Zapytałem ministra, po co nam transformacja energetyczna. "Nie po to, żeby się nią chwalić"
Transformacja energetyczna jest "megatrendem", który wzbudza coraz gorętsze emocje. W najbliższych latach Polska za nasze jako podatników pieniądze będzie inwestować biliony złotych w przebudowę sieci energetycznych, budowę nowych źródeł energii - w tym elektrowni jądrowych oraz OZE - oraz decentralizację sieci. Ale po co tak naprawdę to robimy? Zadałem to pytanie Miłoszowi Motyce, ministrowi energii. Oto, co mi odpowiedział.
2026-02-26, 14:44
Czy transformacja energetyczna to "sztuka dla sztuki", a "Zielony Ład" do dyktat unijnych urzędników, którzy są zupełnie oderwani od realiów Polski "ekogroszkiem i węglem płynącej"? Czy też to przemyślane i niezbędne działanie, które otwiera przed nami przyszłość nie tylko lepszą i czystszą, lecz także tańszą?
Megatrend to długotrwała, potężna siła, która zmienia cały świat. Tak właśnie jest z transformacją energetyczną, która zmienia modele gospodarcze, technologie oraz styl i jakość życia, a przy okazji robi także przetasowania w globalnej geopolityce. Czy Polsce taka rewolucja jest potrzebna, czy to tylko fanaberia? Poprosiłem ministra energii Miłosza Motykę o wyjaśnienie, co ta transformacja ma nam tak naprawdę dać.
Zobacz koniecznie: 192, 250 czy 380 mld zł? Ile naprawdę będzie kosztować elektrownia jądrowa
Michał Tomaszkiewicz: W jakim miejscu tak naprawdę jesteśmy z transformacją energetyczną? Gdzie chcielibyśmy być?
Minister Miłosz Motyka: Transformacja energetyczna to proces, który trwa od lat. To suma decyzji, ten proces nie udałby się bez szerokiej zgody politycznej. Mimo wielu haseł czy prób zrzucania winy na przepisy unijne, kolejne rządy podejmowały decyzje zmierzające w tym kierunku.
Naszym zadaniem jest teraz te działania zracjonalizować, przyspieszyć i sprawić, by przynosiły większe korzyści obywatelom oraz polskim firmom. Jesteśmy u progu kamieni milowych, które zmienią polską energetykę na lata. Morskie farmy wiatrowe wkrótce zaczną dostarczać prąd do naszego systemu. Realizujemy najbardziej ambitny projekt rozwoju sektora offshore w naszym regionie – polska strategia, oparta na zdywersyfikowanym miksie, jest pod tym względem przykładem dla innych państw europejskich.
Pamiętajmy jednak, że odnawialne źródła nie mogą funkcjonować bez jednostek dyspozycyjnych. W 2030 roku chcemy uruchomić pierwszy w Europie mały modułowy reaktor jądrowy (SMR). Liczymy na ambitną realizację tej strategii. Co niezwykle istotne, a co do tej pory wymagało poprawy – proces ten musi przebiegać we współpracy z polskimi przedsiębiorstwami. Dotychczasowy udział komponentu krajowego (local content) w zamówieniach nie był satysfakcjonujący. Dla nas, jako resortu, pełne wykorzystanie potencjału rodzimych firm jest jednym z najważniejszych zadań w procesie transformacji.
SMR: Atomowa Rewolucja
Czym są Małe Reaktory Modułowe i dlaczego Polska chce być ich liderem?
Co oznacza skrót SMR?
Mają moc do 300 MWe. Dla porównania, tradycyjne wielkie reaktory osiągają moc 1000–1600 MWe.
Budowane seryjnie w fabrykach, transportowane i montowane na miejscu. To drastycznie obniża czas i koszty budowy.
Sprawdzona technologia rozszczepienia jądra z pasywnymi systemami bezpieczeństwa (samoczynne chłodzenie).
Rola w systemie energetycznym
SMR-y nie zastąpią dużego atomu, lecz go uzupełnią w kluczowych zadaniach.
Słońce i wiatr bywają nieprzewidywalne. SMR-y pracują w podstawie systemu, zapewniając stały prąd, gdy pogoda nie sprzyja generacji odnawialnej.
Dzięki mniejszym rozmiarom i bezpieczeństwu mogą stać blisko miast lub dużych zakładów (hut, fabryk), dostarczając tanią parę i prąd.
Idealnie pasują w miejsca zamykanych bloków węglowych. Pozwala to zachować miliardy złotych dzięki wykorzystaniu istniejącej już infrastruktury sieciowej.
Polskie plany wdrożeń (2026)
Polska wyrasta na jednego z europejskich liderów w planowaniu SMR.
Najbardziej zaawansowany projekt (flota reaktorów). Wstępne lokalizacje: Włocławek, Ostrołęka, Oświęcim, Warszawa, Kraków.
Miedziowy gigant chce zasilać własne kopalnie i huty, aby uniezależnić się od kosztów uprawnień do emisji CO₂.
Spółki analizują potencjał zastępowania starych bloków węglowych nowymi SMR-ami (m.in. w Kozienicach czy Bełchatowie).
MT: Czy na horyzoncie widać już konkretny cel, do którego zmierzamy?
Minister Motyka: Dążymy do niezależności energetycznej, zdywersyfikowanego portfela dostaw i – co kluczowe – do niższych cen. W ramach Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu do roku 2030, w perspektywie do 2040 roku, zakładamy spadek cen energii dzięki strategii przejścia "od węgla do atomu", wspieranej przez OZE. W praktyce oznacza to ceny niższe o około 8% w 2030 roku, a w 2040 roku spadki będą w naszej ocenie jeszcze wyraźniejsze w porównaniu do obecnych realiów. Nasza strategia opiera się na prostej zasadzie: chcemy mieć własną, tańszą i dostępną energię, którą wytwarzamy na miejscu.
MT: Dla wielu Polaków hasło "transformacja energetyczna" brzmi abstrakcyjnie. Co konkretnie będą z tego mieli zwykli obywatele? Po co nam ona?
Minister Motyka: Nie budujemy tej strategii po to, żeby się nią chwalić, tylko po to, by było taniej. Widać to na twardych liczbach. Dzisiejsze wysokie ceny hurtowe energii nie wynikają z tego, że transformacja została przeprowadzona, ale z faktu, że jako Polska rozpoczęliśmy ją zbyt późno. Dzięki zmianom będziemy mogli oprzeć nasz miks o energetykę jądrową i odnawialną – dokładnie tak, jak robią to najbardziej rozwinięte gospodarki świata, gdzie ceny energii są niższe.
Zobacz koniecznie: Wiatraki podnoszą ceny prądu? Pokazujemy, jak politycy manipulują danymi
Podstawowym celem są więc stabilne dostawy i niskie rachunki. Ceny energii są bowiem największym nośnikiem inflacji. To, że obecnie nie notujemy radykalnego wzrostu inflacji, wynika przede wszystkim z braku gwałtownych skoków cen prądu. Ale to nie może być tendencja jednoroczna – to musi być kurs, jaki Polska obiera na lata. Im więcej tanich źródeł w systemie, zbilansowanych magazynami energii i mocami dyspozycyjnymi, tym lepiej. To gwarancja tańszej energii nie na miesiące, ale na dziesiątki lat.
MT: Czyli tańsza energia to tańsza produkcja, tańsza gospodarka i większa konkurencyjność?
Minister Motyka: Dokładnie tak. Rekordowa inflacja sprzed kilku lat brała się przede wszystkim z wysokich cen energii. Myślę, że zabrakło wtedy myślenia przyszłościowego. Zastanawiano się, jak „przypudrować” rzeczywistość poprzez mrożenie cen, zamiast realizować inwestycje, które trwale obniżyłyby koszty. A przecież im więcej tanich mocy w systemie, tym niższa cena końcowa dla gospodarki, co bezpośrednio buduje jej konkurencyjność. Tego strategicznego podejścia wcześniej brakowało.
Energia: „krew” gospodarki
Jak rosnące ceny prądu i gazu uderzają w rynek na każdym poziomie?
1. Wpływ na gospodarkę (skala makro)
Gdy rosną ceny prądu i paliw, rosną koszty produkcji we wszystkich sektorach. Rolnik płaci więcej za nawozy, piekarz za prąd do pieca, a przewoźnik za transport. Te koszty są przerzucane na klienta końcowego, co napędza inflację.
Jeśli w danym kraju ceny energii są znacznie wyższe niż u światowej konkurencji (np. w USA czy Chinach), rodzimy przemysł energochłonny (hutnictwo, papiernie) traci opłacalność. Grozi to deindustrializacją i przenoszeniem fabryk za granicę.
Kraje importujące surowce (ropę, gaz) przy wysokich cenach tracą więcej kapitału, który bezpowrotnie „wypływa” z krajowej gospodarki do zagranicznych dostawców.
2. Wpływ na rynek pracy
Wysokie rachunki za energię zmuszają pracodawców do cięć. Często pierwszym obszarem redukcji są fundusze na premie i szkolenia pracownicze, a w skrajnych przypadkach dochodzi do redukcji etatów.
Drogie paliwa kopalne przyspieszają zieloną transformację. Powstają nowe miejsca pracy w sektorze „green tech” (montaż OZE, audyty), ale jednocześnie stanowiska w tradycyjnych branżach (górnictwo, ciężka chemia) są zagrożone.
Drogi prąd może z jednej strony spowolnić wprowadzanie robotów, ale z drugiej – wymusza szybkie inwestycje w nowsze, znacznie bardziej energooszczędne maszyny, co zmienia wymagania wobec kwalifikacji załogi.
3. Wpływ na pracownika (skala mikro)
Nawet jeśli pracownik otrzyma podwyżkę, inflacja "zjada" jej wartość. Za tę samą pensję można kupić znacznie mniej towarów – to tzw. spadek siły nabywczej.
Uderza najmocniej w najmniej zarabiających. Opłaty za prąd i ogrzewanie pożerają lwią część ich domowego budżetu, zmuszając do rezygnacji z innych potrzeb (edukacja, zdrowie).
Drogie paliwo sprawia, że dojazdy do pracy z mniejszych miejscowości przestają być opłacalne, co odcina wielu pracowników od rynku, a firmom w metropoliach ogranicza dostęp do kadr.
MT: Na koniec: jaki jest obecnie nasz największy problem w tym procesie?
Minister Motyka: Czas jest największym wyzwaniem dla naszej gospodarki, bo my go po prostu nie mamy. Dlatego musimy te inwestycje maksymalnie przyspieszyć. Stawką jest nasza pozycja wśród 20 najbardziej rozwiniętych gospodarek świata. Chcemy ją utrzymać i umocnić.
- Styczniowe zamieszanie w portfelu singla. Podwyżka minimalnej minimalnie za mała
- 2000 zł pękło. Rodziny wygrały bitwę z cenami, ale przegrały wojnę
- Święta, święta i nie po świętach. Ceny w styczniu łaskawsze dla emerytów
Źródło: PolskieRadio24.pl/Michał Tomaszkiewicz