KO nie chciała referendum w Krakowie. "Zdawali sobie sprawę"
Politycy Koalicji Obywatelskiej nie zdecydowali się na wspieranie swojego kandydata w Krakowie. - Władze partii wybrały wariant, który miał sprawić, by jak najmniej kojarzono ją z tym odwołaniem i z tym prezydentem - powiedział w Polskim Radiu 24 Bartłomiej Biskup, politolog.
2026-05-25, 21:33
Najważniejsze informacje w skrócie:
- Frekwencja w referendum wyniosła 29,99 procent
- Teraz mieszkańców stolicy Małopolski czekają przyspieszone wybory
- Wyborców było więcej niż tych, którzy głosowali wyłącznie na partie opozycyjne. Musiały się zatem dołączyć także osoby, które wcześniej popierały Aleksandra Miszalskiego - powiedział Bartłomiej Biskup
Do tej pory referenda dotyczące odwołania prezydenta miasta zazwyczaj były nieważne ze względu na zbyt małą frekwencję. Tym razem jednak okazało się, że jeśli chodzi o minimum niezbędne do odwołania włodarza, Krakowianie dopisali. Frekwencja w referendum wyniosła 29,99 procent przy progu ważności wynoszącym 26,98 procent. Za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego zagłosowało 97,93 procent uczestników referendum, przeciw było 2,07 procent. Bartłomiej Biskup, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, stwierdził, że prawdopodobnie została przekroczona "masa krytyczna".
Podkreślił, że mimo głosów mówiących o tym, iż mechanizmy zabezpieczające - w postaci granicy frekwencji - są zbyt niskie lub zbyt wysokie, na tym przykładzie widać, że zdały egzamin. - One działają. Z jednej strony zapobiegają nadmiernemu wykorzystywaniu tego narzędzia, bo gdyby próg był niski, wszyscy zwoływaliby referenda. Wystarczy, żeby jakaś partia miała 30 procent poparcia i już mogłaby swoimi głosami nie tylko zwołać referendum, ale jeszcze je wygrać - mówił gość Polskiego Radia 24. - Z drugiej strony potrzebna jest odpowiednia skala i odpowiednia liczba wyborców musi pójść do głosowania, żeby referendum było ważne, niezależnie od wyniku - dodał. - Zazwyczaj, kiedy frekwencja zostaje osiągnięta, włodarza się odwołuje. W pierwszej kolejności do urn idą raczej osoby niezadowolone - mówił.
Posłuchaj
"Gdyby go broniła, musiałaby wziąć na siebie część odpowiedzialności"
Politolog odniósł się również do wyników z Krakowa, które są przykładem jego tezy. - Niemal wszyscy, którzy się wypowiedzieli, chcieli odwołania prezydenta. Proszę zauważyć, jaka była strategia prezydenta Miszalskiego i jego komitetu: zniechęcali do udziału w referendum. Zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli referendum osiągnie odpowiednią frekwencję, prezydent zostanie odwołany. Tego typu strategie są zazwyczaj stosowane przez włodarzy - chodzi o zniechęcenie mieszkańców do udziału w głosowaniu, z nadzieją, że referendum nie będzie wiążące. Tym razem jednak to nie wystarczyło - powiedział. Biskup podkreślił również, że możliwe, iż takie komunikaty odniosły odwrotny skutek i jedynie zwiększyły zainteresowanie referendum. - Wyborców było więcej niż tych, którzy głosowali wyłącznie na partie opozycyjne. Musiały się zatem dołączyć także osoby, które wcześniej popierały Aleksandra Miszalskiego - przyznał.
Przed referendum Koalicja Obywatelska nie wspierała swojego kandydata w pełnym zakresie, co nie umknęło komentatorom. Bartłomiej Biskup podkreślił, że dla partii odwołanie włodarza to duży wizerunkowy minus. - To już się dzieje. Zwróćmy uwagę na tłumaczenia i na fakt, że partia nie wspierała swojego kandydata. Gdyby go broniła, musiałaby wziąć na siebie część odpowiedzialności. Władze partii wybrały więc wariant, który miał sprawić, by jak najmniej kojarzono ją z tym odwołaniem i z tym prezydentem - podsumował.
- Miszalski odwołany. Schädler: czerwona kartka dla KO
- Aleksander Miszalski odwołany w referendum. "Korzyść odnieśliśmy wszyscy"
- Miszalski zostanie odwołany. Łoboda: przyjmujemy wynik ze smutkiem
Źródło: Polskie Radio 24
Prowadzący: Krzysztof Grzybowski
Opracowanie: Aleksandra Krawczyk