more_horiz
Wiadomości

Polacy przebiją "szklany sufit" na K2 bez O2? Adam Bielecki: to wyzwanie na miarę XXI wieku, chcę spróbować

Ostatnia aktualizacja: 05.04.2019 19:00
- Uważam, że sukces pierwszego zimowego wejścia na Everest jest pełny, nieważne, że z tlenem. Były to inne czasy i inne kryteria. Wtedy było to fenomenalne przejście i koledzy przekroczyli barierę niemożliwego. Dzisiaj, te 40 lat później, my też chcemy dokonać niemożliwego i tym niemożliwym nie jest wejście na K2 z tlenem, tylko bez - mówi himalaista Adam Bielecki w rozmowie z portalem PolskieRadio24.pl.
Adam Bielecki
Adam Bielecki Foto: Paweł Kurek/PolskieRadio.pl

Aneta Hołówek: To miłe, że wspierasz nauczycieli, właśnie pomogłeś jednemu z nich - swojemu pierwszemu instruktorowi - Jackowi Czechowi w pisaniu Alpejskiej Trylogii.

Adam Bielecki: Moja przyjaźń i partnerstwo z Jackiem trwają już od lat. Regularnie, kiedy tylko możemy, razem się wspinamy. Zwykle, jeżeli mam jakieś trudne do zrealizowania technicznie cele, które są jednocześnie treningiem i formą samorealizacji sportowej, to pierwszą osobą, która przychodzi mi do głowy i z którą chciałbym współpracować, jest Jacek, a w ostatnim czasie także Felix (Berg - przyp. red.), z którym jadę na kolejną wyprawę. Kompletowanie Trylogii Alpejskiej, czyli zdobycie trzech najtrudniejszych północnych alpejskich ścian - Eiger, Matterhorn i Grandes Jorasses - jest swego rodzaju symbolem i marzeniem wielu wspinaczy, moim zresztą też. Z Jackiem ten projekt rozpoczęliśmy od zdobycia Matterhornu. Potem próbowaliśmy przejść też północną ścianę Eigeru, co nam się nie udało. Jacek jednak nie odpuścił, zrobił Eiger w towarzystwie syna, co zresztą jest piękną historią. Jackowi pozostał więc ostatni element tej układanki, północna ściana Grandes Jorasses, a że ja przygotowywałem się tej zimy do wyprawy na północno-zachodnią ścianę Annapurny, to nasze motywacje i gotowość do zmierzenia się z tego typu celem się zgrały. Pojechaliśmy więc i załoiliśmy.

AH: I to w bardzo dobrym stylu. Trudną drogę Colton-MacIntyre (1200 m) pokonaliście w 16 godzin, w sumie akcja non stop trwała 31 godzin.

Wielicki Bielecki 1200 F.jpg
Krzysztof Wielicki 30 lat temu na Lhotse dokonał niemożliwego. "Adam Bielecki nie mógłby tego powtórzyć"

AB: Ruszyliśmy z położonego na wysokości 2500 m n.p.m. schronu Leschaux. Podstawa ściany jest na około 3000 m, czyli mieliśmy 500 m podejścia. Wspinaczka od wejścia w ścianę do szczytu zajęła nam 16 godzin. W Alpach było bardzo sucho, więc warunki były trudne. Jackowi bardzo jednak zależało właśnie na tej drodze, dlatego postanowiliśmy spróbować. Skutek był taki, że w kluczowych trudnościach lodowych nie było lodu, w związku z czym trzeba było się wspinać po jeszcze trudniejszej skale. Ale akurat na tym odcinku wypadło prowadzenie Jacka, więc nie mogłem narzekać. Całkiem sprawnie udało nam się wejść na szczyt, było to chyba ósme polskie przejście, za to najszybsze.

AH: Sukces to jednak też zejście.

AB: Oczywiście, sztuką jest nie tyle wejść, ale przede wszystkim bezpiecznie wrócić. Pierwotnie chcieliśmy zjeżdżać linią drogi, ale lodu było na tyle mało, że wkręcanie śrub lodowych, niezbędnych, żeby zbudować stanowiska, które umożliwią zjazdy, było niemożliwe, zaczęliśmy schodzić na drugą stronę góry. Nie znaliśmy terenu, nie byliśmy w stanie zlokalizować schroniska, więc stwierdziliśmy, że schodzimy w dolinę. Po około 30 godzinach byliśmy na dole po włoskiej stronie masywu Mont Blanc.

Adam Bielecki Ekscytujące i dosyć niezwykłe jest to, że w XXI wieku mamy na Annapurnie ścianę, która nie ma przejścia, bo tak naprawdę jedyna droga, która prowadzi do szczytu, poprowadzona w 1985 roku przez Reinholda Messnera i Hansa  Kammerlandera, ucieka w prawo z tej ściany i nie prowadzi przez główne spiętrzenie

AH: Teraz przed tobą kolejne wyzwanie, drugi etap wspinaczki na Annapurnę (8091 m), którą rozpocząłeś w 2017 roku, a której zresztą nie było w planach. 

AB: Dwa lata temu jechaliśmy w góry z planem wejścia nową drogą na Cho Oyu (8201 m). Chińczycy nie pozwolili nam jednak na wspinanie i znaleźliśmy cel zastępczy, który później okazał się bardziej pociągający niż ten oryginalny. Myślę, że północno-zachodnia ściana Annapurny jest fenomenalnym celem wspinaczkowym, w sam raz dla mnie. Prezentuje odpowiedni stosunek trudności, ale i możliwości przejścia, nie ma tam zagrożeń obiektywnych, których unikam. Droga jest stosunkowo bezpieczna, poza lawinami pyłowymi nie ma tam seraków czy szczelin. Na pewno trudnością jest długość tej drogi. Ekscytujące i dosyć niezwykłe jest też to, że w XXI wieku mamy na Annapurnie ścianę, która nie ma przejścia, bo tak naprawdę jedyna droga, która prowadzi do szczytu, poprowadzona w 1985 roku przez Reinholda Messnera i Hansa  Kammerlandera, ucieka w prawo z tej ściany i nie prowadzi przez główne spiętrzenie.

Uważam, że mamy duże szanse na sukces, znamy drogę do wysokości 6500-6700 m. Patrząc z perspektywy czasu na tę pierwszą próbę, uważam, że dwa lata temu takiej szansy nie mieliśmy. Byliśmy źle przygotowani, przede wszystkim nasze plecaki były za ciężkie.

AH: Czyli o tym, że się wycofaliście, nie zdecydowała pogoda? 

AB: Zła pogoda w pewnym sensie uratowała nam życie. Sprawiła, że się wycofaliśmy. Istotny wpływ na wycofanie miało jednak to, że poruszaliśmy się zbyt wolno. Pomimo że trudności techniczne nas nie przerastały, przerastała nas waga naszych plecaków. Każdy dźwigał po 23 kg, więc wspinanie się w stosunkowo trudnym technicznie terenie, a za taki uchodzi działalność na wysokości 7000 m, przy nachyleniu 60 stopni, okazało się problematyczne. Także teraz, oprócz tego, że musi być lepsza pogoda niż poprzednim razem, musimy odchudzić nasze plecaki. 

AH: W 2017 roku wspinaliście się we trójkę – ty, Felix Berg i Rick Allen (początkowo w ekipie był też Louis Rousseau). Teraz jedziecie tylko z Feliksem. Jak macie zamiar jeszcze bardziej odchudzić plecaki i działać w stylu alpejskim?

AB: Przez dwa lata myślałem, jak to zrobić. Idealnie by było, abyśmy mieli nie więcej niż 15 kg na plecach, no ale realnie pewnie to będzie 17 kg. Nie bierzemy na przykład w ogóle namiotów.

AH: Czyżby w życie miał wejść szalony plan Denisa Urubki, który powstał, gdy mieliście jechać na zimowe K2 w 2014, który zakładał spanie w jamach śnieżnych?

AB: Nie, na Annapurnie to nie byłoby możliwe. Tam jest tylko lód i skała. Zastosujemy inne rozwiązanie. Zamiast namiotu mamy taką miniaturową, ważącą jeden kilogram wersję portaledge, czyli łóżka do spania w skale. To jest lekka wersja, na której ledwo mogą usiąść dwie osoby. Do tego mamy podwójny śpiwór specjalnie uszyty dla nas przez Pajaka i płachtę, którą się możemy przykryć. Cały zestaw - śpiwór plus przenośne łóżko plus płachta - nie powinien ważyć więcej niż 2200 g.

AH: Gdzie będziecie się aklimatyzowali?

AB: Zazwyczaj taką aklimatyzację zdobywa się na drodze normalnej, na górze, którą zamierza się zdobyć. To dobre rozwiązanie chociażby po to, aby zapoznać się z drogą zejścia. W przypadku Annapurny nie chcemy jednak tego robić, bo tam droga normalna jest bardzo niebezpieczna. Prowadzi wiszącym lodowcem, gdzie nagromadzenie zagrożeń obiektywnych jest bardzo duże - seraki, lawiny, szczeliny. Dlatego będziemy się aklimatyzować gdzie indziej. Poprzednim razem zdobyliśmy Tilicho Peak (7134 m), teraz padło na kolejny siedmiotysięcznik w Nepalu, o którym słyszało niewielu - Langtang Lirung. Niedawno dowiedziałem się zresztą, że pierwszego zimowego wejścia na ten szczyt dokonali… Polacy oczywiście. Bardzo lubię ten etap naszych podróży - zaaklimatyzować się, osiągając w miarę łatwy sposób dużą wysokość, jednocześnie przeżywając przygodę - będąc tam, gdzie nikogo nie ma, i mając górę tylko dla siebie.

Lecimy 7 kwietnia i działamy do momentu, aż zdobędziemy szczyt, lub do przyjścia monsunu, czyli gdzieś do przełomu maja i czerwca.

Urubko Bielecki Revol 1200 f.jpg
Serwis poświęcony tematyce górskiej - himalaizm, alpinizm, wspinaczka

AH: Zimą przygotowywałeś się do nadchodzących wyzwań, tymczasem inni działali na K2 i Nanga Parbat. Niektórzy w twoim kombinezonie, zresztą z logo portalu PolskieRadio.pl.

AB: Rzeczywiście mój kombinezon, w którym działałem w 2016 roku na Nanga Parbat, pojechał tej zimy na K2. Wspinam się teraz w kombinezonie produkcji mojego głównego sponsora. To niejako moje dziecko zaprojektowane wspólnie z Black Yakiem. Ten spod Nangi leżał więc nieużywany. Skontaktował się ze mną Marek Klonowski, który poprosił o pomoc: Adam, ratuj – powiedział - nie mam kombinezonu. Odpowiedziałem: bardzo proszę, wprawdzie jest oklejony logo od stóp do głów i będzie za duży, ale to świetny sprzęt, więc i na szczyt K2 da się w nim wejść. I tak kombinezon pojechał w Karakorum. Wiem, że najpierw służył Markowi, a potem Pawłowi Dunajowi. Ostatnio Paweł pytał o mój adres, bo kombinezon ma do mnie wrócić, więc jeszcze nie raz komuś się przyda.

AH: Tej zimy na K2 działały dwa zespoły: hiszpański pod kierownictwem Alexa Txikona i ekipa rosyjsko-kazachsko-kirgiska z Wasilijem Piwcowem na czele. Przyglądałeś się tym wyprawom?

AB: Tak, ale jednym okiem, bo wychodziłem z założenia, że póki ktoś nie spędzi dwóch nocy na wysokości powyżej 7000 m, to nie ma jeszcze czym się ekscytować.

AH: A zabiło ci mocniej serce, gdy koledzy ze wschodu dotarli do wysokości 7600?

AB: Wtedy się zainteresowałem. Od momentu jednak, kiedy ogłoszono wyprawę, wiedziałem, że szanse na wejście są bardzo małe i to nie dlatego, że mają słaby zespół, ale dlatego, że każdy, kto chce tego dokonać, ma bardzo małe szanse. Gdyby jednak weszli, to chwała im! Pogratulowałbym i dalej robił swoje, bo celów wspinaczkowych wystarczy mi na resztę życia, a K2 nie jest jedynym wyzwaniem, które sobie stawiam. Pamiętam jednak, że nikt na K2 nie wszedł i wciąż mamy szanse na to, że Polacy jako pierwsi staną na jego szczycie zimą.

AH: Ekipa Piwcowa zdradziła, że będąc w bazie pod K2, korzystała z tak zwanego worka Gamowa, czyli przenośnej komory hiperbarycznej  służącej do zwalczania silnych objawów choroby wysokościowej (osoba przebywająca w worku poddawana jest działaniu wysokiego ciśnienia, co odpowiada szybkiemu zejściu na niższą wysokość o 1500-2000 m. Wraz z podwyższeniem ciśnienia wzrasta też stężenie tlenu). Zastosowanie takiej "kuracji" wzbudziło wątpliwości, bo wspinacze deklarowali zdobycie szczytu bez aparatów tlenowych. Czy uważasz, że to był rodzaj dopingu?

AB: Już chyba kiedyś w naszych rozmowach pojawiło się stwierdzenie, że góry to strefa wolności. Każdy z nas ustala reguły gry na własny użytek. Kluczowe jest to, aby uczciwie relacjonować to, w jakim stylu się daną górę zdobyło. Osobiście bardzo podoba mi się to, że nie ma skodyfikowanych reguł gry - co można, a czego nie. Ta granica zresztą zawsze będzie arbitralna. Denis (Urubko – przyp. red.) nie używa na przykład rozgrzewaczy chemicznych, które według mnie są dopuszczalne. Jak mi powiedział, że moje wkładki elektryczne są nie w porządku, to zapytałem go, dlaczego wspina się w butach. Wiadomo jest, że tę dyskusję można sprowadzić do absurdu, ale dla mnie osobiście tą granicą jest używanie tlenu. Worek Gamowa to ich sprawa. Ja nigdy nie używałem, ale uważam, że w przypadku takiego wyzwania, jakim jest wejście zimą na K2, możemy uciekać się do różnych podstępów i sztuczek, dlatego że tak naprawdę nie wiemy do końca, czy to w ogóle jest możliwe, żeby wejść na ten szczyt bez tlenu.

Tomek Mackiewicz 1200 F.jpg
Tomasz Mackiewicz na Nanga Parbat postawił pomnik ludzkiej niezłomności. "Teraz z Czapkinsa nie wypada się już śmiać"

AH: Tak jak w zeszłym roku, kiedy ty wraz z Denisem Urubką, Piotrem Tomalą i Jarkiem Botorem ruszyliście spod K2 z pomocą wspinającym się na Nandze Eli Revol i Tomkowi Mackiewiczowi, tak w tym roku do akcji ratunkowej przystąpił Alex Txikon ze swoją ekipą. Bask poszukiwał zaginionych na Nanga Parbat Toma Ballarda i Daniele Nardiego. Po przeszukaniu Nangi zlokalizowano ciała Brytyjczyka i Włocha. Rodzina życzy sobie, aby one tam pozostały, tymczasem słynny himalaista Simone Moro chce je sprowadzić na dół. Czy istnieje jakieś uzasadnienie takiego postępowania?

AB: Pewne jest, że jeżeli wspinacz nie wyraził takiej czy innej woli, to ostateczne zdanie ma rodzina. Ja osobiście, gdybym się zabił gdzieś w górach, nie życzyłbym sobie, żeby ryzykować życie żywych po to, by ściągnąć moje ciało. Uważam, że to by było bez sensu i nie ma co mnożyć ofiar.

Adam Bielecki Komentowanie, czy to był rozsądny, czy nie wybór, chwilę po tragedii jest nie na miejscu. Simone Moro zresztą nie jest osobą, która powinna mówić, że coś jest rozsądne czy nie, bo sam też zrealizował wiele szalonych pomysłów, a o tym, że on żyje, a Daniele nie, zadecydowało też szczęście

AH: Ta wypowiedź Moro to nie jedyna kontrowersyjna odnośnie do Nanga Parbat. Włoch już wcześniej skrytykował wybór drogi, którą brytyjsko-włoski zespół zamierzał zdobyć Nangę. Nardi i Ballard chcieli wejść na szczyt linią biegnącą Żebrem Mummery’ego. Moro stwierdził, że to było "samobójstwo" i "rosyjska ruletka" oraz że Nardi "był opętany Nangą". Tegoroczna próba była jego piątą.

AB: Ludzie różnie reagują w obliczu tragedii. Ja jednak reaguję milczeniem i zadumą. Zdaję sobie sprawę, że ludzie lubią w takiej sytuacji się grupować, nawet w tej przestrzeni wirtualnej, bo daje im to jakiś komfort psychiczny. Jestem jednak z tych, którzy się zaszywają w kąciku i muszą to sobie sami ze sobą przepracować. Także w sytuacji, kiedy ktoś ginie, przynajmniej na jakiś czas zachowuję milczenie, tak aby sobie wszystko poukładać w głowie i wypracować jakieś stanowisko. Komentowanie, czy to był rozsądny, czy nie wybór, chwilę po tragedii jest nie na miejscu. Simone Moro zresztą nie jest osobą, która powinna mówić, że coś jest rozsądne czy nie, bo sam też zrealizował wiele szalonych pomysłów, a o tym, że on żyje, a Daniele nie, zadecydowało też szczęście.

AH: A Ty zdecydowałbyś się na zimową wspinaczkę drogą, którą wybrali Nardi i Ballard?

AB: Nie i dlatego, gdy Daniele zaproponował mi udział w tej wyprawie, nie przyjąłem propozycji. Chcę jednak podkreślić, że zdaję sobie sprawę, że moje wybory też dla innych mogą być wyborami nierozsądnymi czy szalonymi, więc to jest bardzo mocno indywidualna kwestia i nie widzę potrzeby, żeby oceniać wybory innych wspinaczy.

AH: Alex Txikon, po powrocie z Karakorum, mówił w wywiadzie dla hiszpańskiej "Marki", że czuł wewnętrzną potrzebę ruszenia z pomocą Daniele Nardiemu. Powiedział, że czuje się winny, że Daniele nie udało się zdobyć Nangi w 2016 roku: nie ułożyło nam się wtedy, czułem się winny - powiedział Bask. Ty byłeś wówczas w bazie pod Nangą, co tam poszło nie tak? Txikon wspinał się początkowo z Nardim, ale na szczycie stanął wraz z Alim Sadparą i Simone Moro. 

AB: Panowie rzeczywiście się kłócili, a o co, to już nie moja sprawa. Mam takie wspomnienie, że przychodzili do namiotu, gdzie przesiadywaliśmy, bo u nas grała muzyka i był chleb z Polski. Najpierw przychodził Daniele i narzekał na Aleksa, a jak tylko wyszedł, to pojawiał się Alex i robił to samo w stosunku do Daniele. W pewnym momencie powiedziałem im, że może wystarczy tych wycieczek i że powinni sobie wyjaśnić sytuację między sobą. Atmosfera jednak nie polepszyła się, oni tego zresztą nie ukrywali, pokłócili się mocno i ich współpraca się zakończyła.

AH: Ty wspinałeś się wtedy z Daniele.

AB: Tak, na Nandze współpracowalismy krótko, ale byłą to fajna współpraca. Zresztą dosłownie parę miesięcy temu też wspinaliśmy się razem we Włoszech, gdzie Daniele trenował do wyjazdu na Nangę. Dużo rozmawialiśmy, wiem też, że Daniele pracował nad książką.  

AH: Na Nanga Parbat, zanim szczyt został zdobyty zimą, wcześniej dotarło 31 wypraw, na K2 na razie było sześć.

AB: Tak, ale pamiętajmy, że wiele tych prób na Nandze było niepoważnych, bo ta góra jest stosunkowo tania. Trekking pod Nangę trwa dwa dni, a jak się ktoś uprze, to i w jeden go przejdzie. Do bazy pod K2 idzie się siedem. Logistyka wyprawy na K2 jest dużo bardziej złożona, więc nie tylko skala problemu sportowego ma tu znaczenie.

AH: Ekipy, które pojechały w tym roku na K2, przyznawały, że czerpały z waszych doświadczeń z ubiegłej zimy. Wy skorzystacie z jakichś wskazówek kolegów w kolejnej wyprawie?

AB: Przyznam, że nie miałem kontaktu z żadnym z tych wspinaczy, ale jak będzie okazja, to chętnie ich podpytam o wrażenia. Chociaż z drugiej strony wydaje mi się, że to, co mam wiedzieć o tej górze, już wiem. Teraz trzeba przygotować odpowiedni zespół, znaleźć zaplecze finansowe, zorganizować wyprawę tak, jak ona powinna wyglądać, i spróbować wejść na ten szczyt.

AH: Dlatego - tak jak kadra Jerzego Brzęczka, która jest już po pierwszym zgrupowaniu i pierwszych meczach w związku z walką o największe wyzwanie w 2020 roku, czyli piłkarskim Euro - tak wy jesteście już po pierwszym obozie PHZ (Polskiego Himalaizmu Zimowego 2016-2020 im. Artura Hajzera) przed zimową wyprawą na K2, która planowana jest na sezon 2019/2020.

AB: Obóz trwał kilka dni, z powodów rodzinnych dotarłem pod koniec, aby wziąć udział w szkoleniu medycznym. Wraz z instruktorami alpinizmu i TOPR-owcami trenowaliśmy między innymi sytuacje ratunkowe, udzielanie pierwszej pomocy, zwiezienie rannego, co ja już m.in. na K2 latem przerabiałem, niestety w praktyce.

Adam Bielecki Patrzymy zatem na K2 bardzo rozwojowo, co mi odpowiada. Kibicuję Piotrowi Tomali, szefowi PHZ, który robi świetną robotę. Piotrek ma fajne podejście, chce aktywizować wspinaczy, zależy mu, aby doszło nie tylko do fajnie zorganizowanej, mającej szanse na sukces wyprawy na K2, ale także chce zadbać o środowisko himalajskie. Na fali zainteresowania zimowym K2 wspiera młodych wspinaczy, żeby miał kto przejąć pałeczkę po nas

AH: Szycie nosa bez znieczulenia macie przećwiczone (Adam Bielecki na ostatniej zimowej wyprawie złamał nos i musiał mieć założonych sześć szwów. Na prelekcjach o K2 himalaista prezentuje film, na którym w rolach głównych podczas operacji występują "siostra Chmielarska" - Marek Chmielarski i "doktor Tomala" – Piotr Tomala).

AB: To się wtedy dobrze skończyło i teraz można się pośmiać, ale lepiej być przygotowanym na takie sytuacje. Warto regularnie odświeżać sobie wiedzę z zakresu pierwszej pomocy, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nam się przyda. Taki obóz pełni również funkcje integracyjne, dla mnie to szansa na poznanie się z młodymi wspinaczami. Tymi, którzy aspirują, żeby na zimowe K2 w przyszłości pojechać. Poznaliśmy się, wymieniliśmy poglądy. Miałem też okazję wspólnego wspinania, w trudnych zimowych warunkach ze świetnym wspinaczem - zarówno alpejskim, jak i drytoolowym - Filipem Babiczem, który myśli o tym, żeby zmienić specjalność i może spróbować solidnie się przygotować do zimowego K2. Patrzymy zatem na K2 bardzo rozwojowo, co mi odpowiada. Kibicuję Piotrowi Tomali, szefowi PHZ, który robi świetną robotę. Piotrek ma fajne podejście, chce aktywizować wspinaczy, zależy mu, aby doszło nie tylko do fajnie zorganizowanej, mającej szanse na sukces wyprawy na K2, ale także chce zadbać o środowisko himalajskie. Na fali zainteresowania zimowym K2 wspiera młodych wspinaczy, żeby miał kto przejąć pałeczkę po nas.

k2 1200 f.jpg
K2 dla Polaków: zdobywanie K2 powinien poprzedzić atak wspinaczy na swoje ego. "Big Brother” też nie pomógł

AH: Ustaliliście, albo przynajmniej zaczęliście rozmawiać, czy przed K2 lepiej aklimatyzować się na Broad Peak, zwolennikiem czego jest Denis Urubko, czy w Ameryce Południowej, za czym ty optujesz?

AB: Mózgiem tego planu jest Piotr Tomala, ja nie chcę się wypowiadać, zresztą jeszcze ktoś przetłumaczy ten tekst i zdradzi plan naszej konkurencji, lepiej uważać. Ale wiadomo, że jestem zwolennikiem aklimatyzacji w Ameryce Południowej. W mojej głowie przez te wszystkie lata powstał precyzyjny plan, jak to wejście na K2 zimą powinno wyglądać, a kluczem do sukcesu będzie na pewno szybkość i dobre zgranie mocnego zespołu.

AH: Czy możliwe jest pogodzenie twojej wizji aklimatyzacji z planem Denisa?

AB: Niby wszystko jest teoretycznie możliwe. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, że Denis pracuje na jednej górze, my na innej i zastanawiamy się, czy on dołączy na czas. To by była sytuacja niekomfortowa. Albo jedziemy razem, żeby wspólnie zdobyć szczyt, albo każdy działa oddzielnie. Jestem sobie w stanie jednak wyobrazić, że jedna grupa aklimatyzuje się w Ameryce, a Denis zarządza pozostałymi i przygotowuje górę na przyjazd tej ekipy. Taki scenariusz, podziału ekipy na dwie grupy - mniejsza jedzie do Ameryki, a większa pod K2 - rozważaliśmy zresztą już przy okazji ostatniej wyprawy. W tym roku podobną sztuczkę zastosowali zresztą Rosjanie, bo trzy osoby dołączyły do reszty dopiero po jakimś czasie. Pomysły zatem są, ale najpierw trzeba znaleźć pieniądze, a potem zbudować skład, a na końcu determinować taktykę.

AH: Wspomniałeś o pieniądzach. Wiem, że Piotr Tomala szuka sponsorów w pierwszej kolejności wśród firm prywatnych. Uważasz, że państwo powinno wesprzeć Waszą wyprawę? Po tej ostatniej były komentarze, że dostaliście milion i nic z tego nie wyszło.

AB: Odpowiem tak, bardzo się cieszę, że jestem w tej komfortowej sytuacji, że nie jest to mój ból głowy i nie ja się tym zajmuję. I w tym miejscu chapeau bas dla Piotra Tomali, który wziął finanse na swoje barki. A ja oferuję swoją pomoc w przygotowaniu zespołu, wybraniu odpowiedniej taktyki, czy też selekcji tegoż zespołu.

Adam Bielecki K2 z O2 w ogóle mnie nie interesuje, to nie jest gra, w którą ja gram

AH: Michał Pyka, którego nazywacie "K2 Stream Managerem", który przygotowywał prognozy pogody podczas poprzedniej wyprawy, uważa, że K2 to jedyne miejsce na Ziemi, gdzie panują tak trudne warunki atmosferyczne. Meteorolog wyliczył, że na wysokości 8000 m na K2 przebiega linia, którą nazwał "szklanym sufitem", powyżej której temperatura wynosi średnio minus 50 stopni Celsjusza, a ciśnienie to 280 hPa. "Nikomu nawet nie udało się zbliżyć do tej niewidzialnej bariery zimą. To jest jak portal do innego wymiaru, przejście do owej strefy zamarzniętych marzeń jest wyzwaniem na miarę XXI wieku" - twierdzi Pyka i pyta, czy w ogóle możliwe jest wejście na K2 bez O2?

AB: Może i Michał ma rację, ale chciałbym tam pójść i przekonać się o tym na własnej skórze. Wiem tylko, że K2 z O2 w ogóle mnie nie interesuje, to nie jest gra, w którą ja gram. Będę próbował wejść bez tlenu, a jeżeli się nie da, to trudno, niech inni wchodzą z tlenem, jeżeli chcą. Użycie tlenu według mnie byłoby zbezczeszczeniem pięknego wyzwania sportowego, jakim jest wejście na K2 zimą.

AH: Jednym z tych, którzy dopuszczają użycie tlenu podczas wspinaczki na K2, jest Leszek Cichy, który zimą 1980 wraz z Krzysztofem Wielickim zdobył Mount Everest, wspomagając się tlenem z butli. Słyszałam też opinie, że tak jak z pokorą niemal 40 lat temu do najwyższego szczytu świata podeszli właśnie Wielicki i Cichy, tak teraz taki respekt być może należy się K2. "Niech Góra Gór nie będzie całkiem pokonana, tak jak nie jest pokonany Mount Everest".

AB: Uważam, że sukces wejścia na Everest jest pełny. Natomiast były to inne czasy i inne kryteria. Uważam też, że wtedy było to fenomenalne przejście i koledzy przekroczyli wówczas barierę niemożliwego - weszli zimą na ośmiotysięcznik, nieważne, że z tlenem. Dzisiaj, te 40 lat później, już wiemy, że można wchodzić na ośmiotysięczniki zimą, ale my też chcemy dokonać niemożliwego i tym niemożliwym nie jest wejście na K2 z tlenem, tylko bez, co - od czasu zdobycia Everestu bez tlenu przez Messnera i Habelera latem 1978 roku - jest niezbędne, aby wejście wspinaczkowe uznać za sportowe.

AH: Zdobycie K2 zimą bez tlenu jest zatem wyzwaniem na miarę XXI wieku.

AB: Myślę, że wspinanie zimą w Karakorum jest wyzwaniem na miarę XXI wieku. Przecież żaden ośmiotysięcznik, nie licząc wejścia Maćka Berbeki na Rocky Summit, nie został zdobyty w XX wieku (w 1988 roku Berbeka dotarł na wysokość 8035 m. Myśląc, że jest na szczycie Broad Peak, zawrócił. Do szczytu miał zaledwie 12 m - przyp. red.).

Rozmawiała Aneta Hołówek, PolskieRadio24.pl 

Zobacz także

Zobacz także