"Dziecku zabiera się telefon, a rodzic scrolluje kiedy chce. To rodzi podwójne standardy" [WYWIAD]
- Kiedy przeglądamy krótkie, śmieszne filmiki, które trwają od 30 do 60 sekund, za każdym razem dostajemy mikrodawkę dopaminy. Więc jeśli robimy to przez trzy godziny z rzędu, to ta dawka robi się potężna. Mózg dorosłego, a już tym bardziej dziecka, nie jest gotowy na taką podaż dopaminy w tak krótkim czasie – mówi w wywiadzie dla PolskieRadio24.pl Radosław Helwich, ekspert w dziedzinie uzależnień cyfrowych.
Joanna Zaremba
2026-04-08, 08:00
Joanna Zaremba, PolskieRadio24.pl: Jak uzależnienie cyfrowe - w tym konkretnym przypadku mówimy o uzależnieniu od małego urządzenia z ekranem dotykowym - wpływa na funkcjonowanie całej rodziny? Jakie są pana obserwacje jako terapeuty, który pomaga pacjentom od wielu lat?
Radosław Helwich, terapeuta i założyciel Ośrodka ESC: W gabinecie najczęściej nie postrzegam samego telefonu jako problemu, lecz to, że telefon staje się właściwie trzecim uczestnikiem relacji.
Jaki ma to skutek?
Skutek jest prosty, czyli mniej prawdziwej relacji, mniej prawdziwej obecności, mniej rozmów, mniej naprawiania nieporozumień, też mniej kłótni w domu, mniej wspólnych rytuałów. Mówimy tu o prostych rzeczach, takich jak chociażby wspólne jedzenie posiłków.
Eksperci podkreślają pewien problem. W sytuacji, gdy cała rodzina boryka się z uzależnieniem cyfrowym, powstają podwójne standardy. Dziecku telefon jest zabierany, często ma limitowany czas dostępu do urządzenia. Ale jednocześnie przygląda się rodzicowi, który scrolluje kiedy tylko chce i nikt mu tego nie zabrania.
Wtedy pojawia się niestety podwójna standaryzacja, czyli podwójne standardy dla dzieci. Są na przykład limity, a dorośli używają telefonu przecież bez limitów. To budzi ogromne napięcie i poczucie niesprawiedliwości: "No to jak to? Wy możecie, a ja nie mogę? Dlaczego nie?". Brak konsekwencji. To jest dla dzieci bardzo, bardzo trudne.
Też wielu rodziców nie zastanawia się, jak dziecko w ogóle odbiera tę sytuację. Co one czują w tym momencie, kiedy widzą swojego rodzica "w telefonie?" Najczęściej występuje tutaj schemat skrócony, czyli dziecko nie myśli, że rodzic ma problem. Myśli: okej, ja nie jestem ważny lub ważna w tej sytuacji, ja nie mam znaczenia. Są ważniejsze sprawy. Dziecko uczy się być niewidzialne. Jeżeli ma dostęp do social mediów, to często też ma jakąś społeczność, w której jest widziane, np. społeczność graczy. Nie będzie prosić w nieskończoność o atencję od rodziców. Jego umysł skieruje się w miejsce, w którym wie, że ją otrzyma.
Fakt, że fizycznie dziecko jest obok, ale traktowane jest jakby go nie było, powoduje, że dziecko się po prostu tego schematu uczy. Ono widzi i analizuje wszystko, co robią rodzice. Chłonie jak gąbka. Jeżeli telefon jest jedynym regulatorem uczuć, gdy pojawia się jakaś trudna emocja - stres, nuda, zmęczenie - a rodzic sięga automatycznie po telefon, to dzieci widzą tę reakcję. Więc z czasem, kiedy to dziecko będzie przeżywać trudne emocje, to co zrobi? Będzie naśladować rodzica. W taki sposób to funkcjonuje.
Niewidzialne dzieci. Taki syndrom występuje też często w rodzinach dysfunkcyjnych, alkoholowych.
Tak. Dorosłe dzieci z rodzin alkoholowych czy z rodzin dysfunkcyjnych też często wchodzą w schemat niewidzialnego dziecka. Ponieważ to na nie przerzucane było poczucie winy. Kojarzymy te hasła w stylu: "Gdybyś się dobrze uczyła, to tatuś by nie musiał pić, tak?". Tutaj jest podobna sytuacja: "wiesz co, gdybym ja się tak bardzo nie stresowała tym, co ty wyprawiasz w szkole, to nie musiałabym tyle siedzieć na telefonie i się relaksować". Po prostu te potrzeby dziecka są niewidoczne.
Dziecko po prostu stwierdza, że okej - to gdyby mnie nie było, to nie byłoby w zasadzie problemu. W tamtym okresie pojawiają się pierwsze myśli samobójcze u tak młodych osób.
Symptomy i zagrożenia wynikające z uzależnienia cyfrowego. Co powinniśmy zaobserwować? Na co zwrócić uwagę w zachowaniu członka rodziny?
Najwięcej takich przypadków - opisanych naprawdę szczegółowo i z przestrogą dla rodziców - można znaleźć np. w książce pt. "Dzieci ekranu". Polecam, są tam opisane bardzo ciekawe sytuacje.
Tam opisano kilka takich przypadków, w których rodzice nie zdają sobie sprawy, że odcinając dziecko od komputera, narażają się na utratę życia. Kończyło się to straszną rzezią, gdzie zostali albo postrzeleni, albo zadano im rany kłute. Oni sobie totalnie nie zdawali sprawy, w jakim stanie umysłu jest ich dziecko, które traktuje ich jako obcego czy też wroga do usunięcia, byle tylko osiągnąć swój cel: dostęp do komputera. Więc jeżeli rodzic nie ma świadomości tego, jakie skutki może pociągnąć za sobą, np. gwałtowne, nagłe odcięcie dziecka od urządzenia cyfrowego, kiedy wcześniej miało do niego dostęp 24 godziny na dobę, to życie tego rodzica może być w realne sposób zagrożone. To jest jedna konsekwencja.
Druga konsekwencja to są myśli samobójcze wśród dzieci. Wiele przypadków jest tragicznych. Dochodzi do nich np. wtedy, gdy dziecko nie osiągnęło jakiegoś celu w grze. To realny i bardzo obecny problem. Zaczyna myśleć o tym, czy nie rzucić się pod tory lub pod samochód, bo jego życie przecież nagle przestało mieć sens. Albo dzieje się tak też w przypadku osób, które zostały np. zbanowane na jakiejś platformie - gdzie uczestnikami gry jest na raz kilka tysięcy graczy. Jeżeli "życie" dzieje się tam, to dziecko dosłownie przeżywa wykluczenie z ważnej dla siebie społeczności i nie może się odnaleźć. Nie ma poczucia przynależności, bo w rodzinie nie jest przecież zrozumiane, nie ma kontaktu z rodzicami, jak już wcześniej wspomnieliśmy.
Wydaje mi się, że szeroko pojęte istnienie w sieci - choć nie chcę generalizować - jest o wiele ważniejsze dla osób urodzonych w latach 2000 niż dla starszych pokoleń.
Zgadza się. Ja akurat jestem z pokolenia X - tego, które wymyśliło Internet, wszelkiego rodzaju platformy, social media. Proszę zwrócić uwagę, że właśnie to pokolenie nie jest w pełni narażone na negatywne skutki cyfryzacji od dzieciństwa, w przeciwieństwie do młodszych. W książce, o której już wspominałem - "Dzieci ekranu" - jest podany bardzo ciekawy przykład. Mianowicie producenci urządzeń elektronicznych, którzy także mają dzieci. W instrukcji produkowanego przez nich urządzenia, przykładowo, napisane jest, że mogą korzystać z niego dzieci od 12. czy 13. roku życia. Ale jego dzieci - osoby, która to urządzenie wyprodukowała - mają ścisły zakaz aż do 15. roku życia.
- Zbiorowy gwałt na 20-letniej Polce. "Ciało kobiety widziane jest jako rzecz. Sprawcy się nie boją"
- System sprzyja sprawcom. Wmawia się kobietom, że "były pijane, upadły na chodnik
- Przemoc domowa "strukturalnym problem". Setki Polek ginie z rąk najbliższych
Dlaczego? Bo taki producent doskonale wie, jaki produkt sprzedaje i jak będzie on oddziaływał na psychikę dziecka. Oczywiście nigdzie takich treści nie zobaczymy, ponieważ sprzedaż produktu byłaby zapewne wtedy znacząco niższa. Takie produkty wprowadza się też do szkół - różnego rodzaju tablety, ekrany dotykowe - jako podstawowe narzędzie do edukacji. Chociaż latami edukowaliśmy się bez nich.
No właśnie, więc może w tym tkwi problem? Może nie da się nie uzależnić się od małego dotykowego ekranu, ponieważ teraz jest to narzędzie do codziennej pracy, nauki i w zasadzie wszystkiego innego, do nawiązywania relacji również. Czy można powiedzieć, że przez to większość z nas zmaga się z uzależnieniem cyfrowym? Czy raczej to daleko idąca generalizacja?
To jest dobre pytanie. Czy większość ludzi jest dziś uzależniona od urządzeń cyfrowych? Czy może powinniśmy nazywać to jakoś inaczej? W praktyce często rozróżniam nadużywanie od uzależnienia. Wiele osób dziś po prostu nadużywa - to jest ten etap, kiedy wytwarza się nawyk, a uzależnienie wiąże się już z utratą kontroli. Szkody, które już za tym idą, są konkretne. Pomimo prób przerwania błędnego koła, nie jesteśmy już w stanie normalnie funkcjonować bez tego "elementu".
Wróćmy jednak do symptomów. Kluczowe objawy takiego uzależnienia, które wyłapujemy u naszych pacjentów, to właśnie strata kontroli i czasu. Ile faktycznie tego czasu jest? Czy zaniedbuję np. sen, obowiązki, szkołę? A jeżeli to jest osoba dorosła: Czy zaniedbuję pracę, relacje? Ale też obserwujemy, czy na przestrzeni ostatniego roku wzrosła tolerancja na tego typu bodźce. Czy potrzebuję coraz więcej, żeby mieć to samo poczucie ulgi?
Czy też np. w ogóle pojawia się taki moment odstawienia, że przez cały tydzień nie używam tych urządzeń? Nie gram, nie przeglądam mediów społecznościowych, nie oglądam TikToka? Czy pojawia się wtedy irytacja, złość, niepokój? Co się dzieje, gdy nie mam telefonu w ręce? Czy dotrzymuję obietnic, które sam sobie złożyłem? Np. dobra, ograniczam te media społecznościowe - a potem patrzymy w statystyki na telefonie i okazuje się, że jest tyle samo, co zawsze.
Proszę powiedzieć, jak wygląda diagnoza. Domyślam się, że rodzic zazwyczaj przyprowadza dziecko i mówi, że to ono ma problem, że za długo siedzi na telefonie, a u siebie belki nie widzi.
To jest bardzo delikatny temat, ponieważ najczęściej pojawiają się rodzice z informacją, że mają problem z dzieckiem i już nie są w stanie sobie poradzić. I przy tym wstępnym badaniu wychodzi, w jakim środowisku w ogóle dziecko próbuje się odnaleźć i jak w nim funkcjonuje. Kiedy okazuje się, że mama jest mocno zapracowaną bizneswoman, tata ciągle gdzieś w delegacjach, a dziecko ma dostęp do najnowocześniejszych urządzeń i nieograniczonego budżetu - wówczas, gdy zostaje samo w domu, rekompensuje sobie nieobecność rodziców.
Wtedy mówimy rodzicom: państwa dziecko potrzebuje pomocy, bez państwa wsparcia i zrozumienia, co powinno się zmienić w domu ten proces w zasadzie nie zostanie wdrożony w życie. Wtedy często okazuje się, że cały układ rodzinny jest do zmiany i do zaprogramowania na nowo.
Często jest tak, że rodzice po prostu nie są obecni emocjonalnie, a dziecko najbardziej potrzebuje obecnego, zdrowego rodzica. W zasadzie można powiedzieć, że to my narażamy nasze dzieci na uzależnienia cyfrowe. Dziś już nie mówimy, że podwórko "wychowuje". Dziś "wychowuje" Internet. Podam grube przykłady: dziecko może natrafić na pedofila podającego się za nastolatka. Może znaleźć filmiki, po których obejrzeniu będzie miało traumę do końca życia. Nawet jeśli realnie nikt w tym filmie nie ucierpiał, film był reżyserowany lub wygenerowany przez sztuczną inteligencję - takie obrazy zapisują się w pamięci. Dzieci pokazują sobie nawzajem takie rzeczy, żeby też udowodnić sobie sprawczość: czy zwymiotujesz po obejrzeniu tego, czy nie? Tak, są takie "wyzwania". Te rzeczy zostają w głowie. Jeżeli rodzice nie wiedzą, czym się umysł dziecka wtedy karmi, to konsekwencje są po prostu straszne.
U dzieci na pierwszym planie - jeśli chodzi o skutki - jest wpływ na ich rozwój, regulację, sen, naukę, emocje, kontakty. Dorośli najczęściej chcą uciec od napięcia, przeciążenia, samotności, rozpadu jakiejś relacji.
Mamy takiego pacjenta, tatę, który po uśpieniu dzieci jest wykończony po całym dniu. I mówi, że wtedy zaczyna się czas tylko dla niego.
I co robi?
Bierze telefon na jakieś trzy, cztery godziny i po prostu scrolluje. Rano znów jest wykończony. W ciągu dnia jest nerwowy, często wybucha. Partnerka czuje się tak, jakby była w domu właściwie sama. Musi chronić się przed jego emocjonalnymi wybuchami. Dla tego człowieka najtrudniejsze było przyznanie tego, że to wieczorne scrollowanie nie jest relaksem, tylko działa po prostu jak znieczulenie. Ciężko mu było to zaakceptować: że doprowadza się do sytuacji skrajnej.
Od takiej osoby dzieci się izolują. Partner lub partnerka też nie czuje się bezpiecznie, a to z czasem zaczyna eskalować.
Inna sytuacja. Nastolatek, który idzie do łóżka z telefonem. Zazwyczaj kończy wtedy jeszcze rozmawiać z kumplami na komunikatorach i często pada propozycja, żeby w coś jeszcze zagrać. Więc logują się na discordzie. Rodzice myślą, że skoro dziecko się umyło, poszło w piżamie do pokoju, światło ma zgaszone to sobie pewnie śpi, ewentualnie czyta książkę. Rodzice tego nie kontrolują. Czas snu jest skrócony, widać to w szkole, jest spadek ocen. Są konflikty.
Rodzice reagują np. narzucając jakieś ostre kary, a nastolatek w zasadzie czuje się niezrozumiany i pokrzywdzony, więc jego zachowanie jeszcze bardziej się pogłębia. Jedyna rzecz, która się zmienia, to to, że bardziej pilnuje, by go nie przyłapano.
Na terapii to jest trudny moment, w którym to rodzice muszą przyznać, że zrobili coś źle. Albo, że czegoś nie zrobili: nie przyjrzeli się funkcjonowaniu tej rodziny. Nie dali odpowiedniego wzoru, nie byli realnym wsparciem emocjonalnym dla dziecka, nie okazywali zainteresowania do końca dnia, bo wtedy sami byli zmęczeni i relaksowali się za pomocą swoich "znieczulaczy".
Norwegia aktywnie pracuje nad podniesieniem wieku uprawniającego do korzystania z mediów społecznościowych z 13 do 15 lat, aby lepiej chronić dzieci przed szkodliwymi treściami i algorytmami. Chodzi m.in. o ścisłą weryfikację wieku i przede wszystkim nałożenie odpowiedzialności na platformy. Polska powinna pójść w jej ślady?
Tak. Zrobiła to już Australia, Francja planuje wprowadzić ten zakaz od września 2026 roku. Chodzi o to, aby odpowiedzialność za sprawdzenie, czy użytkownik, który loguje się na danej platformie, jest w odpowiednim wieku i czy przegląda treści adekwatne do tego wieku, przejął właściciel portalu. Rodzice nie są w stanie tego kontrolować.
Ujmę to tak: wszyscy mamy pewną wadę, fabryczny błąd w naszym "oprogramowaniu". I nasze mózgi nie są odporne na pewne rzeczy. W przypadku mediów społecznościowych, nikt nam nie podaje, powiedzmy, trucizny w dużej ilości. Ale jak przeglądamy krótkie, śmieszne filmiki które trwają od 30 do 60 sekund, za każdym razem dostajemy mikrodawkę dopaminy. Więc jeśli robimy to przez trzy godziny z rzędu, to ta dawka się robi potężna. Mózg dorosłego, a już tym bardziej dziecka, nie jest gotowy na taką podaż dopaminy w tak krótkim czasie.
Producenci urządzeń i właściciele platformy od początku doskonale wiedzieli, dlaczego TikTok robi taką furorę. Nie serwuje nam dwugodzinnych filmów, podczas których 50 razy byśmy się znudzili, tylko krótkie, przeplatane sekwencje. Algorytm sprawdza, co nas interesuje, jakie treści odrzucamy podczas scrollowania i dopasowuje te, które będą nam zapewniać podaż mikrodawek dopaminy.
To brzmi przerażająco. Jak szeroko zakrojona operacja, przeprowadzana na całej ludzkości.
Tak. Jakby ktoś codziennie podawał nam mikroporcję trucizny. Gdybyśmy mogli "zobaczyć" tę truciznę w swoim organizmie np. po roku jej przyjmowania, złapalibyśmy się za głowę mówiąc: "jak ja mogłem do tego dopuścić?". A no mogłeś, każdego dnia przyjmując potężną dawkę dopaminy w ekspresowym tempie. "Ale ja chciałem tylko na chwilę!". A wyszły cztery godziny, dopóki żona nie weszła do pokoju i nie zrobiła awantury. Okazuje się, że my tego nie kontrolujemy.
Poprzez koncentrowanie się na urządzeniach i social mediach, my w zasadzie ograniczamy swoje pełne możliwości. Nasz ośrodek nagrody karmimy strasznie szybko, bez wysiłku. A mózg będzie funkcjonować w schemacie, którego najszybciej dostarczy nam upragnioną gratyfikację. Jej źródło mamy w kieszeni albo w torebce - telefon.
No i nie jest to to samo niewinne urządzenie z antenką, co 20,30 lat temu.
Komputer też nie jest taki sam, jak 30 lat temu. Mamy komputer, który jest super szpiegiem, mamy też sztuczną inteligencję. Jeżeli my żyjemy w momencie, w którym mamy stały, wręcz codzienny dostęp do takich rzeczy, to znaczy, że nasz świat diametralnie się zmienił. I tak, wcale nie wygląda tak niewinnie, jak 30 lat temu. A nasze mózgi za tym nie nadążają.
Ale jest też bardzo dużo dobrych zmian. Mamy większą świadomość, dostęp do terapii, która nie jest już od dawna tematem tabu, do narzędzi, które pozwalają nam weryfikować pewne zagrożenia i rozpoznawać nasze słabości. Na koniec chciałabym zapytać właśnie o to - jak utrzymywać higienę psychiczną i jak nauczyć się żyć bez tych mikrodawek dopaminy?
Po pierwsze, strefy wolne od jakichkolwiek urządzeń elektronicznych, typu sypialnia. Jasno wyznaczone pory i granice, kiedy mogę używać telefonu, a kiedy nie. Np. posiłek - zero telefonów. Nie łączmy tych dwóch przyjemności, ponieważ kiedy jemy np. smaczne śniadanie, nasz mózg wyzwala dopaminę w naturalny, zdrowy dla nas sposób.
Moim zdaniem w sypialni powinien być absolutny zakaz używania telefonu, a już szczególnie na łóżku w pozycji leżącej!
Ale większość ludzi tak używa telefonów.
Tak, i jeżeli robimy to regularnie, wówczas mózg zapamiętuje ilość powtórzeń i skojarzenia. Czyli jeśli idę się zrelaksować i położyć do łóżka, to już koniecznie muszę wziąć ze sobą telefon, bo inaczej ten wypoczynek będzie "niepełny".
Dla rodzin np. dobrym nawykiem jest to, że pierwsza godzina po pracy to czas spędzony z dzieckiem. Rodziny, które wprowadziły sobie taką zasadę, wygrywają tę "konkurencję" z telefonem. Po drugie, ustalenie jakiegoś tła rekompensującego, bo sama abstynencja ekranowa nie wystarczy do budowania relacji. Zamiast telefonu - zarówno dziecko, jak i rodzic - "dostają" wspólny spacer, grę, rozmowę, jakiś wieczorny rytuał. Czytamy sobie bajki, a może zrobimy razem domowe przedstawienie?
Sama abstynencja ekranowa zazwyczaj długo nie trwa i po jakimś czasie każdy znów - po powrocie ze szkoły czy pracy - idzie do swojego pokoju i znika przed ekranem.
Nie chodzi tylko o skrócenie czasu ekranowego, ale też o jakość uwagi. Jeżeli żyjemy w grupie, w środowisku, w którym jest mnóstwo bodźców i żyjemy w ciągłym rozproszeniu, dziecko nie dostaje tych przysłowiowych 60 minut uwagi, to dla dziecka ten rodzic jest po prostu nieobecny. I wtedy cierpi najbardziej.
Pamiętajmy, że to my jako dorośli, jesteśmy wzorem. Dzieci kopiują to, co my robimy, a nie to, co od nas słyszą - zakazy, nakazy, pouczenia. I to jest tak naprawdę bardzo ważne.
***
Radosław Helwich – ekspert w dziedzinie uzależnień behawioralnych, szczególnie e-uzależnień. Doświadczony terapeuta, założyciel ośrodka ESC specjalizującego się w leczeniu uzależnień cyfrowych, adiktolog, hedonolog, absolwent IPZ i trener EFT. Autor licznych artykułów i recenzji z zakresu uzależnień behawioralnych, współautor książki "Sztuka wygrywania".