Tak 19-letnia Polka przeżyła sylwestra w Crans-Montana. Poruszająca relacja matki
- Moja córka jest wśród 3-4 proc. młodzieży, które nie zostały spalone - mówi mama Polki rannej w sylwestrową noc w Crans-Montana w rozmowie z Agatą Król, reporterką Polskiego Radia. 19-letnia Julia wybrała się na imprezę sylwestrową w barze Le Constellation z grupą przyjaciół. Przypadek sprawił, że znalazła się blisko wyjścia, gdy doszło do pożaru i wybuchów. To ją uratowało i mimo urazów nóg, uniknęła poparzeń i innych poważnych obrażeń.
Agata Król
2026-01-07, 11:46
Czytaj także:
Kurort Crans-Montana. Tragiczna noc sylwestrowa
Mniej szczęścia od Julii miała jej przyjaciółka, która była dwa kroki za nią. Uciekający tłum wepchnął ją w głąb pomieszczenia. Dziewczyna przeżyła, ale z poważnymi poparzeniami ramion i głowy trafiła do szpitala. Mama Julii, pani Ewa, przepełniona emocjami opowiada o dramatycznych momentach, które w barze Le Constellation przeżyła jej córka.
- Sylwester w górach jest w Szwajcarii popularny - mówi pani Ewa. W tym czasie miasta pustoszeją, a mieszkańcy tego kraju jadą do domków, usytuowanych w kurortach turystycznych, gdzie jeżdżą na nartach i odpoczywają. Takim miejscem jest też Crans-Montana, które w ostatnich latach, dzięki rozwojowi międzynarodowej turystyki, stało się miejscem popularnym. - Moja córka wraz z przyjaciółką wymyśliły, że pojadą do modnego lokalu właśnie w tym mieście. Zabawę zaplanowali też inni jej znajomi. Dziewczyny miały zatrzymać się u kolegi, który z Crans-Montanie ma domek. Wszystko było ustalone i umówione - opowiada Agacie Król mama nastolatki.
Młodzież była uwięziona w lokalu
Dziś dziewczyna obwinia się, że przeżyła. Jej znajomi mają ciężkie poparzenia nawet 60 proc. ciała. To co widziała na własne oczy, w momencie, gdy lokal trawiony był przez pożar, nie nadaje się do publikacji. Opisy tych zdarzeń, które usłyszałam od jej mamy są zbyt drastyczne. Początkowo Julia mówiła, że nie pamięta uciekających ludzi, bo najważniejsze dla niej było zlokalizować przyjaciółkę. Sama ledwie chodziła, po tym, jak przyciśnięta do drzwi wyjściowych, które otwierały się do środka, znalazła w sobie heroiczną siłę, by przebić się przez okna, wykonane z plexi.
Władze i mieszkańcy Crans-Montana upamiętnili ofiary pożaru w barze Le Constellation (Fot. Cyril Zingaro/Associated Press/East News)
Młodzież była uwięziona w lokalu. Dopiero pomoc ludzi z zewnątrz, którzy wyrywali plastikowe szyby siłą, pozwoliła części uczestników imprezy wydostać się na zewnątrz. Izolacja akustyczna, która znajdowała się na suficie topiła się, podobnie jak sukienki na ciałach dziewcząt. Droga ucieczki była w zasadzie jedna, bo tylne wyjście ewakuacyjne nie było otwarte, przynajmniej na początku. Jej przyjaciółka tak potwornie krzyczała z bólu, że Julii udało się ją odnaleźć. Nie umiała jej pomóc, bo rany były głębokie i zbyt bolesne. Ból był jednak pozytywnym objawem w tej potwornej sytuacji. Osoby, które go już nie odczuwały, miały najwyższy stopień poparzenia. Często śmiertelny.
Po wybuchach nastała panika
Julia i jej znajomi siedzieli przy stoliku na piętrze -1. To tam zimne ognie, przymocowane do butelek od szampana roznoszonych przez kelnerki, wywołały pożar, który rozprzestrzenił się w mgnieniu oka. Z opowieści pani Ewy wynika, że tzw. fontanny mocowane były do drogich trunków zamawianych do stolika. - Na filmach reklamowych w mediach społecznościowych widziałam alkohole nawet za 800 franków - relacjonuje mama dziewczyny. Ich przyniesienie przez kelnerkę miało niesamowitą oprawę, to był show, któremu towarzyszył entuzjazm młodych ludzi i dużo pozytywnych emocji. - To była jedna z tych miejscówek, do których udawała się cała towarzyska śmietanka. Dzieci, które straciły życie, to są dzieci bardzo bogatych ludzi - kontynuuje.
Rynek w Crans-Montana kilka dni po tragedii (Fot. MAXIME SCHMID/AFP/East News) Około 3-4 minut przed pożarem, córka Pani Ewy odebrała telefon. Przy wejściu utknęli znajomi, którzy mieli dołączyć do paczki, ale ochroniarze nie chcieli ich wpuścić. Julia obiecała pomóc i ruszyła na górę, tuż za nią jej przyjaciółka. Reszta została przy stole. Kiedy dziewczyny zbliżały się od wyjścia, doszło do dwóch wybuchów. Tłum rzucił się do ucieczki, wybuchła panika. Wszystko działo się szybko. Zgasły światła, był bardzo gęsty, toksyczny dym, potwornie wysoka temperatura, nie było widać niczego wokół siebie. Ludzie dusili się i upadali. Jedyna droga ucieczki blokowała się przez napór ludzi, przez to, że jedni uciekali depcząc tych, co przewracali się nie mając już sił.
- Moja córka jest wśród 3-4 proc. młodzieży, które nie zostały spalone. To cud - przyznaje rozmówczyni Polskiego Radia. Przyjaciele Julii przeżyli, ale są poważnie poparzeni i lekarze musieli wprowadzić ich w stan śpiączki. Najwięcej osób zginęło z głębiej usytuowanych stolików. Pani Ewa broni młodzieży, której nagrania wyciekły do internetu. Jak mówi, nikt z nich nie spodziewał się realnego zagrożenia, a płomienie na suficie odbierali raczej, jak zaplanowany efekt specjalny, a nie prawdziwy pożar.
Liczne błędy organizatora imprezy
Po wypadku, lokalna społeczność w Szwajcarii wskazuje na długą listę nieprawidłowości i niedociągnięć, które wychodzą na światło dzienne. Jedną z nich jest fakt, że Le Constellation zarejestrowane było jako bar, a nie dyskoteka. Dzięki temu właściciele nie mieli obowiązku sprawdzać dowodów osobistych, a wejście do takiego typu lokalu miały nawet dzieci w wieku 14 lat. Kolejną kwestią była ochrona, w barach niezatrudniana, w Le Constellation już tak, bo takim zainteresowaniem cieszyło się to miejsce.
Czytaj także:
- Pożar w kurorcie Crans-Montana. Prokuratura wskazała przyczynę
- Pożar w szwajcarskim kurorcie. Właściciele usunęli ślady i zniknęli
Agata Król dowiedziała się od Pani Ewy, że dużo wątpliwości budzą też kontrole przeciwpożarowe. Inspekcja, według niej, miała być tam przeprowadzona jeszcze przed pandemią Covid-19, a więc w 2019 roku. Poza tym, zachowanie obsługi lokalu nie było właściwe - DJ nie wyłączył muzyki, aby ostrzec przed zagrożeniem, nie doszło do użycia gaśnic. I w końcu remont - w Szwajcarii zazwyczaj trwa on wiele miesięcy, bo wymaga zaangażowaniu wielu wyspecjalizowanych ekip. Tymczasem we wspomnianym barze odbył się w pół roku; schody, będące jedyną drogą ucieczki zostały wówczas zwężone, a wyjście ewakuacyjne zamknięte; do izolacji akustycznej wykorzystano łatwopalny materiał, a do pokazów przygotowywanych przez pracowników używano materiałów pirotechnicznych.
Trwa wyjaśnianie przyczyn tragedii. W noc sylwestrową życie straciło 40 osób, a blisko 120 zostało rannych. Jak wynika z informacji przekazanych przez MSZ, wśród poszkodowanych są dwie osoby z polskim obywatelstwem.
Źródło: Polskie Radio/Agata Król