Godzina deszczu i miasto staje. Problem jest większy, niż się wydaje

Godzina intensywnego deszczu coraz częściej wystarcza, by duże miasto stanęło. Zalane tunele, nieprzejezdne trasy, sparaliżowana komunikacja i korki rozlewające się na kolejne dzielnice nie są już wyjątkowym scenariuszem. Problem nie sprowadza się jednak wyłącznie do pogody. To, co dzieje się po nawałnicach, pokazuje, jak bardzo współczesne miasta rozminęły się z rzeczywistością, która właśnie staje się nową normą.

Emanuel Grzegorczyk-Zając

Emanuel Grzegorczyk-Zając

2026-04-19, 15:55

Godzina deszczu i miasto staje. Problem jest większy, niż się wydaje
Woda wybijająca ze studzienki kanalizacyjnej po intensywnej ulewie. To jeden z przykładów sytuacji, w których miejska infrastruktura nie radzi sobie z gwałtownymi opadami. Foto: Marek Maliszewski/East News

Nawałnice zalewają polskie miasta

Jednym z głośniejszych przypadków, kiedy deszcz spowodował poważne problemy dla miasta, było zalanie trasy S8 w Warszawie w sierpniu 2024 roku. Zresztą była to tylko jedna z dróg w stolicy, które z powodu bardzo intensywnych opadów stały się nieprzejezdne. Podobne sytuacje miały wówczas miejsce także na trasach S7, S79 czy S2. Potrzeba było wielogodzinnych prac i opróżniania zbiorników retencyjnych, aby przywrócić ruch na drogach. 

Trasa S8 w Warszawie zalana po nawałnicy w sierpniu 2024 roku (Adam Burakowski/East News) Trasa S8 w Warszawie zalana po nawałnicy w sierpniu 2024 roku (Adam Burakowski/East News)

Zresztą już dwa miesiące przed tymi wydarzeniami po przejściu ulewy nad Warszawą część dróg - zwłaszcza ulic na Woli oraz w okolicach alei Prymasa Tysiąclecia - uległy zalaniu. Nie był to więc jednorazowy przypadek, tym bardziej, że takie sytuacje miały miejsce również w innych częściach Polski. W tym samym miesiącu z analogicznymi skutkami ulew zmagał się Kraków. Tylko w tym mieście po bardzo intensywnych opadach deszczu straż pożarna interweniowała aż 150 razy. Zalana została część dróg, w tym m.in. przejście pod ul. Zakopiańską i wiele innych ulic. 

Z kolei w lipcu nawałnica przeszła przez Trójmiasto. Również tam przeciążony został system kanalizacyjny, przez co woda wbiła ze studzienek i wydostała się na powierzchnię, powodując liczne podtopienia. Na całym Pomorzu strażacy interweniowali wtedy ponad 1000 razy, z czego 155 w samej Gdyni. Media obiegły wtedy zdjęcia zalanego przez deszczówkę dworca głównego, gdzie ustawione zostały worki z piaskiem. 

I właśnie w takich momentach pojawia się pytanie: dlaczego miasta tak łatwo "poddają się" wodzie?

Winna "betonoza" i zmiany klimatu

Długo można by wymieniać przykłady z całej Polski, w których kanalizacja nie poradziła sobie z ilością wody opadowej. Warto jednak zastanowić się nad źródłami problemu, a tych jest co najmniej kilka. Po pierwsze gwałtowne, nawalne opady deszczu występują znacznie częściej. Klimatolodzy wprost wskazują ocieplenie klimatu jako jedną z podstawowych przyczyn tych zjawisk. Od 1951 roku średnia roczna temperatura w Polsce wzrosła o ponad 2 st. C. Wyższe wartości na termometrach to także większy poziom parowania, które napędza gwałtowne zjawiska. Zresztą wymienić można tu nie tylko deszcz, ale także grad, burze, czy trąby powietrzne, które w ostatnich latach zaczęły regularnie pojawiać się w kraju. 

Kolejnym powodem jest architektura miast, która nie była projektowana z myślą o warunkach, z którymi Polska obecnie musi się mierzyć. Europejska Agencja Środowiska oraz Międzynarodowy Zespół ds. Zmian Klimatu wskazują jednoznacznie - infrastruktura jest niedostosowana do obecnych wyzwań. Przede wszystkim większość dużych miast w Polsce cechuje się uszczelnieniem gleby na poziomie od 50 do 74 proc. Chodzi o tzw. betonozę, czyli pokrywanie miast powierzchniami nieprzepuszczającymi wody, takimi jak asfalt, beton itp. 

To dlatego woda zamiast wsiąkać - niemal natychmiast trafia do kanalizacji. A ta w krytycznym momencie po prostu nie jest w stanie przyjąć wszystkiego naraz. Miasta - świadome narastającego problemu - starają się dostosować do nowych warunków, m.in. poprzez rozbudowę tzw. błękitnej infrastruktury. Przy okazji Światowego Dnia Wody warszawski ratusz zwracał uwagę na inwestycje w ogrody deszczowe, zbiorniki retencyjne, zielone dachy, niecki infiltracyjne, naturalne cieki i mokradła czy parki linearne. Realizacja takich przedsięwzięć ma dać efekt w postaci zatrzymywania wody, zamiast jej spływania i przeciążania kanalizacji. Na razie jednak to nadal za mało. Skala zmian jest bowiem ogromna - a infrastruktury, która powstawała przez dekady, nie da się przebudować w kilka lat.

Co trzeba zrobić? 

Zmiany klimatu powodują, że długie okresy suszy przeplatają się krótkotrwałymi, bardzo intensywnymi opadami. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że duża ilość deszczu rozwiąże problem i wpłynie korzystnie na glebę, to problem jest bardziej złożony. Przesuszona ziemia cechuje się znacznie mniejszą zdolnością do wchłaniania wody. Zresztą podczas nawalnych opadów gleba nie ma czasu na spokojne odprowadzenie deszczówki do warstw wodonośnych. W efekcie woda i tak spływa po jej powierzchni. To jeden z mniej oczywistych paradoksów - nawet tam, gdzie długo brakowało deszczu, ulewa wcale nie pomaga, a często tylko pogarsza sytuację.

Bardzo niski stan Wisły podczas suszy w 2025 roku (Mateusz Grochocki/East News) Bardzo niski stan Wisły podczas suszy w 2025 roku (Mateusz Grochocki/East News)

Aby poradzić sobie z problemem, potrzebne są działania zmierzające do zwiększenia powierzchni zdolnych do wchłaniania wody na terenie miast. Nawałnice i susze to rzeczywistość, z którą trzeba się zmierzyć. Dalsze projektowanie przestrzeni miejskiej w sposób nieuwzględniający warunków klimatycznych będzie skutkować kolejnymi problemami, podtopieniami, paraliżami transportowymi i zagrożeniem dla życia i mienia. 

Bo problem nie polega już na tym, że "czasem spadnie za dużo deszczu". Problem polega na tym, że miasta w obecnym kształcie nie są przygotowane na pogodę, która staje się nową normą. A to oznacza, że bez zmian kolejne zalane ulice i sparaliżowane miasta nie będą wyjątkiem, tylko powtarzającym się scenariuszem.

Czytaj także:

Źródło: Polskie Radio/Emanuel Grzegorczyk-Zając

Polecane

Wróć do strony głównej