more_horiz
Wiadomości

Rozmowy Waszyngtonu i Moskwy. Mateusz Piotrowski: ustępstwa nie zagwarantują USA stabilności w relacjach z Rosją

Ostatnia aktualizacja: 21.12.2021 15:30
- Biorąc pod uwagę dwugłos w administracji Joe Bidena, wydaje się, że stałe podejście wobec Rosji nie jest jeszcze wypracowane - powiedział portalowi PolskieRadio24.pl Mateusz Piotrowski (PISM), komentując ostatnie rozmowy między Stanami Zjednoczonymi a Rosją.
Prezydent USA Joe Biden podczas rozmowy z Władimirem Putinem 7 grudnia 2021 roku
Prezydent USA Joe Biden podczas rozmowy z Władimirem Putinem 7 grudnia 2021 rokuFoto: FORUM/ Reuters / White House
  • Biorąc pod uwagę dwugłos w administracji Joe Bidena, wydaje się, żee stałe podejście wobec Rosji nie jest jeszcze wypracowane - mówi ekspert PISM Mateusz Piotrowski
  • Ekspert PISM zauważa, że większy dostęp do ucha prezydenta ma obóz "dialogu z Kremlem" na czele z Jakiem Sullivanem, doradcą ds. bezpieczeństwa
  • Potencjalne ustępstwa nie zagwarantują USA stabilności w relacjach z Kremlem - zaznacza ekspert PISM Mateusz Piotrowski
  • Analityk ocenia także, że konsultacje Waszyngtonu z naszym regionem w kwestii działań Kremla nie są dostateczne

Gdyby nawet zgodzono się na postulaty Rosji, pozostaję sceptyczny co do tego, czy ustępstwa wobec Kremla będą gwarantować, że nie będzie on generował problemów bezpośrednio dotyczących Stanów Zjednoczonych. Niewykluczone, że w krótkiej perspektywie czasowej i tak doszłoby do eskalacji sytuacji, Rosja nadal próbowałaby zwracać na siebie uwagę USA, by wciąż być traktowana jak "równy” Stanom Zjednoczonym przeciwnik, jak w rywalizacji między USA i Chinami – powiedział portalowi PolskieRadio24.pl Mateusz Piotrowski z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Rosja postuluje m.in., by zatrzymać proces poszerzania NATO na Wschód, a w regionie Europy Środkowej ustanowić "strefę buforową” między Sojuszem a Rosją.

- Obecnie NATO nie zamierza przyjmować propozycji Rosji. Z dialogu nie wyniknie nic negatywnego, jeśli będzie to odpieranie propozycji rosyjskich. Natomiast inaczej będzie, jeśli będą one w jakimkolwiek stopniu rozważane, racjonalizowane, podczas gdy jednocześnie od Rosji nie oczekuje się nic w zamian […] Kontrofertą powinno być oddanie Krymu Ukrainie, wycofanie z Donbasu zielonych ludzików. To są tak naprawdę realne propozycje, które NATO, USA powinny złożyć Rosji, jeśli miałoby dojść do rozmów. To Rosja powinna przed takimi rozmowami spełnić pewne warunki – zaznaczył ekspert PISM.

Więcej o okolicznościach rozmowy USA i Rosji na temat sytuacji w regionie – w tekście rozmowy.

***

PolskieRadio24.pl: Co tak naprawdę wiemy, a czego nie wiemy o rozmowie Putin-Biden, przeprowadzonej 7 grudnia? Wydaje się, że możemy mieć potencjalnie do czynienia z decydującym momentem w historii regionu.

Mateusz Piotrowski (PISM): Sam fakt, że doszło do kolejnego, choć tym razem wirtualnego, spotkania prezydentów Rosji i USA, jest znaczący. Wcześniej obaj przywódcy kilkukrotnie rozmawiali przez telefon, 16 czerwca spotkali się także w Genewie.

Nie jest zapewne tak, że po stronie amerykańskiej nie było woli by rozmawiać, jednak spotkanie zostało zorganizowane z racji działań Rosji. Chodzi o koncentrację wojsk rosyjskich przy granicy z Ukrainą. To był powód i główny temat rozmów.

Spodziewano się, że oprócz kwestii ukraińskiej zostaną także podjęte problemy w relacjach dwustronnych. Tymczasem okazało się, że te tematy potraktowano marginalnie. Wspomniano tylko o kwestiach cyberbezpieczeństwa, porozumienia nuklearnego z Iranem.

Z pierwszych komunikatów obydwóch stron nie wynikało, kogo można uznać za zwycięzcę tego spotkania, jeśli pominąć wizerunkowy sukces Władimira Putina, wynikający z samego faktu, że doszło do jego rozmowy z prezydentem Stanów Zjednoczonych i z tego, że jest w stanie zmuszać USA do reakcji.

Spotkanie uruchomiło jednak proces dialogu, jaki mają prowadzić Stany Zjednoczone z Rosją. Ma on być kontynuowany na niższym szczeblu. Może być podjęty przez szefów dyplomacji, ale sądzę, że będą to rozmowy na poziomie roboczym, z udziałem przedstawicieli departamentów lub członków rady bezpieczeństwa narodowego.

Następnego dnia po rozmowie zasygnalizowano możliwość prowadzenia wspólnych rozmów USA razem z sojusznikami europejskimi z NATO i z Rosją. W ramach tego rozszerzonego formatu miano by się zastanawiać nad żądaniami Rosji, dotyczącymi gwarancji bezpieczeństwa. Chodziło oczywiście o to, jak polityka NATO ma wyglądać i o to, by Ukraina nigdy nie stała się członkiem Sojuszu.

Obecnie NATO nie zamierza przyjmować propozycji Rosji. Z dialogu nie wyniknie nic negatywnego, jeśli będzie to odpieranie propozycji rosyjskich. Natomiast inaczej będzie, jeśli będą one w jakimkolwiek stopniu rozważane, racjonalizowane, podczas gdy jednocześnie od Rosji nie oczekuje się nic w zamian. Trzeba dodać, że żądanie dekoncentracji wojsk może mieć ulotny skutek, bo Moskwa może sprowadzić je znów na granice w kolejnych miesiącach w dowolnym momencie.

Kontrofertą powinno być oddanie Krymu Ukrainie, wycofanie z Donbasu zielonych ludzików. To są tak naprawdę realne propozycje, które NATO, USA powinny złożyć Rosji, jeśli miałoby dojść do rozmów. To Rosja powinna przed takimi rozmowami spełnić pewne warunki.

Niepokojące jest jednak to, jak bardzo w ciągu następnych dni po rozmowie Bidena zmieniał się przekaz, czego miałyby dotyczyć rozmowy. Pojawiały się przypuszczenia, że nie chodzi tylko o deeskalację sytuacji wokół Ukrainy, ale też paradoksalne i histeryczne wręcz żądania Rosji. To z perspektywy Ukrainy i państw wschodniej flanki NATO byłoby bardzo niepokojące.


Mapa udostępniona przez szefa wywiadu wojskowego Ukrainy, Kyryła Budanowa. Źródło: "Military Times" Mapa udostępniona przez szefa wywiadu wojskowego Ukrainy, Kyryła Budanowa. Źródło: "Military Times"

Komunikaty USA na temat tych rozmów są niejasne, a tym ze strony Rosji nie można wierzyć. Czy rozmowy na temat powrotu do stref wpływów i tworzenia strefy buforowej, bez wojsk NATO i USA, w Europie Środkowej, mogą się toczyć? Czy mogą być częścią resetu? Takie pytanie się pojawia, choć wydaje się, że to niemożliwe, bo te żądania są absurdalne, nieracjonalne. Niemniej Putin powtarza, że właśnie o tym chce rozmawiać. Z kolei strona amerykańska, na to wygląda, zapowiada dalszy dialog, stąd pilne staje się pytanie, czego on miałby dotyczyć.

Na pewno po stronie amerykańskiej na stanowiskach eksperckich są osoby, które chcą dążenia do poukładania relacji z Rosją bez względu na cenę, którą poniosą podmioty trzecie.

USA nie powinny ponosić kosztów, ale podmioty trzecie - według nich - mogą. Nie jest to warunkowane rywalizacją z Chinami, ale takie osoby często uzasadniają swoje stanowisko tym, że należy skupić się na kwestii chińskiej tak bardzo, że USA nie mogą pozwolić sobie na problemy z Rosją. Muszą mieć poukładane relacje.

Tyle, że problemy z w relacjach z putinowską Rosją zawsze będą, a im więcej ustępstw, tym stają się one większe. Wcale nie jest tak, że te i przyszłe ustępstwa USA nie zapłacą żadnej ceny.

To prawda. Prezydent Rosji Władimir Putin już w kwietniu testował administrację USA, kiedy ta nie wyrażała wielkiego zainteresowania kwestiami rosyjskimi w pierwszych trzech miesiącach prezydentury Bidena.

Doszło wówczas do pierwszej koncentracji wojsk przy granicy z Ukrainą, a administracja amerykańska musiała na to odpowiedzieć. Biden potem rozmawiał z Putinem w czerwcu w Genewie. Putin chciał, by USA zwróciły uwagę na Rosję, chciał zaangażować się w bezpośredni dialog. I to mu się wtedy udało, a teraz zdołał osiągnąć to ponownie.

A w Stanach Zjednoczonych jest obóz, także w administracji Bidena, który chce układu z Rosją, choć nie nazywa tego dążeniami do resetu. To ostatnie słowo jest zakazane w kręgach demokratycznych, z racji porażki resetu za administracji Obamy. Rosja wtedy przechytrzyła Waszyngton. Sam fakt, że słowo jest zakazane, nie oznacza, że podejście bardzo podobne do ówczesnego jest także zabronione. Owszem, pojawia się chęć poukładania się z Rosją, choć nie bezkompromisowego. Ten dialog jednak nie miałby polegać tylko na wyznaczaniu sobie czerwonych linii.

Nie sądzę, by w Waszyngtonie wierzono, że Stany Zjednoczone zaczną z Rosją współpracować przeciwko Chinom, to byłaby naiwność, ale chodzi o to, by rosyjski problem zepchnąć na dalszy plan. Rzecz w tym, by Rosja nie tyle nie generowała żadnych problemów, ale by nie stwarzała ich dla USA, tak by te nie musiały się angażować.

Można postawić pytanie, czy cokolwiek jest w stanie zatrzymać rosyjskie agresywne działania.

Rosja wysuwa żądania gwarancji że Ukraina nigdy nie wejdzie do NATO, czy stworzenia strefy buforowej na wschodniej flance NATO, we wschodnich państwach Sojuszu.

Gdyby nawet zgodzono się na postulaty Rosji, pozostaję sceptyczny co do tego, czy ustępstwa wobec Kremla będą gwarantować, że nie będzie generował problemów bezpośrednio dotyczących Stanów Zjednoczonych. Niewykluczone, że w krótkiej perspektywie czasowej i tak doszłoby do eskalacji sytuacji, Rosja nadal próbowałaby zwracać na siebie uwagę USA, by wciąż być traktowana jak "równy” Stanom Zjednoczonym przeciwnik, jak w rywalizacji między USA i Chinami.

Rosja w oczach USA to państwo, z którym należy się liczyć, ale da się je uspokoić pewnymi ustępstwami i wówczas traktować drugorzędnie na arenie międzynarodowej, jeżeli chodzi o politykę globalną.

Rosja oczywiście liczy na to, że do tych ustępstw dojdzie. Czy jednak to ją zadowoli i uspokoi, nawet w średniej perspektywie czasu, bardzo wątpię.


PAP PAP

Pobieżna nawet obserwacja pokazuje jednak, że brak porozumienia z Rosją nie wynika z tego, że nikt nie chcą z nią rozmawiać, tylko, że ona sprawianie problemów uważa za najlepszą strategię. Nawet możliwość rozmów traktuje jako okazję do kolejnych wymuszeń i do sprawiania kolejnych problemów Europie, NATO. Moskwa ciągle eskaluje, natomiast o deeskalacji nie ma nawet mowy. Nikt tego nie zdąży zażądać, bo już grozi kolejną eskalacją. Wygląda na to, jakby ta natura rosyjskich działań nie była dobrze rozpoznana przez twórców obecnej polityki USA.

Trudno przypuszczać, że dalsze akty agresji Rosji nie będą nawet rykoszetem powodować problemów dla Waszyngtonu. Nawet represje, łamanie praw człowieka, morderstwa polityczne: nad tym USA nie mogą przejść do porządku dziennego.

Absolutnie. To sytuacja paradoksalna. Zespół Joe Bidena sygnalizował jeszcze w kampanii wyborczej, że walka o prawa człowieka, demokratyzację, wolność mediów będzie nie tyle jednym z elementów, co jednym z przewodnich motywów polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

I to miało dotyczyć także Rosji. Przez pierwszych parę miesięcy prezydentury Bidena we wszelkich komunikatach akcentowano m.in. kwestię Aleksieja Nawalnego, inne sprawy dotyczące praw człowieka. Mowa była i o innych represjach wobec rosyjskiego społeczeństwa, wobec dziennikarzy, przeciwników politycznych Kremla.

Nawalny, co nie dziwne, był wspominany w USA i na Zachodzie najczęściej, jeśli chodzi o krytykę naruszeń praw człowieka przez Rosję. Natomiast mam wrażenie, że obecnie, przynajmniej w sferze publicznej, nazwisko Nawalnego nie jest w ogóle wymieniane przez Stany Zjednoczone. Osobiście interpretowałem to jako wyrażenie dobrej woli Stanów Zjednoczonych do tego, by zasiąść do konstruktywnej rozmowy. Rosja sygnalizowała bowiem, że kiedy w komunikatach USA pojawia się Nawalny, nie ma o czym rozmawiać.

Amerykanie nie wspominają obecnie nazwiska Aleksieja Nawalnego publicznie. To hipokryzja, gdy USA jako globalny promotor przestrzegania praw człowieka próbują pouczać dużą część świata, a nie zauważają tych braków w przypadku Rosji. Nie chcę stawiać tezy, że promowanie praw człowieka nie jest słuszne, uważam, że wręcz przeciwnie, ale porzucanie tego postulatu w dialogu z Rosją, wydaje mi się po prostu naiwne.

Jeśli administracja Bidena stara się pozycjonować jako globalny promotor praw człowieka, a nie podnosi tej kwestii w dialogu z Rosją, ignorując ją, by ułożyć sobie lepiej relacje z Moskwą, to już w tym punkcie idzie na bardzo poważne ustępstwa wobec Rosji. Waszyngton sygnalizuje, że nie zważa na to, co Rosja robi "wewnątrz” kraju, a chce zająć się tylko sprawami międzynarodowymi.

To jest naprawdę bardzo duże ustępstwo, biorąc pod uwagę priorytety Bidena, a tymczasem strony mają rozmawiać o kolejnych. Tutaj trudno zrozumieć, jaki jest cel tych rozmów z punktu widzenia Waszyngtonu.

To bardzo trafne spostrzeżenie, tym bardziej, że tłumienie opozycji, represje, to kluczowy instrument Władimira Putina, pozwalający mu zachować władzę. Zauważa to wielu opozycjonistów, komentatorów. W Rosji ma miejsce wyciszanie kolejnych niezależnych głosów, trwa likwidacja Memoriału. Następuje też eksport tej machiny represji, na przykład na Białoruś – gdzie protegowany polityczny Władimira Putina robi to samo, co Moskwa. Rusyfikuje, wyniszcza wszystkie niezależne środowiska, wypala je wręcz żywym ogniem. Jak zauważa wielu obserwatorów, to dla Putina i Łukaszenki nie są po prostu "sprawy wewnętrzne”, ale instrument zachowania władzy. A ich autorytarne metody są eksportowane tam, gdzie mają oni wpływy. Putin wykorzystuje też Łukaszenkę do tego, by realizować imperialne plany Rosji, uzależniać Białoruś coraz bardziej od Kremla.

Takim represjom Stany Zjednoczone powinny się odgórnie przeciwstawiać, jeśli pozycjonują się jako promotorzy demokracji i starają się wykazać, że współpraca z nimi to coś więcej niż korzyści gospodarcze, gwarancje bezpieczeństwa.

W regionie Azji Południowo-Wschodniej współpraca z USA oznacza też kosztowne reformy. Tam USA wyraźnie sygnalizują, że poszukują sojuszników, by z nimi współpracować, ale to nie przychodzi ot tak. Konieczne są reformy.

Podobne sygnały wysyłane są w stronę Ukrainy. Waszyngton komunikuje, że Kijów zmierza w dobrą stronę, ale wymagana jest większa przejrzystość systemu prawnego, walka z korupcją. Ta współpraca ma nieść ze sobą coś więcej, chodzi o dołączenie do szerszego grona państw zachodnich, które akceptują podobny system wartości.

Tymczasem Rosja, represjonując swoje społeczeństwo, eksportując taką politykę poza swoje granice, na przykład na Białoruś, jest zupełnym przeciwieństwem tego, z czym identyfikuje się szeroko rozumiany Zachód.

Taka Rosja Zachodowi zagraża. Poprzez narzędzia represji autorytarni przywódcy generujący problemy dla Zachodu, UE, USA, stale pozostają u władzy. Brakuje perspektyw, by władze tych państw miały się zmienić.

Nie chcę tu sugerować, że zmiana władzy w każdym przypadku i automatycznie będzie oznaczać inną politykę, jej zmianę o 180 stopni. Niemniej jednak obydwu przywódców, Łukaszenkę i Putina, postrzegam jako czynnik generujący stale i poważne problemy dla Zachodu.

Jakby brakuje tej świadomości w Stanach Zjednoczonych, w administracji Joe Bidena. Nie widać też jasno, jakie racje stoją za ich próbami porozumienia się z Rosją. To wszystko jest nie do końca klarowne.

Czy możemy przyjrzeć się twórcom jego polityki, jaka grupa osób ją tworzy, kto jest jej duchem, jakie interesy zdaniem tej grupy leżą na stole? Wśród autorów tej polityki wymieniani są szef CIA William Burns, który odwiedził Moskwę w listopadzie, czy doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa Jake Sullivan.

Obecnie większy dostęp do ucha prezydenta ma obóz, który nakłania do mniej restrykcyjnego dialogu z Rosją, w ramach którego USA mogłyby wyrazić gotowość do jakichś ustępstw.

Na czele tej grupy, która jest mniejszością w administracji, jednak jest bardziej skuteczna w ostatnich tygodniach, stoi Jake Sullivan, doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa, Kieruje on Radą Bezpieczeństwa Narodowego. Aktywny w tej sferze jest także jego zastępca. Sullivan jest jedną z osób, które najgłośniej mówią o potrzebie dialogu z Rosją, ale w kontekście poukładania tych relacji, pozwalania Rosji "na więcej”.

Ta grupa jest mniejszością w polityce administracji. Jednak patrząc na to, co się dzieje po rozmowie Biden-Putin, wygląda na to, że jest to frakcja bardziej skuteczna, jeśli chodzi o sygnalizowanie kierunków polityki.

Spójrzmy na różne inne elementy polityki zagranicznej Bidena w tych miesiącach, jak wycofanie z Afganistanu, którym zarządzali Sullivan i jego Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Warto zwrócić uwagę na fakt, że bardzo wiele procesów polityki bezpieczeństwa i zagranicznej jest koordynowanych w administracji przez Sullivana. Jest ich nad wyraz dużo, więcej niż w poprzednich administracjach.

Sullivan ma lepszy dostęp do ucha Bidena niż sekretarz stanu, stale przebywa w Białym Domu. Do tego ma całą masę dodatkowych i ważnych zadań. Stawiam tezę, że jest jednym z najbardziej wpływowych doradców do spraw bezpieczeństwa w historii USA.

Z tego względu, mimo że grupa zwolenników dialogu z Rosją jest mniejsza, to właśnie przede wszystkim poprzez osobę Sullivana może być bardziej skuteczna.

Wśród zwolenników dialogu są i inni członkowie administracji, jak John Kerry. Rozmawia on z Rosją, te rozmowy są jednak zapewne wyspecjalizowane, dotyczą jego obecnego pola zadań, a jest on specjalnym wysłannikiem do spraw klimatu. Wizytował Moskwę, prowadzi rozmowy telefoniczne ze stroną rosyjską. Przypuszczam jednak, że zakres nie sięga poza kwestie ochrony klimatu. Jest to jednak osoba niewątpliwie wpływowa, były sekretarz stanu, jego opinia z pewnością jest słyszalna w administracji Bidena.

W przeciwnym obozie, który ostatnio trochę osłabł i nie dociera do prezydenta tak skutecznie, jak by sobie życzono, są sekretarz stanu Antony Blinken i jego zastępczyni ds. politycznych Victoria Nuland. Nuland jest głównym jastrzębiem obecnej administracji USA, nie jest zwolenniczką dokonywania jakichkolwiek koncesji wobec Rosji, podchodzi bardzo sceptycznie do polityki Kremla i Władimira Putina. Nie jest też lubiana na Kremlu, była objęta sankcjami personalnymi.

Sam Biden był przez lata uważany za osobę, która owszem, mówi o potrzebie dialogu, ale jest realistą. W podejściu Bidena nie było jednak widać woli bezkompromisowego poukładania się z Kremlem.

Tymczasem widać, że Biden zmienił podejście. Wydaje się, że Sullivan zdołał przekonać do tego prezydenta USA.

Czytaj także:

Może rodzić się pytanie, skąd wzięła się ta koncepcja. Jake Sullivan nie wygląda na osobę, która cieszy się autorytetem w kwestii konstruowania polityki zagranicznej, inaczej niż doświadczeni sekretarz stanu Antony Blinken i Victoria Nuland. W polityce amerykańskiej znalazłoby się wiele osób, które mają bogate doświadczenia w relacjach z Rosją i chyba inne wnioski jeśli chodzi o Kreml. Sullivan nie specjalizuje się w relacjach z Rosją, choć pracował w administracji Obamy akurat w czasie, gdy pracowano nad nieudanym resetem 

Sullivan był członkiem administracji Obamy, jest jej wychowankiem. To człowiek młodszy o pokolenie niż Nuland czy Blinken. Doświadczenie tych ostatnich sięga do poprzednich administracji. Blinken zaczynał swą karierę jeszcze za czasów Billa Clintona. Potem w Senacie spotkał się z Bidenem i ich współpraca od 2002 roku jest praktycznie stała.

Ścieżki Bidena i Sullivana zetknęły się w 2013 roku, wówczas ten ostatni został doradcą wiceprezydenta do spraw bezpieczeństwa, zastępując na tym stanowisku Blinkena. Blinken przeszedł wówczas na stanowisko zastępcy doradcy prezydenta, wówczas Obamy, potem trafił do Departamentu Stanu jako zastępca sekretarza Kerry’ego. 

Sullivan miał okazję bardzo blisko współpracować z Bidenem przez dwa lata. Podejrzewam, że Sullivan sprawdził się w tej roli. Potem w 2014 roku Sullivan zniknął z administracji. Odszedł do sektora prywatnego, zaczął też wykładać.

To prawda, że Sullivan był świadkiem resetu. Co ciekawe jednak, Biden wówczas nie był jego zwolennikiem. Być może jednak Sullivan ma takie poglądy i próbuje przekonywać do nich Bidena, wskazywać, że "nie można iść na pełne zwarcie z Rosją”. Sullivan jest niemal 40 lat młodszy od Bidena, może prezydent ufa, że taka osoba, wychowana w innych warunkach, patrzy na świat "bardziej globalnie”, postrzega go przez pryzmat problemów dotyczących całego świata, takich jak ochrona klimatu, aniżeli liniowej, międzypaństwowej rywalizacji.

W Polsce, w naszym regionie jesteśmy przekonani, że idea resetu z Rosją była i jest czymś złym nie tylko dla nas, ale też dla Stanów Zjednoczonych, z racji o których mówiliśmy. Rosja nie zamierza stabilizować sytuacji, chce, by jej nie przeszkadzano w złych zamiarach, ale w zamian nie będzie starać się nie sprawiać problemów. Bo sedno w tym, że sam kierunek polityki Kremla pod kierownictwem Putina jest taki, że te problemy będzie sprawiał zawsze.

Zetknęłam się jednak z taką hipotezą, że może w USA ktoś spośród zwolenników resetu uznał, że nie sama idea jest zła, ale wykonanie. Po prostu źle przeprowadzono ten reset, coś nie tak zrobiono i należy to zrobić lepiej.

Nie możemy tego wykluczyć. Jednak jeśli ktokolwiek myśli o całkowitym zresetowaniu relacji, to oznaczałoby uznanie Krymu za rosyjski, stwierdzenie, że w Donbasie nie ma rosyjskich żołnierzy, a Zachodowi i USA nic do tego.

To tragiczna perspektywa i miejmy nadzieję, że to niemożliwe. Weźmy pod uwagę, jakim niepowodzeniem zakończył się poprzedni reset. Po krótkotrwałej poprawie stosunków Rosja zdecydowała się i na agresję na Ukrainę, i na aneksję Krymu.

Dla ekspertów i polityków w USA z tej polityki Rosji płynie lekcja, że z Kremlem nie można się poukładać. Można "uspokoić” relacje, ale zdecydowanie się na jakiekolwiek ustępstwa nie zakończy mocarstwowej polityki Rosji. Władimir Putin zawsze znajdzie kolejny cel, który będzie próbował osiągnąć, czy to poprzez agresję, czy to poprzez jej symulowanie, przez próby doprowadzenia do kolejnej odsłony dialogu i kolejnych ustępstw.

Wydaje się zatem, że pełna polityka resetu jest niemożliwa. Jednak i częściowe ustępstwa wyrządziłyby wiele szkód. W tym momencie wszyscy w naszym regionie biją na alarm.

Ukraina z perspektywy Waszyngtonu jest osobnym tematem. USA nie są zobowiązane traktatowo do obrony sojusznika. Ukrainę często porównuje się do Tajwanu. Niemniej jednak istnieje ustawodawstwo na gruncie krajowym USA, które zobowiązuje USA do wspierania Tajwanu, jeżeli chodzi o jego możliwości defensywne i obronne.

W przypadku Ukrainy takich zobowiązań nie ma. Nie chcę sygnalizować tutaj, że USA mogą porzucić Kijów. Wśród kongresmenów obu partii nie ma takiej woli. Kongresmeni są przekonani, że Ukraina powinna być wspierana wojskowo przez Stany Zjednoczone, poprzez sprzedaż uzbrojenia, szkolenia wojska. Uważa się, że takie działania Stany Zjednoczone powinny prowadzić regularnie i co roku.

Takie oceny wynikają także z przekonania, że Rosji nie można pobłażać, obecna Rosja nie jest państwem, z którym można po prostu współpracować. Trzeba być czujnym, poważnie traktować groźby Rosji, nawet gdyby miały okazać się blefem. Co prawda, takie myślenie utrwaliło się w Kongresie dopiero po 2014 roku, ale utrzymuje się przez ostatnie siedem lat.

A zatem pełen reset nie jest raczej możliwy. A częściowy – trudno powiedzieć. Trzeba jednak dodać, że Kongres ma swoje możliwości naciskania na administrację, wyrażenia niezadowolenia z kierunków jej polityki, ma możność wymuszania pewnych decyzji na administracji. Spodziewam się, że Kongres mógłby reagować w kwestii Ukrainy.

Co do drugiego żądania Rosji, stworzenia strefy buforowej w NATO, to niosłoby z sobą dużo poważniejsze skutki, i krótko – i długoterminowe. Tam nie chodzi tylko o jedno państwo. Choć oczywiście "oddanie Ukrainy w ręce Rosji”, uznanie że Ukraina znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów, oczywiście ostatecznie niosłoby ze sobą konsekwencje dla całej Europy, zaczynając od Europy Środkowej i dalej.

Założenie, że to już koniec rosyjskiej agresji – to byłoby myślenie życzeniowe. Natomiast strefa buforowa na wschodniej flance byłaby rozbiciem NATO na państwa lepsze i gorsze, na te, w których możliwości obrony są pełne, i na te, w których możliwości stacjonowania wojsk są takie, jakich sobie Rosja życzy.

Jeśli faktycznie zgodzono by się na "strefę buforową”, zapewne we wschodniej flance NATO, to kategoryzujemy państwa Sojuszu. Wobec części państw zobowiązania sojusznicze byłyby tylko częściowe, a z traktatu nic takiego nie wynika. Rosja miałaby większy wpływ na obecność NATO na wschodzie niż same państwa zainteresowane. To prowadziłoby do degradacji znaczenia Sojuszu.

Obecnie państwa same są zainteresowane dołączeniem do NATO. Są to korzyści płynące z gwarancji bezpieczeństwa. Po takim układzie to mogłoby się zmienić.

Miejmy nadzieję, że państwa NATO próbują obecnie wpływać na kurs polityki Sullivana i uświadomić mu zagrożenia, tak by nie wyrządzono szkód ani Ukrainie, ani regionowi Europy Środkowo-Wschodniej. Do tego trzeba właściwie zareagować na nagromadzenie rosyjskich wojsk u granic Ukrainy.

Wciąż wierzę, że polityka USA nie sięga aż tak daleko, żeby spełniać postulaty Rosji i że Waszyngton będzie sygnalizował, że nie jest to możliwe i nie ma woli, by realizować tego rodzaju żądania, a postulaty zachodnie dotyczą z kolei wycofania wojsk rosyjskich i zwrócenia terytoriów Ukrainie.

Szerszy dialog w ramach NATO jest konieczny. Państwa wschodniej flanki nie bez powodu domagają się kontaktu z amerykańską administracją i sekretariatem generalnym NATO. Mają obawy. Boją się, jak sytuacja będzie się rozwijać dalej, jeśli pójdzie się teraz na ustępstwa wobec Ukrainy. Kolejnym etapem w eskalacji rosyjskiej byłaby próba agresji przeciwko państwu NATO.

Dobrze, że prezydent Biden porozmawiał z państwami Bukareszteńskiej Dziewiątki. Wydaje mi się jednak, że konsultację sojusznicze przed kontaktami z Rosją powinny być bardziej zaawansowane, zdecydowanie częstsze, także na szczeblu roboczym.

Latem zapadło porozumienie między Niemcami i USA w sprawie Nord Streamu 2, potem pojawił się non-paper o NS2, w którym nie było słowa o Ukrainie. A po rozmowie Putin-Biden wycofano z Kongresu poprawkę, dotyczącą sankcji wobec NS2.

Wydawałoby się, że z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych ten gazociąg to nie jest wcale korzystny projekt. Czy Niemcy były tak bardzo przekonujące, tak zdeterminowane, żeby wypracować w Waszyngtonie poparcie dla NS2?

Moim zdaniem Niemcy odniosły ogromny sukces dyplomatyczny. Całkowicie przekonały administrację i być może jeszcze sztab wyborczy Bidena, że to Stany Zjednoczone ponoszą winę za złe stosunki amerykańsko-niemieckie.

Tymczasem Biden jeszcze jako kandydat był bardzo dobrze odbierany przez polityków i społeczeństwo niemieckie. Sygnalizował, że stosunki USA i Niemiec, często trochę szerzej interpretowane jako stosunki transatlantyckie, powrócą na właściwe tory.

Jednak dyplomacji niemieckiej udało się przesłać przekaz, że nie wystarczy sama zmiana na stanowisku prezydenta, a zostały poczynione takie szkody, iż potrzebny jest jeszcze bardzo wyraźny gest dobrej woli po stronie amerykańskiej. A stała się nim zmiana podejścia w sprawie Nord Stream 2.

Nie jest to jednak całkowite odejście od polityki blokowania NS2, bo są ustawy, które wymuszają na administracji konkretne działania, na przykład wydawane co 90 dni raporty, dotyczące podmiotów współpracujących przy Nord Streamu 2. Podejście administracji jest jednak takie, że sankcjom podlegają podmioty rosyjskie, natomiast nie przedsiębiorstwa zachodnie. W maju wyłączono spod sankcji operatora NS2 AG – to dobitny dowód na to.

Lipcowe porozumienie między Niemcami i USA miało pokazać, że z NS2 wiąże się zamysł polityczny na temat tego, jak przeciwdziałać wykorzystaniu przez Rosję surowca energetycznego jako narzędzia nacisku politycznego i jak zadbać o bezpieczeństwo energetyczne Ukrainy. Ta deklaracja jednak nie wygląda wiarygodnie, w porozumieniu nie ma żadnych sztywnych gwarancji dotyczących Ukrainy. Minęło pół roku od podpisania tego planu, a niewiele się wydarzyło, poza wyrażaniem dobrej woli czy gotowości do pewnych działań.

Bardzo złym znakiem był listopadowy non-paper Niemiec w sprawie Nord Streamu 2. Nie padło tam słowo o kwestii Ukrainy, podczas gdy USA ostrzegały już od dawna wszystkich sojuszników, że sytuacja jest poważna, jest zagrożenie inwazją. Niemiecka dyplomacja przekonywała tylko Kongres, że zmuszenie administracji Bidena do wprowadzenia dodatkowych sankcji na mocy ustawy będzie "ostatecznym zniszczeniem” relacji transatlantyckich, a to będzie "zwycięstwem Putina”.

Dokument ten nie uwzględniał kontekstu rosyjskiej agresji, ani nawet obecnej sytuacji Ukrainy. Gdy wszystkim zaczęło się wydawać, że trudno traktować taki non-paper jako prośbę racjonalną, widzimy, że poprawki w sprawie sankcji dla Nord Streamu 2 zostały wycofane z Kongresu i to dokładnie w dniu rozmowy Putin-Biden.

Oczywiście był to przede wszystkim efekt międzypartyjnego i międzyizbowego kompromisu w Kongresie, który pozwolił na przyjęcie dorocznego budżetu obronnego bez głosowania nad dodatkowymi poprawkami – zbieżność dat okazała się jednak fatalna, jeżeli chodzi o budowanie przekazu. Teraz w wyniku innego kompromisu między Demokratami i Republikanami może się okazać, że pod głosowanie poddany zostanie inny projekt dotyczący Nord Stream 2, wymuszający na administracji wdrożenie pełnego wachlarza sankcji, bez możliwości stosowania wyłączeń.

Czego możemy spodziewać się w najbliższych miesiącach, jeśli chodzi o relacje amerykańsko –rosyjskie? Czy trwa walka o kurs polityki USA wobec Rosji?

Biorąc pod uwagę dwugłos w administracji Joe Bidena, wydaje się, że stałe podejście wobec Rosji nie jest jeszcze wypracowane.

Ma miejsce próba odnalezienia się w sytuacji, którą generuje Rosja. USA starają się od lat odpowiedzieć na problemy przez nią stwarzane, stabilizować relacje z Kremlem. To jednak trudne, zważywszy na swobodę działań Kremla, który nie zważa na prawo międzynarodowe, prawa człowieka. Przewidzenie posunięć Moskwy może być trudne.

Sytuacja jest coraz trudniejsza. Być może nasz region mógłby pomóc w rozwiązywaniu regionów z Rosją. Wkłada wiele wysiłku w analizowanie jej działań – to nasz ważny wkład w prace Sojuszu.

Mam obawy, czy USA wystarczająco często zasięgają opinii sojuszników i konsultują się z nimi w tej sprawie.

USA deklarują, że chcą się angażować w dialog, ale nie wiem, czy ten mechanizm czasem nie przeradza się w oznajmianie polityki, a nie jej konsultowanie.

Jeśli tak, to bardzo niepokojące, bo Rosja zawsze stara się rozgrywać strony przeciwko sobie.

Część polityków USA przed rozmowami z sojusznikami ze wschodniej flanki NATO zakłada, że wiadomo, co powiedzą: Rosja jest zagrożeniem i nie można iść na żadne ustępstwa. Taki jest przekaz co najmniej od 2014 roku, w niektórych przypadkach wcześniej.

Tak jest dlatego, że nic się nie zmienia. Rosja stanowiła i stanowi zagrożenie. Mam obawy, czy jest gotowość do słuchania stanowisk regionu w tej sprawie.

To bardzo ważna uwaga, gdyż czasem może wydaje się nam, że wszystkie nasze spostrzeżenia docierają do sojuszników. Tak być nie musi, trzeba poprawić komunikację, bo brakuje koordynacji i procesu szukania rozwiązań.

To szkoda, że część polityków nie chce konsultacji z regionem, bo wiele byłoby do opowiedzenia i do zrobienia wspólnie, choćby w kwestii praw człowieka, nie mówiąc o działaniach, które miałyby naprawiać szkody, które Rosja systematycznie wyrządza w regionie.

Punkt widzenia państw regionu w pewien sposób jest uwzględniany, ale z pewnością nie tak, jak one by sobie tego w pełni życzyły.


Z Mateuszem Piotrowskim z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowym rozmawiała Agnieszka Marcela Kamińska, PolskieRadio24.pl

 

 

 


Zobacz także

Zobacz także