Łukaszenka zamknął go na 5 lat. "Pozbawili mnie wszystkiego"
Białoruski dyktator Aleksander Łukaszenka w zamian za zniesienie amerykańskich sankcji na jego kraj zgodził się na uwolnienie 250 więźniów politycznych. Więźniowie mogą pozostać w ojczyźnie, pod warunkiem, że poproszą Łukaszenkę o ułaskawienie i przyznają się do winy. 15 osób tego nie zrobiło, w związku z czym ostały wydalone za granicę. Jedną z nich jest wiceprzewodniczący Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiasna" Walancin Stefanowicz, z którym rozmawiał reporter Polskiego Radia Maciej Jastrzębski.
Maciej Jastrzębski
2026-03-24, 05:42
"Było tak zimno, że nie mogłem spać"
Walancin Stefanowicz opisywał, że w czasie odbywania kary był przetrzymywany w różnych więzieniach. Najpierw trafił jako podejrzany do aresztu śledczego, a następnie został przekierowany do kolonii karnej o podwyższonym, a następnie zaostrzonym rygorze.
Więźniowie polityczni są w Białorusi traktowani jako oddzielna grupa. Są postrzegani jako osoby skłonne do ekstremizmu i "destrukcyjnej działalności". Są pozbawieni możliwości korzystania z sali sportowej i boiska. Nie mogą chodzić do klubu, w którym jest telewizor. Nie mogą też uczestniczyć w żadnych kulturalnych programach. W zasadzie są pozbawieni wszelkich przywilejów.
- W 2023 roku trafiłem do kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Zdaje się, że już drugiego dnia zamknęli mnie na 20 dni w karcerze. Posadzili mnie w bardzo chłodnej celi i zabrali mi ciepłą bieliznę. Było tak zimno, że nie mogłem spać. Można więc przyjąć, że pozbawili mnie snu. Pozbawili mnie wszystkich praw - wspominał Walancin Stefanowicz.
- Byłem zarejestrowany jako notoryczny łamiący zasady. Oznaczało to, że pozbawiono mnie prawa do amnestii i zamiany kary na łagodniejszą. Co miesiąc zamykali mnie w karcerze. Przez to straciłem prawo do odwiedzin. Mojej siostry, która mieszka na Białorusi, nie widziałem 3 lata. Pozbawili mnie prawa do korespondencji. Mogłem sporadycznie wymieniać listy z mamą i siostrą, ale z żoną i z dziećmi już nie, bo oni mieszkali w Polsce. Nawet nie mogłem do nich zadzwonić - relacjonował.
Wydalony z kraju bez dokumentów
Jak przyznał, nie stosowano wobec niego przemocy fizycznej. Przyznał jednak, że warunki, w których go przetrzymywano, poniżały ludzką godność, były brutalne i wywoływały psychologiczną presję. W dzień uwolnienia nie miał pojęcia o tym, że znalazł się w grupie więźniów politycznych "wymienionych" za zdjęcie sankcji przez USA.
- Rano przyszło dwóch funkcjonariuszy w maskach. Powiedzieli, że mam 3 minuty na zebranie swoich rzeczy i gdzieś mnie poprowadzili. Nie miałem pojęcia dokąd. Różne myśli chodziły mi po głowie. Sądziłem, że pewnie przewożą mnie do innej kolonii. Założyli mi czapkę na głowę i twarz, żebym niczego nie widział. Ręce skuli kajdanami i wsadzili do autobusu. Okazało się, że zawieźli nas do aresztu w Mińsku - opisywał.
- Tam rzeczywiście zaczęli mnie i innych więźniów przygotowywać do uwolnienia. Zabrali nam więzienne ubrania i buty. Dali nowe sportowe buty i kazali nam się ogolić. Gdy nas wieźli busami, to zauważyłem, że jedziemy w stronę Litwy, w stronę Wilna. Powiem tak - do ostatniej chwili nic nam nie mówili, ani po co, ani dokąd nas wywożą. Zabrali mi paszport i bez dokumentów wyrzucili mnie z kraju - kontynuował.
Teraz Stefanowicz ma problem z wyrobieniem paszportu. Nie może tego zrobić w białoruskim konsulacie. Musiałby wrócić do kraju, a do tego potrzebny jest paszport, co tworzy w istocie błędne koło. Jedynym dokumentem, jaki otrzymał, jest zaświadczenie potwierdzające tożsamość.
Łukaszenka "handluje ludźmi"
Cały proces uwalniania więźniów w ramach zdejmowania sankcji Stefanowicz określa jako "handel ludźmi". - A co on (Łukaszenka - red.) może jeszcze innego zaproponować za zniesienie sankcji? Tylko ludzi i ich wolność. Jednak jako obrońca praw człowieka mogę powiedzieć, że jeśli taki dialog z Łukaszenką prowadzi do uwolnienia ludzi z więzień, to uważam to za usprawiedliwione. Jeśli inaczej się nie da, jeśli tylko tak można uwolnić ludzi, to z humanitarnego punktu widzenia jest to usprawiedliwione, bo ludzie wychodzą na wolność - tłumaczył.
Walancin Stefanowicz spędził w więzieniu 5 lat. Gdy został zamknięty, jego córka miała 4 lata, a syn 16. Teraz mają kolejno 9 i 21 lat. - Nie widziałem, jak dorastają moje dzieci. Nie mogłem być z żoną i z rodzicami, którzy pozostali na Białorusi. Najtrudniejsza w tym czasie była dla mnie właśnie rozłąka z rodziną. Wszystko inne mogłem wytrzymać i wytrzymałem - podkreślił.
Wiceprzewodniczący Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiasna" nie przyznał się do winy i nie poprosił o ułaskawienie. Nie chciał wyjeżdżać ze swojego kraju, ale został do tego zmuszony przez reżim Łukaszenki. - Teraz mogę powiedzieć, że nastał taki radosny czas - podsumował.
- Łukaszenka uwalnia więźniów politycznych. "Nie użył karty Poczobuta"
- Człowiek Trumpa u Łukaszenki. Dostał specjalne zadanie
- Panika na Białorusi. Masowo wzywają do wojska. "Czegoś takiego jeszcze nie było"
Źródło: Polskie Radio/Maciej Jastrzębski/egz