Pod koniec września prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił częściową mobilizację w kraju oraz zagroził "użyciem wszelkich środków", by bronić Rosji przed rzekomym zagrożeniem z Zachodu. Zmobilizowanych ma zostać 300 tys. osób, choć niezależne rosyjskie media informują o art. 7 aktu, zgodnie z którym wezwanych do wojska może zostać nawet milion ludzi.
W reakcji na tę decyzję Rosjanie zaczęli masowo uciekać z kraju. Część z nich wyszła na ulice rosyjskich miast, by protestować, lecz akty sprzeciwu nie trwały długo z uwagi na masowe zatrzymania. Na komisariatach zatrzymanym mężczyznom wręczano wezwania do wojska na następny dzień.
"Desperacki ruch"
Zdaniem ambasadora Polski przy NATO Tomasza Szatkowskiego, który był gościem "Sygnałów dnia" w radiowej Jedynce, "mobilizacja w Rosji to desperacki ruch, świadczący o panice związanej z sytuacją na froncie".
Jak podkreślił nasz gość protesty, które odbyły się w rosyjskich miastach, nie były na tyle silne, by wywołać rewolucję w Rosji. - Nie sądzimy, by mogło to w krótkim czasie zagrozić reżimowi - powiedział.
20:30 dddd.mp3 Ambasador Polski przy NATO Tomasz Szatkowski o mobilizacji w Rosji (Sygnały dnia/Jednyka)
Stwierdził także, że mobilizacja "nie przechyli szali na froncie". Dlaczego? - Rosja już jakiś czas temu rozmontowała swój system mobilizacji i szkolenia rezerw. - Ludzie odpowiedzialni za szkolenia są na froncie w Donbasie. Możliwe, że część już tam poległa - powiedział Szatkowski.
Jedynka/kp