more_horiz
Wiadomości

"Ankieterzy przychodzili z żołnierzami". "Tagesschau" o rosyjskich pseudoreferendach

Ostatnia aktualizacja: 30.09.2022 16:38
Portal "Tagesschau" podaje, że "na okupowanych przez Rosję terytoriach południowej i wschodniej Ukrainy wielu mieszkańców obawia się konsekwencji sfałszowanych referendów". - Pracownicy lokali wyborczych nawet nie prosili o dokumenty tożsamości. Po tych, którzy nie poszli zagłosować, przychodzili ankieterzy w towarzystwie żołnierzy - dodano.
Tagesschau o rosyjskich pseudoreferendach: ankieterzy przychodzili z żołnierzami.
"Tagesschau" o rosyjskich pseudoreferendach: ankieterzy przychodzili z żołnierzami.Foto: PAP/EPA/STRINGER

"Wynik referendum jest fikcją, ale Ukraińcy obawiają się realnych konsekwencji, takich jak wcielenia do rosyjskiej armii" - podkreśla "Tagesschau", któremu udało się skontaktować z chcącymi zachować anonimowość mieszkańcami okupowanych przez Rosję terenów.

- To było przeciwieństwo wolnych i uczciwych wyborów. Ludziom grożono często użyciem broni, byli zabierani z domów i z pracy, zmuszani do oddawania głosów - podkreśliła w czwartek w Berlinie Annalena Baerbock, szefowa niemieckiego MSZ, opierając się na licznych relacjach mieszańców Ukrainy.

"Na szczęście nikt po mnie nie przyszedł"

"Tagesschau" rozmawiał z młodą kobietą, mieszkanką zajętego przez Rosjan Zaporoża. Opowiedziała, że nie chciała brać udziału w głosowaniu i "na szczęście nikt po nią nie przyszedł". Ale podobnie jak mieszkańcy miasta, bardzo obawia się następstw pseudoreferendum.

- Wszyscy tutaj bardzo się martwią, szczególnie o częściową mobilizację przez Rosjan. Wiemy, że może to dotyczyć również nas. Jeśli zostaniemy zaanektowani do Rosji, prawdopodobnie również nasi ludzie zostaną powołani. Już teraz krążą pogłoski o powstawaniu tu batalionów ochotniczych - powiedziała kobieta.

Czytaj także:

Jak dodała, wielu jej znajomych próbowało w ciągu ostatnich kilku dni opuścić miasto. Jednak mężczyźni w wieku od 18 do 35 lat nie mogą wyjeżdżać z kraju. Gdy jej rodzice nie poszli zagłosować, przed ich drzwiami "stali pracownicy wyborczy w towarzystwie żołnierzy". - Mówi się, że tak zwani pracownicy wyborczy nawet nie prosili o dokumenty tożsamości - dodaje. - Jestem pewna, że te głosy i tak nie mają znaczenia. Wszystko już zostało rozstrzygnięte, głosowanie to czysta farsa - mówi.

- Poinformowano nas, że frekwencja w Zaporożu wyniosła 80 procent. To oczywiście nonsens, ponieważ nikt nie wie dokładnie, kto jeszcze mieszka w regionie, a kto wcześniej uciekł. A w niektórych obszarach jest tak wiele walk, że głosowanie nie jest tam możliwe w żadnych okolicznościach - podkreśla kobieta.

"O wszystkim decydują ci, którzy liczą głosy"

Podobnie uważa 60-latek z Chersonia, z którym "Tagesspiegel" przeprowadził rozmowę za pośrednictwem szyfrowanego komunikatora WhatsApp, ponieważ "Rosjanie mogliby podsłuchać wszystko". Mężczyzna przypomniał cytat Stalina: "Ludzie, którzy oddają głosy, nie decydują o niczym. O wszystkim decydują ci, którzy liczą głosy".

Jak wyjaśnia mężczyzna, z Chersonia wielu uciekło już na początku wojny, szczególnie młodzi ludzie oraz zwolennicy Ukrainy. - Wśród tych, którzy tu pozostali, z pewnością znajdzie się wielu zwolenników przynależności do Rosji, nawet bez przymusu. Ale wynik wyborów będzie czystą fikcją - mówi mieszkaniec Chersonia. Jak gorzko podsumowuje, dla Rosjan najważniejszą rzeczą będzie takie liczenie głosów, aby "frekwencja nie przekroczyła 100 procent".


jb/koz

Zobacz także

Zobacz także