PŚ w skokach: kiedy doczekamy się następców mistrzów? Boimy się drugiej Finlandii, a nie mamy skoczni

    2023-12-09, 15:00

    PŚ w skokach: kiedy doczekamy się następców mistrzów? Boimy się drugiej Finlandii, a nie mamy skoczni
    Od lewej: Piotr Żyła, Dawid Kubacki i Kamil Stoch - trzech najlepszych polskich skoczków narciarskich. Czy będą mieli godnych następców?. Foto: PAP/Grzegorz Momot

    Polscy skoczkowie narciarscy fatalnie rozpoczęli zimowy sezon. W pierwszych zawodach Pucharu Świata nie liczyli się w walce o wysokie lokaty, mieli raczej problem z awansem do drugiej serii. Mimo, że zainteresowanie skokami narciarskimi w naszym kraju jest chyba największe na świecie, nie przekłada się to ani na liczbę skoczni, ani, co gorsza, na młodych zawodników, którzy mogliby zastąpić starych mistrzów. Podzielimy los Finlandii albo Czechów czy może istnieje światełko w tunelu?

    Polacy od zawsze interesowali się skokami narciarskimi. Już przedwojenny mistrz Stanisław Marusarz zaliczał się do najpopularniejszych sportowców w II RP.

    Polscy kibice pokochali skoki. 100 tysięcy ludzi w Zakopanem 

    W 1962 roku, gdy Zakopane gościło mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym, 100 tysięcy ludzi stało wokół Średniej Krokwi i obserwowało, jak Antoni Łaciak sięgał po srebrny medal. Niewiele mniej fanów oglądało zawody Pucharu Świata w inauguracyjnym sezonie 1979/1980, gdy zwycięstwa w stolicy Tatr odnosili Stanisław Bobak i Piotr Fijas.

    Nawet w chudych latach 90. nie brakowało osób zainteresowanych tą dyscypliną, a gdy, w połowie dekady, po raz pierwszy rozbłysła gwiazda Adama Małysza, skoki narciarskie wróciły na łamy gazet i na usta kibiców. Rozkwit miłości Polaków do skakania na nartach miał jednak miejsce na początku XXI wieku.

    Styl, w którym Adam Małysz wygrał 49. Turniej Czterech Skoczni sprawił, że w kraju wybuchła "małyszomania". Dziesiątki milionów Polaków oglądało w telewizji relacje z konkursów, w których startował "Orzeł z Wisły". Przez kolejną dekadę Adam Małysz był bohaterem narodowym i chyba największym sportowym idolem Polaków.

    Gdziekolwiek by się nie pojawił, gdziekolwiek by nie startował, zawsze przyciągał na trybuny morze biało-czerwonych flag. Wygrał aż 39 pucharowych konkursów, czterokrotnie sięgał po Kryształową Kulę, cztery razy był też mistrzem świata oraz wywalczył, a jakże, cztery medale olimpijskie. Do 2011 roku Adam Małysz dla polskich kibiców był postacią numer jeden, choć przecież nie brakowało nam innych świetnych sportowców.

    Problemem był fakt, że przez kolejne zimy Adam Małysz samotnie dźwigał na swoich barkach polskie skoki narciarskie. To znaczy, w zawodach startowali też inni reprezentanci Polski, ale daleko było im do czołówki. Zmieniło się to dopiero w sezonie 2010/2011, gdy na miarę swojego wielkiego talentu zaczął skakać Kamil Stoch.

    Adam Małysz miał godnych następców. Zaczęło się w Planicy 

    20 marca 2011 roku doszło do symbolicznego "przekazania pałeczki". Adam Małysz po raz ostatni w karierze wystartował w zawodach Pucharu Świata, zajmując trzecie miejsce w Planicy. Zawody na mamuciej skoczni w Słowenii wygrał właśnie Kamil Stoch! W kolejnych latach doszlusowali do niego Piotr Żyła oraz Dawid Kubacki. Kilka bardzo dobrych sezonów miał też Maciej Kot.

    Cała czwórka to skoczkowie urodzeni w końcówce lat 80. albo na początku lat 90. XX wieku. Najbardziej utytułowany z nich Kamil Stoch ma w dorobku m.in. trzy tytuły mistrza olimpijskiego, trzy triumfy w Turnieju Czterech Skoczni i dwie Kryształowe Kule. Dawid Kubacki również wygrał TCS i, podobnie jak Stoch, był mistrzem świata. Aż dwa indywidualne tytuły mistrza globu ma z kolei Piotr Żyła.

    Jeszcze podczas poprzedniej zimy Kubacki i Żyła błyszczeli, należąc do ścisłej światowej czołówki. Nowy sezon wszyscy podopieczni Thomasa Thurnbichlera zaczęli jednak słabo albo bardzo słabo. W Ruce, a potem w Lillehammer rozegrano łącznie cztery konkursy. Dość powiedzieć, że w żadnym z nich Polaków nie było nawet w czołowej dwudziestce!

    Kiepskie występy sprawiły, że Kamil Stoch został wycofany z Pucharu Świata. Miejsca najbardziej utytułowanego z aktywnych polskich skoczków oraz również zawodzącego Aleksandra Zniszczoła w kadrze zajęli Andrzej Stękała i wspomniany już Maciej Kot. Obaj w Klingenthal zasygnalizowali niezłą formę w treningach i kwalifikacjach, ale ciężko spodziewać się, żeby w konkursach walczyli o najwyższe cele.

    Uwagę zwraca fakt, że polska kadra, niezależnie od zmian personalnych, cały czas jest najstarszą w stawce. Co prawda, na skoczniach nadal z sukcesami pojawiają się 42-letni Simon Ammann czy 38-letni Manuel Fettner, jednak w swoich reprezentacjach są oni raczej wyjątkami.

    U nas za "młodsze" pokolenie uchodzą tymczasem Aleksander Zniszczoł (rocznik 1994), Klemens Murańka (1994), Jakub Wolny (1995) czy Andrzej Stękała (1995). Trzej pierwsi sięgali w przeszłości po medale juniorskich mistrzostw świata, a ostatni z wymienionych potrafił nawet wskoczyć na podium indywidualnych zawodów Pucharu Świata.

    Na dziś całą czwórkę można jednak określić jako "niespełnione talenty". Z roku na rok kibice coraz mniej wierzą w eksplozję ich formy i skuteczną rywalizację z najlepszymi.

    Faktem jest, że z każdym sezonem tercet naszych liderów zbliża się do końca kariery. Kamil StochPiotr Żyła mają przecież skończone 36 lat, a Dawid Kubacki - 33. Dodatkowo 32-letni Maciej Kot w innych reprezentacjach także zaliczałby się do grona bardziej doświadczonych zawodników. Czy weterani mają następców?

    Paweł Wąsek przejmie pałeczkę? Obawiamy się o przyszłość

    Dziś ciężko sobie wyobrazić, że któryś z młodszych skoczków staje się naturalnym następcą starych mistrzów. Zmiana warty taka jak w Planicy w 2011 roku wydaje się być mało prawdopodobna.

    24-letni Paweł Wąsek już od kilku sezonów jest etatowym uczestnikiem Pucharu Świata. Doszlusował do kadry A, startował na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata. Jego najlepszym indywidualnym wynikiem pozostaje szóste miejsce zdobyte w Niżnym Tagile w grudniu 2020 roku. Trochę mało jak na lidera nowej fali polskich skoczków...

    W Lillehammer skoczek z Cieszyna miał pecha, bo przez nieporozumienie nie został dopuszczony do startu. Daleko mu jednak do dyspozycji choćby z początku ubiegłego sezonu, gdy regularnie punktował i był bardzo chwalony zwłaszcza za styl skoku. 24-latek od dawna uważany jest za spory talent i pokazywał to już niejednokrotnie pojedynczymi skokami. Brakuje mu jednak regularności...

    Rywalizacją w Pucharze Kontynentalnym muszą się jak na razie zadowolić tacy zawodnicy jak Tomasz Pilch (rocznik 2000), Kacper Juroszek (2001) czy Adam Niżnik (2002). Tomasz Pilch, prywatnie siostrzeniec Adama Małysza, już przed pięcioma laty został uznany za przyszłość naszych skoków, gdy w ciągu tygodnia wygrał dwa konkursy PK. Nigdy jednak nie udało mu się wskoczyć na stabilny poziom Pucharu Świata.

    Zawodów elity nie podbił też dotąd Kacper Juroszek, choć trener Thomas Thurnbichler uważa go za "największy talent w polskiej kadrze". Mimo takiej opinii, Austriak nie zdecydował się zabrać Juroszka na żaden z dotychczasowych konkursów Pucharu Świata...

    Wydawać by się mogło, że Wąsek, Pilch czy Juroszek mają jeszcze ten mityczny "czas". Wszak to wciąż relatywnie młodzi skoczkowie. Minęły już sezony, gdy zawody Pucharu Świata wygrywali 16-latkowie. Z drugiej strony, w ścisłej światowej czołówce znajduje się Austriak Daniel Tschofenig, który urodził się w 2002 roku. Patrząc na historie Wolnego czy Murańki, polscy kibice mogą się obawiać, że dzisiejsi dwudziestokilkulatkowie pójdą ich drogą...

    Nadzieję na lepsze jutro przyniosły tegoroczne mistrzostwa świata w Whistler. Indywidualny brąz wywalczył w nich Jan Habdas, który został pierwszym polskim medalistą tej imprezy od 2014 roku i złota Jakuba Wolnego. Dodatkowo drużyna zdobyła srebro, a prawdziwą rewelacją był Kacper Tomasiak. 16-latek, mimo rywalizacji ze znacznie starszymi zawodnikami, zajął w Kanadzie czwarte miejsce, a wielu obserwatorów uznało go za największy talent w polskich skokach od lat!

    Wszystkie wymienione nazwiska to zawodnicy, którzy mogą w przyszłości stać się czołowymi skoczkami świata. "Mogą" to jednak słowo-klucz. Każdy z nich jest bowiem niewiadomą, a polskie skoki wciąż opierają się na trójce grubo ponad 30-letnich mistrzów. Ich kiepski początek sezonu sprawił, że znowu zaczęliśmy obawiać się o przyszłość polskich skoków.

    Nie jesteśmy potęgą! Polskim skokom brakuje zaplecza

    Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Wcale nie jesteśmy potęgą w skokach narciarskich, choć zainteresowanie tą dyscypliną sportu jest u nas większe niż w innych krajach. Do wybuchu "małyszomanii" sytuacja naszej kadry wyglądała opłakanie. Zawodnicy i trenerzy jeździli jednym autem na zawody, brakowało pieniędzy na wszystko, nieliczne skocznie groziły zawaleniem, a o profesjonalnym sztabie można było pomarzyć.

    Zaczęło się to zmieniać wraz z sukcesami Adama Małysza. Pojawili się sponsorzy, kadrowicze mieli do dyspozycji coraz lepszy sprzęt, a setki dzieciaków zamarzyło, by zostać następcą dominatora z Wisły. Firma Lotos stworzyła zresztą program "Szukamy następców mistrza", który funkcjonuje do dzisiaj, choć po fuzji z Orlenem to Polski Koncern Naftowy został sponsorem serii konkursów dla młodych skoczków.

    Talenty pojawiają się cały czas. O Tymoteuszu Cienciale kibice usłyszeli już w 2017 roku, gdy miał dziewięć lat, ale w międzynarodowych zawodach bił rówieśników z Niemiec czy Austrii. Dziś wciąż wyróżnia się na tle rywali w swoim roczniku, błyszczy na tle innych młodzików, ale jest jeszcze melodią przyszłości, podobnie jak o rok starszy Kacper Tomasiak.

    Często wydaje nam się, że skoki narciarskie w naszym kraju mają ogromny potencjał, a następcy Stocha, Żyły czy Kubackiego powinni rosnąć niczym grzyby po deszczu. Niestety, nie jest tak kolorowo. Nie mamy tysięcy dzieci trenujących skoki narciarskie, bo nie mamy zaplecza, by skoki stały się u nas sportem masowym.

    Według tegorocznej analizy Ministerstwa Sportu i Turystyki "Obiekty sportów zimowych w Polsce", mamy w naszym kraju dziewięć kompleksów skoczni, przy czym ten w Lubawce jest w zasadzie nieczynny. Pozostałe osiem to głównie teren województw śląskiego i małopolskiego. Gdzie nie ma gór, nie ma skoczni narciarskich. Nie ma więc też skoczków.

    Określenie "kompleks skoczni" w Polsce zwykle oznacza... jedną skocznię w miejscowości. Jedynie w Zakopanem, Wiśle i Szczyrku mamy minimum trzy obiekty. Łącznie w Polsce są dwa duże skocznie - w Wiśle-Malince i w Zakopanem, gdzie regularnie odbywają się konkursy w ramach Pucharu Świata. Mamy też dwa obiekty normalne - w Szczyrku, gdzie w styczniu zadebiutują pucharowe zawody, oraz w Zakopanem, gdzie niedawno zmodernizowano Średnią Krokiew. Nieużywanej skoczni w Lubawce nie wliczamy.

    W Szczyrku i w Zakopanem mamy też skocznie średnie, których punkt konstrukcyjny znajduje się, odpowiednio, na. 70. i 65. metrze. Do tego należy doliczyć dziesięć małych skoczni, z punktem K w przedziale od 19 do 40 metrów.

    16 skoczni w siedmiu lokalizacjach na terenie trzech województw (oprócz Górnego Śląska i Małopolski, skoki można uprawiać też w podkarpackim Zagórzu) - oto zaplecze polskich skoków narciarskich.

    Dla porównania, w samej Bawarii obiektów do skakania na nartach jest około 150. Nie tylko Niemcy mają dużo większe możliwości nauki i trenowania skoków - Norwegowie mogą chwalić się posiadaniem 400 skoczni na terenie niemal całego kraju, a i tak w tamtejszych mediach można było niedawno przeczytać, iż Skandynawowie przestali kochać skoki, bo dawniej takich obiektów było ponad dwa razy więcej!

    Będziemy jak Finlandia czy Czechy? Pesymiści wieszczą to od dawna

    Orlen organizuje zawody dla skokowych talentów, Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem i w Szczyrku działają, wyłapując najzdolniejszych do klas dedykowanych skoczkom. To wszystko sprawia, że w każdym roczniku trafia się nam przynajmniej po kilku mniej lub bardziej zdolnych zawodników, którzy dochodzą do szczebla juniorskiego i rywalizują choćby w FIS Cupie - trzeciej lidze skoków narciarskich.

    Brak szerokiego zaplecza nas jednak ogranicza. Dzieci z Mazowsza, Podlasia czy Pomorza nie mogą nawet marzyć o startach w Pucharze Świata z prostej przyczyny - nie mają gdzie trenować. Sporo na tym tracimy, gdyż zwyczajnie mamy ograniczony wybór przyszłych skoczków.

    Skoki narciarskie w naszym kraju są dyscypliną mającą kibiców w każdym regionie, jednak uprawianą wyłącznie na południu Polski. Oznacza to, że dalsze sukcesy w tej dyscyplinie zawsze są niewiadomą.

    Jeśli w Beskidach czy Tatrach zabraknie talentów, zabraknie też silnej reprezentacji Polski. Obecnie wydaje się, że mamy nieco zdolnych zawodników, jednak żaden z nich nie jest w tej chwili gotowy, by wskoczyć w buty dotychczasowych liderów kadry.

    Przykład Niemca Piusa Paschke, który w wieku 33 lat osiągnął życiową dyspozycję, pokazuje, że na sportowy rozkwit nigdy nie jest za późno. Można więc budować sztuczny optymizm i łudzić się, że dzisiejsi 28-latkowie z Polski przypomną sobie o juniorskich sukcesach i będą bić się z najlepszymi skoczkami na świecie.

    Dzisiaj to jednak tylko pobożne życzenia. Wąsek, Pilch, Juroszek, Habdas, Tomasiak, Cienciała - to zawodnicy, z którymi wiążemy wielkie nadzieje. Jedni z nich są już otrzaskani z Pucharem Świata, inni pewnie jeszcze nie myślą o debiucie. Dziś jednak z pewnością żaden nie jest skoczkiem na TOP10 czy nawet TOP15 Pucharu Świata.

    Cały czas musimy więc polegać na mistrzowskim tercecie. O ile Kamil Stoch szuka formy na treningach w Eisenerz, o tyle Dawid Kubacki i Piotr Żyła zasygnalizowali w Klingenthal, że ich dyspozycja rośnie. To ważne nie tylko dla nich, ale też dla wielu młodych adeptów skoków z południa Polski. Jeśli bowiem nie będą mieli w kraju idoli, zawodników odnoszących wielkie sukcesy, których mogą naśladować, ich motywacja do treningów spadnie, a my stracimy kolejne potencjalne talenty.

    Patrząc na brak zaplecza, wiele niespełnionych talentów w ostatniej dekadzie czy opieranie kadry na wiekowych zawodnikach można zacząć się obawiać. Pesymiści od lat wieszczą, że staniemy się "drugą Finlandią". Wszak ten kraj przez lata wychował dziesiątki wybitnych skoczków, jednak od ponad dekady nie potrafi nawiązać do tych wspaniałych czasów.

    Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Czechach. U naszych południowych sąsiadów skoki praktycznie zamarły, a gdyby nie weteran Roman Koudelka, czeskiej flagi nie widzielibyśmy zapewne na liście startowej pucharowych konkursów.

    Polskie skoki wciąż mogą uniknąć losu fińskiego czy czeskiego. Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy - nawet jeśli w najbliższych latach objawią się nam następcy Stocha, Żyły i Kubackiego, podobna dyskusja wróci mniej więcej za dekadę, gdy owi następcy zaczną zbliżać się ku końcowi karier.

    Pozostaje mieć nadzieję, że do tego czasu w naszym kraju powstanie więcej skoczni. Inaczej zawsze będziemy musieli polegać na talencie kilku zawodników...

    PŚ w skokach 2023/2024
    Czytaj także:

    Paweł Majewski, PolskieRadio24.pl

    Polecane

    Wróć do strony głównej

    Najnowsze: