"Najgenialniejszy matematyk polski" nie miał sobie równych na całym świecie
– W hasłach, które Amerykańskie Towarzystwo Matematyczne podało dla klasyfikacji całości nauk matematycznych z nazwiskiem Stefana Banacha łączą się 22 hasła. Pod tym względem przewyższa go tylko jeden uczony – mówił matematyk prof. Wiesław Żelazko.
2026-03-30, 10:00
Największy
Gdy mówi się o Stefanie Banachu, trudno uciec od superlatywów. Matematyk Michał Szurek w radiowym wykładzie w 2001 roku stwierdził wprost, że Banach to "bez wątpienia najgenialniejszy matematyk polski". Prof. Stefan Rolewicz określił go "bardzo wielkim matematykiem", a prof. Wiesław Żelazko, przemawiając w 1992 roku na uroczystości stulecia urodzin Banacha, powiedział:
– Stefan Banach jest niewątpliwie największym i najsłynniejszym polskim matematykiem i jest jednym z największych matematyków światowych XX wieku.
Prawie każdy z nas musi przyjąć te twierdzenia na wiarę, bo prawie nikt nie ma narzędzi do zweryfikowania wielkości polskiego uczonego. Stefan Banach w historii zapisał się bowiem jako geniusz tzw. wyższej matematyki, której abstrakcyjne pojęcia i skomplikowane teorie niewiele mówią osobom bez odpowiedniego przygotowania uniwersyteckiego.
Posłuchaj
"Cała matematyka była w nim"
Matematyk zdobył uznanie przede wszystkim jako twórca analizy funkcjonalnej, która, jak czytamy w encyklopedii PWN, pozwala "ująć jednolicie, dzięki połączeniu metod analizy matematycznej, topologii i algebry, wiele zagadnień z różnych dziedzin: równań całkowych, rachunku wariacyjnego, równań różniczkowych, teorii aproksymacji, algebry liniowej, funkcji rzeczywistych, fizyki matematycznej, teorii grup i wielu innych".
– Banach dokonał wielkiej syntezy w matematyce – tłumaczył prof. Stefan Rolewicz. – Przed nim cały szereg wyników tak jakby wisiał w powietrzu. On był tym, który to skodyfikował, podał teorię i umożliwił w sposób jednolity dowodzenia całych grup twierdzeń z innych działów matematyki. To były jego zasługi dla matematyki. Ale dzisiaj ten język wyszedł poza tę dziedzinę i jest również używany przez środowiska inżynierskie – mówił.
Analizę funkcjonalną Stefan Banach opisał w wydanym w 1931 roku dziele "Teoria operacyj", które już 1932 roku za sprawą przekładu na francuski zapoczątkowało światową sławę Polaka. A przecież był to człowiek, który nie dbał zupełnie o publikowanie swoich myśli. Prof. Andrzej Alexiewicz, kiedyś uczeń Banacha, w 1992 roku tak wspominał swego mistrza:
– Mówił swobodnie, prosto. Leciały mu te twierdzenia jak z rękawa. Wyraźnie było widać, że nigdy ich nie przemyśliwał, wszystko mu po prostu szło. Cała matematyka była w nim, miał ją w genach. Nie musiał niczego wiedzieć, on w sobie błyskawicznie sam to stworzył. Do tego nie starał się mówić za mądrych twierdzeń. Najmądrzejsze twierdzenia chował gdzieś do swojej pamięci, wiele z nich tam zostało i nigdy nie ujrzało światła dziennego. Bo Banach miał taką chorobę, że nie lubił publikować. Trzeba mu było pomagać – powiedział.
Geniusz z domu praczki
Stefan Banach urodził się w Krakowie 30 marca 1892 roku jako syn górala Stefana Greczka, żołnierza armii austriackiej, i góralki Katarzyny Banach. Matki nigdy nie poznał, bo został od razu oddany pod opiekę rodzinie właścicielek pralni. Okazjonalnie widywał ojca, który sumiennie łożył na jego utrzymanie.
Jego matematyczny geniusz dawał o sobie znać od pierwszych lat życia, ale zanim trafił na uniwersytet, studiował matematykę samodzielnie, oficjalnie kształcąc się i pracując w zupełnie innych dziedzinach. I być może pozostałby genialnym samoukiem, dyskutującym zagadnienia wyższej matematyki z innymi pasjonatami przedmiotu, gdyby nie przypadkowe spotkanie.
O szczegółach tego zdarzenia w Polskim Radiu opowiedziała dr Alina Dawidowicz, córka Leona Chwistka i siostrzenica słynnego matematyka Hugona Steinhausa, a przy tym dawna studentka Banacha, także zawodowo zajmująca się matematyką.
– W letnie popołudnie 1916 roku, idąc krakowskimi Plantami, Hugo Steinhaus usłyszał słowa "całka Lebesgue'a". Dyskutowało o niej trzech młodych ludzi. Wuj zbliżył się do nich i przedstawił. Byli to Stefan Banach, Witold Wilkosz i Otto Nikodym, wszyscy później bardzo wybitni matematycy. Hugo Steinaus był więc tym, który odkrył Banacha i zawsze mówił, że to było jego największe odkrycie – mówiła Alina Dawidowicz.
W 1920 roku Banach, choć nie miał dyplomu ukończenia studiów, za wstawiennictwem Steinhausa obronił doktorat na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Już w tej pracy znalazły się podstawowe twierdzenia analizy funkcjonalnej, m.in. definicja tego, co kilka lat później francuski matematyk Maurice Fréchet nazwał "przestrzenią Banacha".
Posłuchaj
Gęś na sznurku
Od tego momentu kariera naukowa matematyka nabrała rozpędu. W 1922 roku uzyskał habilitację, w 1927 był już profesorem zwyczajnym. Gromadząc wokół siebie innych poszukiwaczy "nieodkrytych dróg" w matematyce, został wraz ze Steinhausem twórcą tzw. lwowskiej szkoły matematycznej, której znakiem rozpoznawczym były nieformalne spotkania w kawiarniach, z reguły w "Szkockiej".
Młodsi i starsi naukowcy, roztrząsając nad kuflami piwa rozmaite problemy matematyczne, debatowali w sposób nieuporządkowany, zapisując działania i spekulacje na serwetkach i skrawkach papieru, które łatwo gubili. By temu zapobiec, żona Stefana Banacha Łucja kupiła zeszyt, który od nazwy kawiarni nazwano "Księgą szkocką".
Każdy miał prawo wpisać do zeszytu problem matematyczny, każdy też mógł przedstawić jego rozwiązanie. Nagrodami, jak głosi legenda, było pięć małych piw albo żywa gęś na sznurku. Tym, co jednak najistotniejsze, był zupełnie nowy styl pracy naukowej, którą wprowadzono za pomocą kawiarnianej "Księgi" - swobodna, zespołowa praca wraz ze zdolnymi studentami nad zagadnieniami matematycznymi, odległa od rygorów akademickich hierarchii.
Banach łamał konwenanse nie tylko w "Szkockiej", lecz także na uniwersytecie. – Profesor wykładał doskonale, nigdy nie gubił się w szczegółach i nigdy nie pokrywał tablicy skomplikowanymi i mnogimi znakami – wspominał prof. Andrzej Alexiewicz. – Na ogół był bez kamizelki w koszuli z krótkimi rękawami, co zawsze szokowało krakowskich mieszczan. Nie dbał o doskonałość formy. Wszelki polor był mu obcy i przez całe życie zachował pewne cechy krakowskiego andrusa w sposobie bycia i mówienia – dodał.
Karmiciel wszy
Do czasów II wojny światowej Stefan Banach wychował kilka pokoleń świetnych matematyków, którzy później, już w PRL, byli profesorami kolejnych rzesz miłośników królowej nauk. Sam Banach nie dożył czasów wyprowadzki szkoły lwowskiej z ojczystego miasta. Tuż przed tym, gdy miał wyjechać na stałe do Krakowa i podjąć pracę wykładowcy na Uniwersytecie Jagiellońskim, zmarł 31 sierpnia 1945 roku na raka płuc.
Banach "zapracował" na nowotwór, paląc dziennie kilka paczek papierosów, ale można powiedzieć, że i tak miał szczęście, bo śmierć czyhała na niego już wcześniej. W okresie niemieckiej okupacji Lwowa wymknął się jej dzięki pomocy Rudolfa Weigla, profesora biologii i kierownika Instytutu Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami. Naukowiec wymyślił podstęp, dzięki któremu uratował tysiące osób zagrożonych zabiciem przez nazistów.
Wśród ocalonych przez Weigla byli także lwowscy matematycy i ich rodziny, w tym Stefan Banach i jego syn, także Stefan. Obaj pod fałszywymi nazwiskami byli zatrudnieni jako karmiciele wszy w projekcie badań nad tyfusem. Niemcy, obawiając się choroby, na wszelki przypadek trzymali się z dala od takich osób.
"Ojciec był dla mnie wszystkim"
Młodszy Stefan Banach po latach wspominał w Polskim Radiu, że nie mógł być przy ojcu w chwili śmierci, bo od 1943 roku rodzinie udało się go wywieźć w Tatry do dziadka. Gdy potem Lwów został ponownie zajęty przez Sowietów, możliwe stały się odwiedziny, ale trzeba było starać się o radziecką wizę.
– Dwa dni się spóźniłem, przyjechałem do Lwowa 2 września 1945 roku, w dniu naszych wspólnych imienin. O śmierci ojca dowiedziałem się z gazety lwowskiej, polskiej, trzymanej przez jakiegoś żołnierza radzieckiego w tramwaju. Więc wejście miałem zupełnie tragiczne. Mój świat, moje pojęcia wtedy się zupełnie skończyły, zawaliły. To był koniec mojego świata – opowiadał Stefan Banach junior.
Syn matematyka nie krył wzruszenia. – Ojciec był dla mnie wszystkim. Był doskonałym ojcem. Pracował nocami, jak ja już spałem, więc zawsze miał czas dla mnie. W każdej chwili miałem do niego dostęp. Każda niedziela była przeznaczona dla mnie. Kiedy Pogoń grała we Lwowie, tośmy chodzili na boisko piłki nożnej, a jak grała na wyjeździe, szliśmy do kina zawsze na filmy kowbojskie – wspominał.
Stefan Banach został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Na pogrzeb przyszły tłumy mieszkańców Lwowa, uroczystość stała się też manifestacją pozostających jeszcze w mieście przedstawicieli polskiego środowiska naukowego.
Źródło: Polskie Radio/Michał Czyżewski