Przybył do nas z zachodu. Umie zmieniać płeć i zagraża gospodarce
Przez wieki był postrachem marynarzy. Z łatwością zatapiał największe okręty. Zmagał się z nim sam Krzysztof Kolumb. W XVIII-wiecznej Holandii był wrogiem numer jeden. Nazywa się świdrak okrętowiec i niedawno wprowadził się do Bałtyku. Nie są to dobre wieści dla naszego morza.
2026-01-15, 11:00
Kolumb z garnkiem kontra "robaki"
W 1588 roku Wielka Armada - hiszpańska flota wojenna zwana "Niezwyciężoną" - starła się na Morzu Północnym z angielskimi okrętami. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że Anglicy mieli armię podwodnych sojuszników. Ich sekretna działalność doprowadziła do osłabienia kadłubów hiszpańskich statków, które dzięki temu łatwiej było dziurawić kulami armatnimi.
Dlaczego "Niezwyciężona Armada" została pokonana? Zdaniem części historyków poza rewolucją w sztuce wojennej (od 1588 roku armaty stały się głównym orężem w morskich bitwach) decydujące mogły być szkody poczynione przez stworzenia zwane wówczas "robakami okrętowymi". Zwierzęta znane były z tego, że gromadnie ryją w drewnianym poszyciu statku, nierzadko doprowadzając go do zagłady.
Te same "robaki" osiem dekad wcześniej były utrapieniem Krzysztofa Kolumba podczas jego ostatniej wyprawy do Nowej Ziemi. Według słów samego podróżnika kadłuby niektórych okrętów były podziurawione "jak plastry miodu".
"Mimo trzech pomp, garnków i wszystkich rąk do pracy nie byłem w stanie powstrzymać wody przedostającej się do statku. Nie mogliśmy nic zrobić, aby naprawić szkody wyrządzone przez robaki okrętowe" – pisał Kolumb. Uważa się, że co najmniej dwie jednostki podczas tej wyprawy poszły na dno właśnie z powodu aktywności niszczycielskich zwierząt.
Holenderska grafika z lat 30. XVIII wieku przedstawiająca świdraki oraz podziurwanione przez nie drewno. Fot. Rijksmuseum/domena publiczna Stwór, który chciał zatopić Holandię
"Robaki" znane były żeglarzom już od starożytności, ale naprawdę głośno zrobiło się o nich dopiero po 1730 roku w Holandii, gdy zaczęły zagrażać nie flocie morskiej, a mieszkańcom terenów przybrzeżnych w delcie Renu, Mozy i Skaldy.
Odkryto wówczas, że wszystkie drewniane tamy przeciwsztormowe w prowincji Zeeland stały się dziurawe jak szwajcarski ser za sprawą tych samych zwierząt, które kiedyś spędzały sen z powiek Kolumbowi i Wielkiej Armadzie. Dlatego nawet niewielki sztorm był w stanie rozerwać jedyną zaporę, która chroniła życie i dobytek żyjących tam ludzi.
Grafika Abraham Zeeman z 1731 roku przedstawiająca zniszczenie wałów przez świdraki, a na pierwszym planie - w powiększonej skali - wygląd samych "winowajców". Fot. Rijksmuseum/domena publiczna Wieść o pladze "robaków" rozeszła się po całym kraju. Niebawem również w innych punktach wybrzeża odkryto takie same zniszczenia. Przerażeni Holendrzy natychmiast przystąpili do napraw. Aby zapobiec katastrofie, zmuszeni byli na nowo przemyśleć technologie budowy wałów i całkowicie zrezygnować z drewnianych części zanurzonych w wodzie.
Panika lat 30. XVIII wieku sprawiła zarazem, że po raz pierwszy naukowcy baczniej przyjrzeli się "robakom okrętowym". Podstawowym wnioskiem, do którego doszli, był ten, że to nie żadne "robaki", tylko małże. Gatunkowi nadano nazwę Teredo navalis (w starożytnej łacinie "terēdō" - w ślad za starogreckim "terēdṓn" oznaczającym kornika; "navalis" to z kolei przymiotnik "okrętowy", "morski", "związany z marynarstwem").
XIX-wieczna karykatura przedstawiająca holenderskiego anatoma Willema Vrolika zaatakowanego przez świdraki. Taka sytuacja jest oczywiście fikcją, rysunek ten pokazuje jednak, jakim lękiem napełniały ludzi żarłoczne małże. Fot. Rijksmuseum/domena publiczna Najpierw zmiana płci...
W polszczyźnie ukuto dla małża imię "świdrak okrętowy". Nazwa ta znakomicie charakteryzuje to wyjątkowe zwierzę, które istotnie świdruje w drewnie zatopionym w morzu. Służą mu do tego dwie muszle umieszczone w przedniej części ciała. Powstałe w ten sposób wióry drzewne trawi prawdopodobnie dzięki symbiotycznym bakteriom, które wytwarzają enzymy do rozkładu celulozy.
Świdraki wiercą tunele o takiej długości, jakie ma ich ciało - zwykle to 20 cm, ale mogą osiągnąć nawet pół metra. To z powodu podłużnego kształtu nazywano je kiedyś "robakami". Raz wgryzione w drewno, zostają w nim do końca życia. Ze środowiskiem zewnętrznym komunikują się za pomocą dwóch rurek wyrastających w tylnej części ciała. Jedną zasysają wodę i plankton, którym uzupełniają dietę, druga służy do wydalania.
Obydwie rurki przydają się podczas rozmnażania, które u świdraków przebiega w nietypowy sposób. Każdy świdrak bowiem najpierw jest ojcem, a potem matką, a jeśli żyje wystarczająco długo, ma szansę powtórzyć ten cykl. Wszystko dzięki zdolności do zmiany płci, którą mają dorosłe małże.
Młody świdrak, który wygląda jeszcze jak mała biała kulka, jest obojnakiem i wytwarza tyle samo komórek rozrodczych żeńskich i męskich. Gdy zaczyna ryć w drewnie, wydłuża się, zmienia kolor na szary i staje się samcem. To wtedy uwalnia do wody plemniki, zasysane przez rurki wlotowe samic (które niedawno same były samcami).
XIX -wieczna grafika prezentująca wygląd świdraka. U dołu po prawej widoczna część z muszlami i otworem gębowym, u góry końcowa część ciała z rurkami (syfonami). Fot. University of Washington/Freshwater and Marine Image Bank/domena publiczna ...potem wrak na obiad
Zapłodniona samica po pewnym czasie przez rurkę wylotową składa jaja. Jest ich bardzo dużo (czasem nawet sto milionów), bo większość staje się pożywieniem innych zwierząt morskich. Ale nawet biorąc pod uwagę działalność drapieżników, świdraki są niezwykle płodne i stąd łatwość, z jaką stawały się - i wciąż się stają - plagą dla gospodarek morskich na całym świecie.
Małże te stały się jedną z przyczyn, dla których w XIX wieku zaczęto produkować metalowe kadłuby (wcześniej próbowano okładać drewniane poszycia miedzią, ale ta pękała). Wszędzie tam, gdzie tylko istnieje jakakolwiek konstrukcja drewniana zanurzona w odpowiednio ciepłej i słonej wodzie, należy się spodziewać obecności żarłocznego świdraka i zniszczeń, których dokonuje. Zwierzęta ryją nie tylko w łodziach i statkach, lecz także w pomostach i wałach. W samej Zatoce San Francisco do dziś powodują rocznie straty sięgające stu milionów dolarów.
Zresztą małże rozprzestrzeniły się po świecie właśnie dzięki człowiekowi. Przez tysiąclecia żeglarze na drewnianych okrętach pokonywali coraz większe odległości, nieświadomie osiedlając świdraki w kolejnych miejscach na ziemi. Dziś nie da się już nawet zrekonstruować, jakie było miejsce ich pochodzenia.
Bałtyk był jednak miejscem, do którego przez wieki nie miały wstępu. Woda w tym morzu była za zimna dla świdraków. Niestety to już przeszłość. Wraz z ocieplaniem się wód na całym świecie wzrasta temperatura także Morza Bałtyckiego. Na początku XXI wieku stwierdzono ze zgrozą, że świdraki już tu są. Zasiedliły przybrzeżne wody Danii, Niemiec i Polski.
Morze Bałtyckie słynie z tego, że na jego dnie w doskonałym stanie zachowało się mnóstwo drewnianych wraków statków, niekiedy sprzed wielu stuleci. To właśnie brak świdraków pozwolił Bałtykowi stać się podwodnym muzeum dawnego żeglarstwa. Teraz istnieje obawa, że małże zaczną pożerać cenne eksponaty.
Naukowcy i urzędnicy już zastanawiają się, co robić w obliczu tej nowej plagi. Jednym z pomysłów jest... zjadanie świdraków. Małże te już od dawna są przysmakiem rdzennych mieszkańców Australii. Czy jednak Europejczykom uda się odłowić na tyle dużo świdraków, by znacząco wpłynąć na ich populację? Czas pokaże.
Po lewej: dorosła postać świdraka okrętowca oraz przekrój przez drewno z żerującym wewnątrz małżem. Po prawej: kawałek drewna o strukturze naruszonej przez świdraki. Ilustracje z wydanej w 1879 roku książki Williama Damona "Ocean wonders". Fot. domena publiczna Źródło: Polskie Radio/Michał Czyżewski