Strzały i wybuchy nad Libanem. "Jeśli tylko będzie tu co jeść, zostaniemy"

Premier Libanu Nawaf Salam spotkał się z delegacją mieszkańców południa kraju, którzy zdecydowali się zostać w domach, mimo gróźb ze strony Izraela, który dokonuje inwazji na ten teren. Rozmawiano o zorganizowaniu dostaw pomocy, zwłaszcza benzyny, żywności i leków dla regionu coraz bardziej odciętego od reszty kraju.

2026-03-31, 09:52

Strzały i wybuchy nad Libanem. "Jeśli tylko będzie tu co jeść, zostaniemy"
Przesiedleni Libańczycy w schronisku w Bejrucie. Foto: Reuters

Strzały i wybuchy nad Libanem. Mieszkańcy nie chcą ewakuacji

- Ludzie opuszczają nie tylko domy, ale też miejsca pracy, więc nagle z dnia na dzień muszą polegać na wsparciu organizacji humanitarnych czy pomocy rządowej. A ta jest mocno ograniczona - mówił Polskiemu Radiu jeden z Libańczyków.

- Odporność i hart ducha południowych wiosek odzwierciedla odporność wszystkich Libańczyków - mówił Nawaf Salam.

Posłuchaj

Mieszkańcy południa Libanu tłumaczą, dlaczego zostali mimo izraelskiej inwazji/Polskie Radio 1:23
+
Dodaj do playlisty

W jednej z wiosek na południu kraju, Borgholieh na przedmieściach Tyru, odgłosy bombardowań słychać regularnie. Jednak choć armia izraelska nakazała mieszkańcom wynieść się aż za rzekę Zahrani, a kilka dni temu zniszczyła główny most łączący Tyr z resztą Libanu, Nour i Mohammed postanowili zostać tak długo, jak się da.

"Jeśli tylko będzie tu co jeść, zostaniemy"

- Na razie nasza wioska nie została zbombardowana, więc jeśli tylko będzie tu co jeść, zostaniemy. Schroniska w szkołach są przepełnione, ludzie mieszkają w samochodach. Słyszymy o coraz bardziej nerwowej atmosferze w tych miejscach, o rozprzestrzenianiu się chorób, co wynika z braku higieny. Nie wyobrażamy sobie mieszkać w takich warunkach. A na wynajęcie czegoś nas nie stać - powiedzieli Polskiemu Radiu.

Mohammed próbował znaleźć nocleg, ale - jak mówi - w Sydonie, Bejrucie czy dalej na północy kraju mieszkania, które kiedyś kosztowały 300 dolarów, teraz są po minimum 1500 i trzeba zapłacić za co najmniej trzy miesiące z góry. Martwi się też, że po wyjeździe z Borgholieh nie będzie miał z czego żyć. - Ludzie opuszczają nie tylko domy, ale też miejsca pracy, więc nagle z dnia na dzień muszą polegać na wsparciu organizacji humanitarnych czy pomocy rządowej. A ta jest mocno ograniczona - mówi Libańczyk.

Kryzys humanitarny w Libanie

Kraj mierzy się z ogromnym kryzysem humanitarnym. Po wybuchu wojny na początku marca i nakazach przesiedleń wydawanych przez armię izraelską, domy musiało opuścić ponad milion osób. W samych tylko schroniskach zorganizowanych z dnia na dzień przez władze mieszka około 140 tysięcy ludzi.

Czytaj także:

Źródło: Polskie Radio/Milena Rachid Chehab/hjzrmb

Polecane

Wróć do strony głównej