23 czerwca 12 członków młodzieżowej drużyny piłkarskiej i towarzyszący im trener zeszli w głąb jaskini Tham Luang. Drogę wyjścia odcięła im woda, która zalała korytarze po deszczu.
- Jestem pełen szacunku dla sztabu ratowników, którzy uczestniczą w tej jedynej w swoim rodzaju akcji. Została ona zaplanowana i przemyślana w doskonały sposób. Wszystko zostało dopasowane do możliwości technicznych i warunków jakie panują w jaskini. Jedyną możliwością była ewakuacja chłopców z pomocą nurków, ponieważ żaden sprzęt czy mini łodzie podwodne nie sprawdzały się - mówił Mariusz Zakrzewski.
Decyzję o rozpoczęciu akcji ratowniczej podjęto między innymi ze względu na złe prognozy pogody. Zbliżający się front burzowy mógł zniweczyć dwutygodniową pracę związaną z wypompowywaniem wody z jaskini. W miejscu gdzie znajdowali się chłopcy, obniżał się również poziom tlenu, co w dłuższej perspektywie zagrażało ich życiu.
- Warunki atmosferyczne stale się pogarszały, było ryzyko, że woda się będzie podnosić. Sztab ratowniczy twierdzi, że w tej chwili poziom wody obniżył się o 40 cm, więc są dogodniejsze warunki do przeprowadzenia akcji. Problemem też jest przejrzystość wody, ponieważ trudno bezpośrednio nadzorować osobę ratowaną np. w wypadku wystąpienia paniki. Na szczęście na miejscu jest wielu doskonałych nurków jaskiniowych - dodał Zakrzewski.
Psycholog Tomasz Kozłowski przyznał, że to wydarzenie traumatyczne, pamiątka na całe życie. - Nie musi to być wcale blizna, która będzie rozszarpywała. Istnieje wiele badań, które mówią, że po tego typu przeżyciach ludzie często zyskują dojrzałość. Niekoniecznie musi to iść w tą złą stronę - tłumaczył gość Polskiego Radia 24.
Więcej w całej audycji.
Rozmawiał Jakub Kukla.
PR24/IAR/PJ
_________________
Data emisji: 10.07.18
Godzina emisji: 11:35; 11:47