Sonda NASA spaliła się w atmosferze. Gdzie spadły szczątki?
Duża sonda kosmiczna Van Allen Probe A w środę około południa czasu w Polsce weszła w atmosferę. Według NASA kilka części mogło przetrwać proces spalania. Jak oszacowali naukowcy, prawdopodobieństwo, że odłamki wyrządzą komuś krzywdę, wynosiło 1 do 4200.
2026-03-12, 11:26
"To nie był zły dzień dla ludzkości"
Według amerykańskiej agencji kosmicznej zagrożenie dla ludzi było relatywnie niskie. Dr Darren McKnight z firmy LeoLabs (zajmującej się technologiami kosmicznymi), członek komitetu ds. śmieci kosmicznych przy Międzynarodowej Akademii Astronautycznej wskazał w rozmowie z CNN, że w przeszłości "mieliśmy przypadki, gdy odłamki wchodziły w atmosferę z prawdopodobieństwem 1 do 1000 (że wyrządzą szkody lub krzywdę - red.), a nic się nie stało". - Jeśli zatem mieliśmy kilka odłamków, gdzie prawdopodobieństwo wyrządzenia szkody wynosiło 1 do 4000 lub 5000, to można powiedzieć, że nie był to zły dzień dla ludzkości - podkreślił.
Z kolei astrofizyk Jonathan McDowell, analizując dane NASA i sił kosmicznych USA oszacował, że sonda wypadła z orbity i wleciała w atmosferę Ziemi w środę o godz. 6:37 czasu wschodnioamerykańskiego (w Polsce była wtedy 12:37). Według naukowców, jeśli jakieś części urządzenia nie spłonęły w atmosferze, to wpadły do Pacyfiku w rejonie równika - na południe od Meksyku i na zachód od Ekwadoru. Nikt nie zgłosił obrażeń, nie było też naocznych świadków.
Zbierała dane o pasach radiacyjnych
NASA zaznaczyła w komunikacie, że misja sond Van Allen "przyniosła kilka ważnych odkryć dotyczących funkcjonowania pasów radiacyjnych". Między innymi dostarczyły one naukowcom pierwszych danych, "wskazujących na istnienie przejściowego trzeciego pasa radiacyjnego, który może powstawać w okresach intensywnej aktywności słonecznej". Pasy radiacyjne chronią Ziemię przed promieniowaniem kosmicznym, burzami słonecznymi i nieustannie napływającym wiatrem słonecznym, które są szkodliwe dla ludzi i mogą uszkodzić urządzenia elektryczne. "Dlatego ich zrozumienie jest ważne" - dodano.
Van Allen Probe A, podobnie jak jej bliźniacza wersja - Van Allen Probe B - przez lata badała pasy radiacyjne. Misja dobiegła końca w 2019 roku, kiedy w sondach skończyło się paliwo. CNN wskazała, że NASA od początku misji posiadała plan utylizacji urządzeń. Pozwolono, by spaliły się w atmosferze podczas spadania na Ziemię. Naukowcy wyszli z założenia, że prawa fizyki "prawdopodobnie zredukują sondy - zanim te dotrą do powierzchni Ziemi - do śladowych fragmentów". Wcześniej NASA przeprowadziła szereg manewrów, mających na celu usunięcie ze zbiorników urządzeń resztek paliwa oraz ustawienie ich w pozycji, w której - jak czytamy - "opór atmosfery powoli odciągał sondy od orbity".
"Utylizacja nieczynnych sond gwarantuje, że nie spędzą one wieczności, latając niekontrolowanie po orbicie okołoziemskiej, gdzie mogłyby narazić się na ryzyko kolizji z aktywnymi satelitami lub habitatami, takimi jak Międzynarodowa Stacja Kosmiczna" - podała CNN.
Według pierwotnych założeń NASA, sonda miała powrócić na Ziemię w 2034 roku. "Jednakże obliczenia te zostały wykonane przed obecnym cyklem słonecznym, który okazał się znacznie bardziej aktywny niż oczekiwano. W 2024 roku naukowcy potwierdzili, że Słońce osiągnęło maksimum aktywności słonecznej, wywołując intensywne zjawiska pogody kosmicznej" - przekazała NASA, dodając, że zmiana warunków "zwiększyła opór atmosferyczny statku kosmicznego ponad wstępne szacunki, co doprowadziło do wcześniejszego powrotu w atmosferę".
- Świetlista "kula ognia" nad Niemcami. Meteoryt przebił dach domu
- Kosmos domeną operacyjną. "Polska musi się uniezależnić"
- Tajemnicze zdjęcie z Marsa rozgrzało internet. "Statek obcych"
Źródło: CNN/łl