Pływała "Heweliuszem". Mówi wprost: to zaniedbanie kapitana

Kapitan Elżbieta Drożdżowska-Smulewicz jednoznacznie odrzuca tezę, że prom "Heweliusz" był jednostką niebezpieczną z powodu wad konstrukcyjnych. W podcaście Polskiego Radia "Heweliusz - prawdziwa historia" rzuciła nowe światło na okoliczności katastrofy, zwracając uwagę zarówno na decyzje podejmowane na mostku kapitańskim, jak i na systemową rotację załóg promowych.

2026-01-14, 20:00

Pływała "Heweliuszem". Mówi wprost: to zaniedbanie kapitana
W katastrofie "Heweliusza" zginęło 56 osób. Foto: PAP/Jerzy Undro

Rotacja załóg zamiast stałych kadr 

"Heweliusz" zatonął 14 stycznia 1993 roku. Zginęło 56 osób, co czyni tę tragedię największą katastrofą morską w powojennej historii Polski. Przez lata przyjmowano, że prom był obarczony licznymi wadami konstrukcyjnymi, które mogły przyczynić się do jego zatonięcia. Innego zdania jest jednak Drożdżowska-Smulewicz. 

- "Heweliusz" miał dużo awarii. Rozeszła się plotka, że jest niebezpieczny i pechowy. To nie miało nic wspólnego z prawdą - podkreślała była kapitan. Jej zdaniem źródeł problemów należy szukać nie w konstrukcji jednostki, lecz m.in. w systemie organizacji pracy i szkolenia załóg w Polskich Liniach Oceanicznych. 

Czytaj także:

Drożdżowska-Smulewicz przypomniała obowiązującą w PLO zasadę, zgodnie z którą każdy oficer mógł pływać na jednym promie jedynie przez dwa półroczne kontrakty. W praktyce oznaczało to nieustanną rotację załóg. - Nowy człowiek wsiadał na prom i nie bardzo wiedział jeszcze, co ma robić - mówiła. 

W jej ocenie to właśnie brak doświadczenia i znajomości specyfiki jednostki doprowadził do wcześniejszego incydentu w Ystad, gdy Heweliusz przewrócił się na burtę. - Trzeci oficer pomylił pompy do balastowania - stwierdziła. 

Jak dodała, kapitanowie przez lata zabiegali o wprowadzenie stałych kadr, widząc w tym klucz do poprawy bezpieczeństwa. - Rotacja była według nas przyczyną ciągłych awarii. Ludzie nie mieli czasu się nauczyć. To są specyficzne promy. Trzeba wiedzieć, jak manewrować, jak ładować, jak się zachować w czasie sztormu. I to był problem. On nie był wcale wadliwy czy pechowy - oceniła. 

Autor podcastu Roman Czejarek zauważył, że w przypadku wywrotki w Ystad łatwiej było obarczyć winą konstrukcję statku niż przyznać się do błędu ludzkiego. - I tak zrobiono, zwłaszcza że po katastrofie ta wersja wszystkim pasowała - stwierdził dziennikarz. 

"Ten statek kładł się przy ostrym zwrocie"

Kapitan Drożdżowska-Smulewicz przywołała także incydent, który miał miejsce kilka miesięcy przed katastrofą Heweliusza i bezpośrednio wpłynął na jej objęcie służby na tym promie. - Drugi oficer na wachcie zrobił duży zwrot i ten zwrot sprawił, że "Heweliusz" się położył 30 stopni. Morze było idealne, bo to był sierpień. Kapitan go z tego przechyłu wyprowadził, ale wyokrętował oficera i sobie zażyczył mnie. W ten sposób trafiłam na "Heweliusza" - wspominała. 

Rozmówczyni Polskiego Radia dodała, że jednostka wymagała dużego wyczucia w manewrowaniu. - W instrukcji było napisane, że do 10 stopni przechył jest przewidziany technicznie. Jeśli zrobiło się bardzo mocny zwrot o kilkadziesiąt stopni, to się przekraczało barierę i on się kładł - mówiła. 

Roman Czejarek wrócił do decyzji kapitana Andrzeja Ułasiewicza, który feralnej nocy dowodził Heweliuszem i nie ogłosił sygnału Mayday w momencie przekroczenia bezpiecznego przechyłu. Jak tłumaczył dziennikarz, kapitan znał opisywaną przez Drożdżowską-Smulewicz historię i mógł liczyć, że i tym razem uda się opanować sytuację. 

W sierpniu zbiorniki były jednak puste, a ich napełnienie uratowało prom. W nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku sytuacja była jednak inna ponieważ trzeci oficer częściowo je napełnił. 

"Pozostawienie nowego oficera samego było zaniedbaniem"

Kapitan Drożdżowska-Smulewicz nie ukrywała, że zatonięcie Heweliusza było dla niej zaskoczeniem, zwłaszcza że inne promy pływające tej nocy zmagały się z podobnymi warunkami pogodowymi. Jej zdaniem kluczowe znaczenie miała sytuacja na mostku. - Tam był trzeci oficer, świeżo awansowany. Pogoda była dobra, więc kapitan zostawił go samego - mówiła i kontynuowała, że w trakcie rejsu musiał wykonać trudny manewr, bo znaleźli się z innym statkiem na kursie kolizyjnym, któremu należało ustąpić drogi.

Drożdżowska-Smulewicz jednoznacznie oceniła decyzję o pozostawieniu - jak to określiła - nowicjusza na mostku - odnosząc ją do własnych standardów dowodzenia. - Ja takich praktyk nie stosowałam w moim całym kapitaństwie. Jak dostawałam nowego oficera, obojętnie kto to był, nawet mój syn, to siedziałam na mostku kilka wacht i patrzyłam, jak ten człowiek sobie radzi. Dawałam mu rady, uczyłam go i dopiero jak byłam już pewna, że on sobie sam poradzi, to zostawiałam go samego - podkreślała. 

Jej konkluzja była jednoznaczna: - Dla mnie pozostawienie nowego oficera samego na mostku, bez względu na to, jaka była pogoda, było niewyobrażalne. To zaniedbanie niestety kapitana. 

Roman Czejarek zaznaczył, że podobne opinie słyszał od kilku kapitanów, jednak - jak podkreślił - tylko Elżbieta Drożdżowska-Smulewicz zdecydowała się wypowiedzieć je publicznie, pod nazwiskiem.

Cała rozmowa do wysłuchania w odcinku specjalnym podcastu "Jan Heweliusz - historia prawdziwa".

Źródło: Polskie Radio

Polecane

Wróć do strony głównej