Stracił nogę w wypadku kolejowym. Otrzymał rentę i odszkodowanie
Po procesie, trwającym niemal 10 lat, sąd wydał wyrok w sprawie pana Marcina z Rzepczyna, który w 2013 roku wpadł pod pociąg i stracił nogę. Na rzecz poszkodowanego zasądzono łącznie blisko 600 tys. zł oraz comiesięczną rentę.
2025-04-03, 22:06
Setki tysięcy odszkodowania
Zgodnie z wyrokiem poszkodowany otrzyma 500 tys. zł zadośćuczynienia, ponad 54,4 tys. zł odszkodowania i 35,5 tys. zł skapitalizowanej renty i comiesięczną rentę w kwocie 1908,55 zł. Proces o odszkodowanie trwał od 2015 roku. Wówczas pan Marcin, za pośrednictwem kancelarii prawnej, złożył pozew przeciwko Polregio S.A. w Warszawie, PKP Polskich Linii Kolejowych S.A. w Warszawie i Zakładowi Usługowo-Produkcyjno-Handlowemu Pomorze w Szczecinie.
Poszkodowany w grudniu 2013 roku uległ wypadkowi kolejowemu. Na peronie dworca PKP w Świdwinie pan Marcin poślizgnął się i wpadł pod pociąg, którego koła zmiażdżyły i wyrwały mu prawą nogę. W czwartek sędzia Piotr Walenciak ogłosił wyrok. Na sali byli wówczas pełnomocnicy powoda. W trybie zdalnym udział w rozprawie brali również przedstawiciele dwóch pozwanych spółek oraz jednego z ubezpieczycieli. Pozostali się nie stawili. Sędzia zastrzegł, że spełnienie każdego z zasądzonych świadczeń przez jednego z wymienionych pozwanych zwalnia z nich pozostałych.
Poszkodowany domagał się milionowego odszkodowana
REKLAMA
Pan Marcin domagał się łącznie 1,3 mln zł odszkodowania. Z kolei pozwani chcieli oddalenia powództwa w całości. Uzasadniając wyrok, sędzia Walenciak podkreślał, że uwzględnił roszczenia opiewającego na 260 tys. zł na kupno spersonalizowanej protezy. Zaznaczył zresztą, że poszerzenie pozwu o ten punkt nastąpiło zbyt późno i doszło do przedawnienia. Ponadto, jak ocenił sąd, pan Marcin przez 12 lat od chwili wypadku "nie zrobił nic dla zaktywizowania zawodowego i nie dał sądowi powodu, by ten uznał, że proteza jest mu potrzebna do pracy", ponieważ jej nie podjął. Sędzia posłużył się przy tym porównaniem do marek samochodów, stwierdzając, że poszkodowanemu wystarczy "volkswagen" i nie musi mieć "mercedesa". Uwzględniono natomiast odszkodowanie za kupno średniej klasy protezy o wartości 60 tys. zł.
W kwestii kwoty zasądzonej na rzecz poszkodowanego sędzia stwierdził, że pan Marcin "jest osobą niepełnosprawną w stopniu umiarkowanym i zawsze taką będzie" i za to jest 500 tys. zł. Ocena biegłych wskazuje jednak, że powód jest osobą aktywną, ma partnerkę, prowadzi samochód z automatyczną skrzynią biegów, nie doszło u niego do zaburzeń psychicznych po wypadku i pomaga rodzicom w gospodarstwie.
Wyrok "nieco kontrowersyjny"
Biegli ocenili również, że brak zimowych butów i stan po użyciu alkoholu nie miały wpływu na wypadek. Sąd nie brał więc pod uwagę tych okoliczności. Pełnomocnicy poszkodowanego radcy prawni Kamil Szyposzyński i Elżbieta Kozłowska chcą wystąpić o pisemne uzasadnienie wyroku i nie wykluczają apelacji. Wyrok ocenili jako "nieco kontrowersyjny", choć wyrażali satysfakcję z tego, że w końcu został wydany. - Spółki poniosą konsekwencje zaniedbań. Na to liczyliśmy - mówił po rozprawie Szyposzyński. - Ta sprawa zmieniła zasady bezpieczeństwa wszystkich pasażerów, którzy podróżują koleją. Zmieniono zasady oświetlenia peronów, zmieniono zasady odśnieżania peronów oraz pracy drużyny konduktorskiej - dodała Kozłowska.
Okoliczności wypadku
Pan Marcin uległ wypadkowi 6 grudnia 2013 roku, kiedy razem z kolegą wracał z pracy w Niemczech. Tego dnia w Polsce intensywnie padał śnieg. Do Szczecina dojechali busem. Tam przesiedli się do pociągu relacji Szczecin-Słupsk, ale utknęli w Stargardzie na niemal trzy godziny. Do Świdwina dojechali ostatecznie przed godz. 1 w nocy.
REKLAMA
Mężczyzna wysiadał z pociągu jako ostatni z ostatniego wagonu. Pociąg ruszył po postoju trwającym minutę. Pan Marcin poślizgnął się na oblodzonym peronie i wpadł plecami do pociągu pomiędzy peron a tory. Koła pociągu zmiażdżyły i oderwały jego prawą nogę. Zdarzenia nie zauważył nikt z obsługi. Oświetlenie peronu również było już wyłączone. Poszkodowanemu pomogli pasażerowie pociągu. Jeden z nich rzucił koledze pana Marcina pasek, aby zrobił z niego opaskę uciskową. Mężczyzna trafił do szpitala w Gryficach, gdzie spędził miesiąc. Później rozpoczął rehabilitację, która trwa do dziś.
- Pseudokibic ukrywał się pod łóżkiem. Był ścigany za śmiertelne pobicie
- Areszt dla byłego szefa policji. Sąd podjął decyzję
- Mieszkał ze zmumifikowanymi zwłokami ojca. Jest śledztwo prokuratury
Źródło: PAP/egz/kor
REKLAMA