANSMISJI

Test przed mundialem, ale o punkty

W czwartek o 20:45 w kolejnym meczu Ligi Narodów Polska podejmie Holandię. Mecz na Stadionie Narodowym, choć o punkty, będzie mieć bardziej charakter jednego z testów przed zbliżającymi się mistrzostwami świata w Katarze. Szanse na awans do turnieju finałowego Ligi Narodów są tak iluzoryczne, że zamiast skupiać się na nich, lepiej przyjrzyjmy się arcyciekawej historii spotkań Biało-Czerwonych z "Oranje".

Do pierwszego z nich doszło w 1968 roku, w nietypowych - dodajmy - okolicznościach. Graliśmy bowiem towarzysko z Holendrami, z którymi wkrótce mieliśmy zmierzyć się także w grupie eliminacyjnej do mistrzostw świata. Krótko przed losowaniem obie federacje zawały jednak umowę o dwóch meczach towarzyskich - jednym u nas, drugim na wyjeździe.

Stanęło na tym, że jeden odbędzie się w Warszawie, a drugi "przy okazji". Ta miała nastąpić w bardzo wyjątkowych dla nas okolicznościach, ale po kolei.

1 maja 1968 Stadion Wojska Polskiego nie zapełnił się do ostatniego miejsca. I to mimo atrakcyjności rywala, a wpływ na to miała zapewne data - ważne w PRL-owskiej Polsce Święto Pracy. Wynik 0:0, zatem na pierwszego w historii konfrontacji obu narodów strzelca trzeba było jeszcze poczekać. W biało-czerwonych barwach jeden z ostatnich występów zaliczył Jacek Gmoch - wkrótce asystent trenera Górskiego, a potem samodzielny selekcjoner. Najmłodszy na boisku był zaś notujący drugi mecz w kadrze Kazimierz Deyna.

Przetarcie przed Wembley

Drugie starcie z Holendrami to wspomniane kwalifikacje do mundialu 1970. Na De Kuip w Rotterdamie przegraliśmy 0:1 po golu w bardzo doliczonym czasie gry. Stało się to w kraju przedmiotem gorącej dyskusji - czy aby angielski sędzia nie doliczył zbyt wiele minut. Historycznym strzelcem okazał się rezerwowy - Josephus Roggeveen.

Rewanż na Stadionie Śląskim był jednym z tych wydarzeń, które kibice pamiętali latami. Aby zachować szanse awansu musieliśmy wygrać. I wygraliśmy, mimo niekorzystnego wyniku do przerwy. Zapewniły nam to bramki Andrzeja Jarosika i Włodzimierza Lubańskiego, a także niewykorzystany w końcówce rzut karny przez "Oranje".

Mimo tak wspaniałego zwycięstwa nie udało się wygrać grupy i zagrać na mundialu. Nie stało się to także udziałem Holendrów, a obie drużyny pogodziła Bułgaria, która zdobyła punkt w Rotterdamie. Ten punkt, który my straciliśmy w doliczonym czasie.

Czwarta gra z "Pomarańczowymi" nastąpiła w 1973 roku. Polacy szykowali się do decydującej o awansie na mistrzostwa świata potyczki z Anglią i wtedy ktoś w PZPN-ie przypomniał sobie o zawartej kilka lat wcześniej umowie z Holendrami. Ciągle "wisieli" nam mecz towarzyski, a my potrzebowaliśmy trudnego rywala przed Wembley. 10 października, ponownie w Rotterdamie, zremisowaliśmy 1:1 dzięki bramce Deyny. Tydzień później taki sam wynik w Londynie przejdzie do historii, a dla Anglików będzie oznaczał koniec świata. Ale to już temat na zupełnie inną i wiele razy opowiedzianą w przeszłości historię.

"Godzina Radochy"

Los ponownie skojarzył nas z Holendrami w kwalifikacjach EURO 1976. To była prawdziwa grupa śmierci, bo poza ówczesną drugą i trzecią drużyną świata znaleźli się w niej jeszcze Włosi. Przed pierwszym spotkaniem z "Oranje" wielki ból głowy miał selekcjoner Kazimierz Górski.

Wracając z pucharowego meczu we Francji trzech piłkarzy Górnika Zabrze, będąc wyraźnie "pod wpływem" naubliżało kobiecie, która okazała się Polką. Jerzy Gorgoń i Ireneusz Lazurowicz otrzymali za to sześciomiesięczne bezwzględne dyskwalifikacje. To wtedy trener tysiąclecia miał powiedzieć:

- Lepszy pijany Gorgoń niż trzeźwy Ostafiński.

Ostatecznie 10 września 1975 w Chorzowie obszedł się bez nich obu. Trzeci uczestnik niechlubnych zajść - Andrzej Szarmach - otrzymał karę w zawieszeniu. Na szczęście - bo w bodaj najlepszym meczu, jaki nasza kadra rozegrała kiedykolwiek wbił Johanowi Cruijffowi i kolegom dwa gole. Kolejne dwa dołożyli partnerzy z reprezentacji. Wynik 4:1 z aktualnym wicemistrzem świata to była manifestacja siły, jaką wtedy dysponowała nasza reprezentacja.

A skoro był to najlepszy mecz w naszej historii, przypomnijmy cały skład Biało-Czerwonych:

Jan Tomaszewski - Antoni Szymanowski, Mirosław Bulzacki, Władysław Żmuda, Henryk Wawrowski - Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna (kapitan), Zygmunt Maszczyk - Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Robert Gadocha

Bramki: Lato 15', Gadocha 44', Szarmach 64', 74'.

Po meczu warszawska "Kultura" poświęciła zwycięzcom artykuł pt. "Godzina Radochy", co słusznie odczytywano jako "Rodzina Gadochy". Radość nie trwała jednak długo.

Premier na trybunach

Miesiąc i pięć dni później role się odwróciły. Holandia wzięła srogi rewanż i pokonała nas w Amsterdamie 3:0. Nie przekreślało to szans awansu na pierwsze w historii EURO. Wystarczyło pokonać u siebie Włochów, co pięć dekad temu nie było tak nieosiągalne dla nas, jak dzisiaj. Niestety - w Warszawie padł bezbramkowy remis. Klątwa mistrzostw Europy trwała i miała trwać jeszcze trzydzieści lat.

Eliminacje do europejskiego czempionatu stały się także okazją do kolejnych czterech konfrontacji z Holandią. W 1979 po raz trzeci podejmowaliśmy ich w Chorzowie i po raz trzeci wygraliśmy - tym razem 2:0 po golach Zbigniewa Bońka i Włodzimierza Mazura z karnego. Na trybunach zasiadł nawet - pierwszy raz od niepamiętnych czasów - premier kraju - Piotr Jaroszewicz.

Nie tylko to wskazywało na wyjątkową rangę wydarzenia. Dzień wcześniej nasza młodzieżówka pokonała na wyjeździe holenderską 3:2. Zachwytom nad kondycją futbolu nad Wisłą nie było końca. I jak to często bywa w naszym przypadku - szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemię.

Wprawdzie nie przez "Oranje", z którymi w tych samych eliminacjach potrafiliśmy jeszcze zremisować 1:1 na ich terenie. Zaledwie jeden punkt zdobyliśmy jednak na potencjalnie słabszej drużynie z nieistniejącego już kraju. Niemiecka Republika Demokratyczna pozbawiła nad marzeń o awansie na historyczne EURO.

"Proszę państwa, szkoda, że państwo tego nie widzą"


Rok 1986 to była już zupełnie inna rzeczywistość w polskim futbolu. Choć większość kibiców jeszcze tego faktu nie akceptowała. Na mundialu ponieśliśmy klęskę, a Zbigniew Boniek zapowiedział, że na kolejny poczekamy minimum 16 lat. Miał rację co do roku.

Jedno się nie zmieniło - w kwalifikacjach mistrzostw Europy trafiliśmy na Holandię. I zaczęło się całkiem optymistycznie - od wyjazdowego remisu 0:0. Rok później w Zabrzu przegraliśmy już jednak 0:2 po dwóch bramkach słynnego Ruuda Gullita. W eliminacyjnej tabeli ustąpiliśmy nie tylko "Oranje", ale też Grecji i Węgrom, co wówczas nad Wisłą przyjęto jako wstyd. Wkrótce jednak kibice zrozumieli, że będą się musieli do tego odczucia przyzwyczaić.

Lata 90. to w polskiej piłce reprezentacyjnej dekada upokorzeń. Nie zagraliśmy w żadnym wielkim turnieju, a porażki zdarzały się nam z drużynami dużo gorszymi niż Grecja czy Węgry. Zaczęło się jednak nieźle, bo z Holendrami dwukrotnie potrafiliśmy zremisować i to na ich terenie.

W 1992 roku w ramach eliminacji mundialu w Rotterdamie prowadziliśmy już nawet 2:0. Niestety polscy kibice nie zobaczyli bramek Marka Koźmińskiego i Wojciecha Kowalczyka, czyli reprezentantów powoli przejmujących stery w dorosłej drużynie srebrnych olimpijczyków z Barcelony. Zepsuła się bowiem transmisja i w głowach pozostało nam jedynie słynne "Proszę państwa, szkoda, że państwo tego nie widzą". Dwie bramki Petera Van Vossena dla rywali już jednak zobaczyli. Wynik 2:2 nadal mogliśmy uznać za bardzo dobry.

Przełamanie Kryszałowicza

Rok później na własnym terenie ulegliśmy Holendrom 1:3, ale szanse awansu pogrzebaliśmy znacznie wcześniej. Polaków, "Pomarańczowych" i do tego znajdującą się w tej samej grupie Anglię niespodziewanie wyprzedziła Norwegia.

Również 1:3 przegraliśmy z "Oranje" w meczu towarzyskim w 2000 roku. Dwa gole strzelił nam Patrick Kluivert, ale my zapamiętaliśmy głównie trafienie Pawła Kryszałowicza. Było ono bowiem pierwszym po sześciu meczach Biało-Czerwonych bez bramki. Niechlubna passa została przerwana, a nasi wkrótce nabrali wiatru w żagle i awansowali na pierwszy od 16 lat mundial. To jednak ponownie temat na zupełnie inną historię.

Ta pisana meczami z Holandią wygasła na długie 16 lat. Dopiero szykująca się do EURO 2016 kadra Adama Nawałki została przetestowana przez wielkiego rywala tuż przed wyjazdem. Z wynikiem negatywnym - w Gdańsku przegraliśmy 1:2, a jedynego gola zdobył dla nas obrońca - Artur Jędrzejczyk. W bardzo pozytywnym występie na boiskach Francji naszym to jednak nie przeszkodziło.

Piątek nie do tej bramki, Cash po raz pierwszy

Kolejne spotkania z czwartkowym rywalem miały miejsce podobnie jak to, które nas czeka w czwartek - w ramach Ligi Narodów. Stojący pod znakiem pandemii rok 2020 zaczynaliśmy i kończyliśmy meczami z "Oranje". 4 września - rekordowo późno jak na pierwszą grę w roku kalendarzowym - w Amsterdamie przegraliśmy 0:1. 18 listopada w Chorzowie ponownie porażka - 1:2. Gola dla Polaków strzelił już w piątej minucie Kamil Jóźwiak. Trafił także Krzysztof Piątek, tyle, że do niewłaściwej bramki, ustalając wynik zawodów.

Ostatni mecz to już historia najnowsza. W czerwcu bieżącego roku, oczywiście w Rotterdamie, prowadziliśmy nawet 2:0 po trafieniach Matty Casha (debiutanckim w reprezentacji) i Piotra Zielińskiego. Starszym kibicom przypomniał się wspomniany rok 1992. I słusznie - ponownie bowiem straciliśmy dwubramkową przewagę i skończyło się remisem 2:2. A mogło być jeszcze gorzej gdyby Memphis Depay wykorzystał w końcówce rzut karny.

Wynik nie jest najważniejszy

Jak będzie w czwartkowy wieczór na Stadionie Narodowym? Wynik nie jest najważniejszy, oby gra napawała optymizmem przed zbliżającym się mundialem. Awans do turnieju finałowego Ligi Narodów da nam tylko niespotykany splot rezultatów, zaś o utrzymanie w najwyższej dywizji i tak powalczymy zapewne za kilka dni z Walią.


Bilans meczów reprezentacji Polski z Holandią:

18 spotkań - 3 zwycięstwa, 7 remisów, 8 porażek - bramki 19:26.

Posłuchaj
00:23 jerzy Dudek przed Polska Holandia .mp3 W pierwszym spotkaniu z Holandią, w czerwcu w Rotterdamie, podopieczni Czesława Michniewicza wywalczyli remis 2:2. Jak będzie na Stadionie Narodowym? Mówi były bramkarz reprezentacji Polski, a także m.in. Feyenoordu Rotterdam, Liverpoolu i Realu Madryt, Jerzy Dudek (IAR)

Posłuchaj
00:30 jerzy Dudek przed Polska Holandia o potencjale Holandii.mp3 Jerzy Dudek, 60-krotny reprezentant Polski ocenił potencjał i możliwości reprezentacji Holandii (IAR)

  

Czytaj także:

MK

Zobacz także

Zobacz także