Tak wyglądały mrozy w PRL-u. Ludzie palili meble, zakłady stawały
W XX wieku w Polsce nazwę "zima stulecia" nadano kilku mroźnym i śnieżnym zimom, które zaatakowały nasz kraj. Szczególnie zapamiętano to, co działo się w PRL, gdy fale mrozów i obfite opady paraliżowały cały kraj, nieprzygotowany do radzenia sobie z zimną porą roku.
2026-01-07, 16:00
Atak zimy
Większość epoki PRL przypadła na czas tzw. globalnego ochłodzenia, trwającego kilka dekad zjawiska, wywołane przez gromadzące się w atmosferze aerozole pochodzące głównie ze spalania węgla (kwestia ta miała marginalny wpływ na trend globalnego ocieplenia). Mroźne i śnieżne zimy w tym okresie były zmorą nie tylko Polski, ale specyfika komunistycznej gospodarki sprawiała, że nierzadko ta pora roku okazywała się prawdziwą klęską żywiołową.
Dlatego, gdy informowano o nadejściu nawet zwykłych zimowych chłodów i opadów, w Polskim Radiu i innych środkach przekazu dominowała retoryka militarna. Właściwie za każdym razem pojawiała się fraza "atak zimy". Zima atakowała czasem w pierwszych dniach grudnia, niekiedy dopiero na początku kolejnego roku. Bywało tak, że przypuszczała kilka natarć w ciągu kilku miesięcy, zaskakując Polaków w marcu, a nawet kwietniu.
Była to sprawa najwyższej wagi, dlatego już od października PRL-owskie media informowały o polskich przygotowaniach do odparcia ataku. Gdy jednak zima była wyjątkowo sroga, a jej uderzenie szczególnie gwałtowne, państwo i służby porządkowe zaskakiwane były niedociągnięciami własnej infrastruktury i na niektórych odcinkach frontu musiały się poddać.
Zima na początku 1979 roku w Warszawie. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Ogrzać się za wszelką cenę
Ludziom żyjącym w Polsce Ludowej we znaki dały się szczególnie trzy zimy z lat 1962/63, 1978/79 i 1986/87. Każdą z nich próbowano okrzyknąć "zimą stulecia", ale to druga z wymienionych stała się najpoważniejszym pretendentem do tego tytułu - obok zimy z przełomu 1928 i 1929 roku. Jednocześnie warto podkreślić, że na ówczesnych Polakach wrażenie robiły dopiero mrozy poniżej minus 20 stopni Celsjusza. Kilkanaście stopni mrozu, coraz rzadziej dziś spotykane, nie zaskakiwały, choć dla wielu mogły być uciążliwe.
Jeśli uwzględnimy średnie temperatury, najmroźniejszą zimą czasach powojennych była zima 1962/63. Siarczyste i długotrwałe mrozy atakowały różne części kraju przez całe dwa miesiące - styczeń i luty 1963 roku. Odnotowano spadki temperatury do minus 38 stopni Celsjusza (tylko trzy stopnie cieplej od polskich rekordów zimna).
W całym kraju zaczęło brakować energii elektrycznej, wskutek czego wstrzymywano lub ograniczano produkcję w fabrykach, a także zamykano szkoły, muzea, kina i teatry. Zaśnieżone drogi i zamarznięte pociągi uniemożliwiały często dojazd ludzi do pracy. Do odśnieżania trzeba było zaangażować wojsko. Z powodu przerw w dostawach ciepła ludzie gromadzili się przy kaloryferach w urzędach.
Były ogromne problemy ze zdobyciem węgla na opał. Składy były szturmowane przez Polaków gotowych kupić nawet najgorszej jakości miał. Najbiedniejsi mogli liczyć na litość kolejarzy, którzy zrzucali na tory węgiel z parowozów. W miejskich parkach zdarzały się przypadki nielegalnej wycinki drzew, którymi zamierzano palić w piecach.
Zima na początku 1979 roku w Warszawie. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Kilkumetrowe zaspy, zamarznięty węgiel
Kolejna straszna zima - z przełomu lat 1978 i 1979 - przeszła do legendy PRL. Uważa się m.in., że był to jeden z czynników, które pogrążyły ekipę Edwarda Gierka. Okazało się, że wyciągnięto niewiele wniosków z okresu 1962/63, Polacy mieli więc powtórkę tych samych problemów, i to pomimo faktu, że zima była ogółem łagodniejsza od tej sprzed 16 lat. Służby zostały jednak zaskoczone skalą śnieżnego ataku, którego nikt się nie spodziewał.
Przed 31 grudnia 1978 roku zakładano, że zima będzie raczej łagodna. Część osób, która uwierzyła w tę prognozę i wybrała się na zabawę sylwestrową w pantoflach, miała potem wielki problem z powrotem do domu. Śnieżyca, która nawiedziła wówczas Polskę, okazała się żywiołem nie do powstrzymania. A był to dopiero początek. Śnieg padał bez przerwy.
– Gwałtowne śnieżyce, zamiecie i ostry mróz. Zima przypuściła atak na północy, od Suwałk, Gdańska i Szczecina, przesuwając się w głąb kraju – relacjonował reporter Polskiego Radia. – Miasta opustoszałe i zmarznięte, mróz i śnieg unieruchomiły większość pojazdów. W tysiącach domów zimne kaloryfery, brak ciepłej wody – dodawał później.
Posłuchaj
Zima stulecia w Gorzowie Wielkopolskim. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Już 2 stycznia 1979 roku "Trybuna Ludu" powtórzyła rządowy "apel do kierowców i podróżnych, aby ci, którzy nie muszą, nie ruszali w drogę". Śnieg zasypał 18 tysięcy kilometrów dróg, a na północy kraju wysokość zasp przekraczała trzy metry. Niektóre wsie położone w zagłębieniu terenu całkowicie znikały pod śnieżną pokrywą. Opady wywołały natychmiastowy paraliż komunikacyjny w miastach i poza nimi, odwołano dziesiątki regionalnych pociągów.
Ponownie olbrzymim problemem była dostawa energii elektrycznej i ogrzewanie mieszkań. Elektrownie z południa kraju, kosztem dostaw dla tamtejszych fabryk i mieszkańców, wspomagały resztę Polski, gdzie zamarzały nawet taśmociągi transportujące węgiel do pieców w elektrowniach. Zmarznięci ludzie zaczęli palić meble i inne domowe przedmioty, byle tylko się ogrzać.
Powszechnie narzekano na władze, które zdaniem ludzi powinny lepiej zająć się kwestią śnieżyc, ale zarazem setki tysięcy ludzi odpowiedziało na apel, by w czynie społecznym wspomóc w odśnieżaniu służby porządkowe i wojsko, które, podobnie jak w 1963 roku, skierowano do walki z żywiołem.
Zima na początku 1979 roku w Starych Babicach. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe Problemy utrzymywały się przez wiele tygodni, dlatego właśnie szybko zgodzono się, że to prawdziwa "zima stulecia". Terminem tym określono jeszcze także bardzo mroźną zimę 1986/87, zapamiętaną głównie z powodu rekordowo niskich średnich temperatur (choć rekordu największego zimna nie udało się wówczas pobić), ale po latach najczęściej wspomina się to, co zapoczątkowała śnieżyca z 31 grudnia 1978 roku.
Początek 1987 roku był jak dotąd ostatnim w historii Polski tak zimnym okresem. Dziś, gdy nasz kraj rzadko atakuje jakaś większa śnieżyca, a do tego możemy liczyć na dużo nowocześniejszy sprzęt, takie sytuacje, jakie miały miejsce podczas PRL-owskich zim, wydają się nie do pomyślenia. Klimat i pogoda lubią jednak zaskakiwać i nigdy nie wiadomo, czy kolejna zima nie przypomni nam, jak kapryśna potrafi być natura.
Zima stulecia w Warszawie. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe Źródło: Polskie Radio/Michał Czyżewski