-25°C w Polsce, a "planeta płonie"? Meteorolodzy tłumaczą, co się dzieje

Ostra zima zaskoczyła nie tylko drogowców, ale też opinię publiczną. Przyzwyczailiśmy się do bezśnieżnych, mrocznych okresów zimowych. Tegoroczne śnieżyce i mrozy nie są jednak niczym szczególnym - studzą nastroje meteorolodzy w rozmowie z portalem PolskieRadio24.pl. Podkreślają, że chłodne zimy nie przeminęły, po prostu będą występowały rzadziej.

Łukasz Lubański

Łukasz Lubański

2026-01-30, 17:49

-25°C w Polsce, a "planeta płonie"? Meteorolodzy tłumaczą, co się dzieje
W Polsce nie było takiej zimy od dawna. Jak to się ma do globalnego ocieplenia? Meteorolodzy wyjaśniają. Foto: Thibaut Vergoz/Bios Photo/East News

Zima wróciła po 13 latach

Od lat w Polsce nie doświadczyliśmy tak chłodnej i śnieżnej zimy. Przez przeszło miesiąc termometry w nocy regularnie wskazywały kilkunastostopniowy mróz, lokalnie dochodzący do -20 stopni Celsjusza. W Biernatkach na Suwalszczyźnie w drugiej połowie stycznia odnotowano niemal -25 stopni. W najbliższy weekend, po kilkudniowym oddechu, silne mrozy znów powrócą. Na Podlasiu mrozy ponownie mogę sięgać -25 stopni. Takie wartości bardzo kontrastują z poprzednia zimą - w styczniu 2025 roku temperatury odpowiadały raczej wiośnie czy jesieni - a także z wcześniejszymi latami, wszak ostatni raz porównywalnie chłodna zima (do obecnej) przypadła w 2013 roku.

Jednocześnie w przestrzeni publicznej przebijają się głosy ekspertów, alarmujących o pogłębiającym się kryzysie klimatycznym. Rok 2024 był najcieplejszy w historii pomiarów. W styczniu ukazał się raport Światowej Organizacji Meteorologicznej, z którego wynika, że ubiegłe lato było jednym z trzech najcieplejszych w historii pomiarów. Zatem gdy tej zimy pojawiają się kolejne doniesienia o śnieżycach czy mrozach, niczym grzyby po deszczu pojawiają się sarkastyczne komentarze - nie tylko internautów, ale też publicystów. "Planeta płonie" - powtarzają z ironią. Co dzieje się z pogodą?

- Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Taka zima jest charakterystyczna dla klimatu w Europie Środkowej. Nie zmienia ona długotrwałego trendu (obserwacje prowadzone są od epoki przedprzemysłowej), który potwierdza wzrost średniej temperatury powietrza - komentuje  dla portalu PolskieRadio24.pl Piotr Szuster z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej oraz Stowarzyszenia Skywarn Polska - Polscy Łowcy Burz. Meteorolog podkreśla, że chłodna zima nie stanowi zaprzeczenia dla globalnego ocieplenia, spowodowanego emisją gazów cieplarnianych przez człowieka. Natomiast w dłuższej perspektywie, jak wskazuje, zimy w Polsce i Europie Środkowej będą coraz łagodniejsze. - Będzie przybywać opadów, ale będą one miały raczej charakter ciekły; śniegu będzie coraz mniej - dodaje.

W weekend powrócą silne mrozy. Prognoza IMGW W weekend powrócą silne mrozy. Prognoza IMGW

Z kolei Bogdan Chojnicki, klimatolog, profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, zauważa, że choć wiele osób wydaje się być zaskoczonych chłodną zimą, to temperatury, jakie pojawiły się w różnych regionach kraju, można uznać za właściwe dla tej pory roku. - Śnieg, oblodzone drogi czy rzeki są zjawiskami typowymi dla tego okresu. Mamy normalną zimę. Oczywiście nastąpiła ona po kilkunastu latach przerwy. Ostatnio przyzwyczailiśmy się do zim bezśnieżnych, a tym samym ciemnych, wręcz mrocznych (brakowało śniegu, więc promieniowanie słoneczne nie mogło się od niego odbijać; potęgowało to wrażenie ciemności). Teraz pojawił się śnieg, niskie temperatury i ludzie są w szoku... - opowiada profesor.

"Nie było rekordowo chłodnych dni"

Fakt, że równie chłodna zima po raz ostatni miała miejsce 13 lat temu, zwraca uwagę nasz rozmówca, wpisuje się w logikę globalnego ocieplenia. Zauważa, że wprawdzie temperatura pod koniec grudnia i w styczniu spadała nocami do -15/-17 stopni Celsjusza, miejscami do -20 stopni, jednak tej zimy jak dotąd "nie było żadnego rekordowo chłodnego dnia w Polsce". Tymczasem w 2025 roku "padło 15 rekordów ciepła". - Dobrze, że przyszła chłodna zima, bo zaczęła się już objawiać wizja kompletnego jej braku, oznaczająca bardzo zredukowane zasoby wodne w krajobrazie. Wydawało się, że już zawsze zima w Polsce będzie ciepła. Jednak patrząc z perspektywy zmian klimatu, zimy chłodne były, są i będą, natomiast odległość między nimi będzie się wydłużać - podkreśla prof. Chojnicki.

Osłabiony wir polarny

Na to, że w tym sezonie zima jest chłodna i śnieżna, wpływ miał szereg czynników. Pierwszym jest osłabiony bądź zapadający się wir polarny. Zależność jest następująca: jeśli wir jest silny, przytrzymuje masy polarnego powietrza na północy, co oznacza łagodną zimę; jeśli zaś słabnie lub ulegnie przerwaniu, arktyczne powietrze "ucieka" na południe, przedostając się do średnich szerokości geograficznych, m.in. do Europy czy Ameryki Północnej. Wraz z nim pojawiają się mrozy i obfite opady śniegu.

- Na północy tworzy się zamknięta strefa, w której powietrze jest zimne, ciężkie. Wokół wiru krąży pas wiatrów (jet streamów), które utrzymują masę zimnego powietrza. Jednocześnie wir "przytrzymuje" cieplejsze powietrze z południa, czyli z naszych regionów - tłumaczy prof. Bogdan Chojnicki.

Czytaj także:

Zimne powietrze jest utrzymywane przez wir za sprawą różnicy temperatur pomiędzy strefą polarną a cieplejszym powietrzem z południa. Tworzy się pewnego rodzaju ściana między układami mas powietrza. Problem w tym, że wraz z globalnym ociepleniem różnica temperatury między nimi zmniejsza się. - Najszybciej ogrzewają się tereny bliskie biegunom. To powoduje redukcję różnicy temperatur, która utrzymuje wir polarny w ryzach - kontynuuje klimatolog.

Ilustracja przedstawiająca osłabiony wir polarny oraz pas wiatrów (Fot. NOAA) Ilustracja przedstawiająca osłabiony wir polarny oraz pas wiatrów (Fot. NOAA)

To z kolei oznacza, że szansa na rozpad wiru polarnego, w tym na epizody z wtargnięciem arktycznego podmuchu do Europy, teoretycznie - wraz z pogłębianiem się kryzysu klimatycznego - będzie wrastać. - To pokazuje coraz większą kontrastowość pogody. Z jednej strony robi się coraz cieplej, a z drugiej podmuchy zimnego powietrza mogą występować częściej. Choć są one łagodniejsze niż dawniej - wskazuje prof. Chojnicki.

La Niña i śnieg na Syberii miały wpływ na pogodę w Polsce

Powodów, które przyczyniły się do ostrej zimy, jest jednak więcej. Kolejnym czynnikiem jest zjawisko klimatyczne, zwane La Niña, oznaczające sezonowe występowanie chłodniejszych wód w Oceanie Spokojnym. Można się zastanawiać, co wspólnego ma temperatura Pacyfiku do pogody w Polsce? Otóż ma, wbrew pozorom - całkiem sporo. - To jest czynnik telekoneksyjny, czyli oddziałujący na odległość. Mowa o silnym sygnale, sterującym globalnym wzorcem cyrkulacji. W 2024 r. sytuacja była odmienna, mieliśmy wtedy do czynienia nie z La Niñą, tylko z El Niño, czyli fazą ciepłą w oscylacji południowoatlantyckiej (ciepłymi wodami w warstwie powierzchniowej oceanu) - wyjaśnia Piotr Szuster, dodając, że ma to ogromne znaczenie.

Kolejnym wzorcem, obserwowanym przez meteorologów, była - jak tłumaczy ekspert IMGW - gruba pokrywa śnieżna na Syberii. Spowodowała ona, że "duża ilość promieniowania słonecznego jest odbijana z powrotem w przestrzeń kosmiczną", a to również "zmieniło równowagę energetyczną" w pogodzie.

Pokryta śniegiem wieś Ojmiakon (Jakucja) na Syberii (Fot. Reuters) Pokryta śniegiem wieś Ojmiakon (Jakucja) na Syberii (Fot. Reuters)

Ponadto wystąpiły dwa istotne (kolejne) czynniki telekoneksyjne. - Mowa o fazie oscylacji północnoatlantyckiej i oscylacji arktycznej, które jeszcze przed rozpoczęciem zimy wskazywały, że w drugiej połowie grudnia do Europy będzie napływała chłodna masa powietrza. I że wywoła to epizod zimy, który utrzyma się do końca grudnia i przez styczeń - nadmienia Piotr Szuster.

Zima w Krakowie

Dr hab. Agnieszka Ziernicka-Wojtaszek, kierowniczka Katedry Ekologii, Klimatologii i Ochrony Powietrza na Uniwersytecie Rolniczym im. H. Kołłątaja w Krakowie, przygląda się naszemu klimatowi - który definiuje jako "średni stan atmosfery" - w stolicy Małopolski. Nadmienia, że średnia temperatura wieloletnia zimą w Krakowie (za okres 1991-2020) wynosi -0,8 stopnia Celsjusza. Z kolei tylko w styczniu jest to -1,7 stopnia, choć bywało, że średnia temperatura w tym miesiącu wynosiła -9,2 (1987) czy 3,9 stopnia Celsjusza (1994).

"To są średnie miesięczne, ale gdybyśmy przeanalizowali strukturę przebiegu dobowego w danym miesiącu, różnice byłyby jeszcze większe. Mogłyby wystąpić temperatury dużo wyższe bądź niższe od średniej miesięcznej wartości. Gdyby jeszcze przeanalizować strukturę średniej dobowej temperatury, a zwłaszcza temperaturę maksymalną i minimalną, to wtedy odczulibyśmy ostrość albo łagodność zimy w danej dobie" - podkreśla profesor Ziernicka-Wojtaszek w wiadomości mailowej nadesłanej do naszej redakcji.

Zwraca też uwagę, że odchylenie przeciętne temperatury powietrza w styczniu w Krakowie w latach 1991-2020 wynosi 2,9 stopnia, natomiast w lipcu tylko 1,3 stopnia. Zatem w styczniu można się spodziewać większych wahań, czyli odchyleń temperatury od normy (średniej wieloletniej) niż w lipcu. Jest to jedną z cech naturalnej zmienności naszego klimatu.

Kraków. Śnieżna zima na plantach (Fot. Beata Zawrzel/East News) Kraków. Śnieżna zima na plantach (Fot. Beata Zawrzel/East News)

Klimat Polski wykazuje w ostatnich ponad 100 latach - zauważa klimatolożka - stałą tendencję ocieplania, stąd w atmosferze znajduje się coraz więcej energii. "W konsekwencji procesy fizyczne są coraz bardziej dynamiczne, a zjawiska atmosferyczne coraz bardziej gwałtowne. Wyraźny i skokowy przyrost temperatury w skali globalnej i w Polsce zaznaczył się zwłaszcza od początku lat 80. XX wieku" - relacjonuje Agnieszka Ziernicka-Wojtaszek, dodając, że do atmosfery trafia coraz więcej energii w postaci ciepła, to zaś prowadzi do wzrostu intensywności zjawisk pogodowych.

Przykładowe statystyki klimatyczne z dwóch kolejnych trzydziestoleci referencyjnych (Fot. atlas-klimatu-polski-1991-2020.pdf) Przykładowe statystyki klimatyczne z dwóch kolejnych trzydziestoleci referencyjnych (Fot. atlas-klimatu-polski-1991-2020.pdf)

Jednoznacznych tendencji nie wykazują za to opady. Może poza jedną. "Zmieniła się ich struktura, głównie w ciepłej porze roku. Opady są bardziej gwałtowne, krótkotrwałe, niszczycielskie. Coraz częściej powodują powodzie i podtopienia" - zauważa profesor Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. I zaznacza, że jednocześnie jest coraz większa częstotliwość występowania "posuch atmosferycznych, rolniczych, hydrologicznych i hydrogeologicznych".

Zalegający śnieg - kroplówka dla środowiska

Po największych śnieżycach, lokalnie - na północy Mazowsza, a zwłaszcza na Warmii i Mazurach - pokrywa śnieżna osiągnęła grubość 50-60 cm. Czy to lokalnie zapewni komfort i sprawi, że wiosną nie trzeba będzie przejmować się suszą? - Pokrywa śnieżna jest dobrą wiadomością, natomiast należy studzić emocje. Nawet jeśli założymy, że pokrywa ma grubość 50 cm, co daje 50 litrów wody na metr kwadratowy, to i tak jest to jedna dwunasta opadu rocznego (średnio w Polsce opady wynoszą 600 mm rocznie). W dodatku to jest założenie najbardziej optymistyczne - podkreśla prof. Bogdan Chojnicki.

Zalegający śnieg, który przetrzymuje wodę w przyrodzie, jest niezwykle cenny, choć ostatnie opady nie rozwiążą problemu deficytu wody w środowisku. - Niemniej lokalnie, zbiorniczki czy małe cieki wodne na skutek tajania śniegu będą się wypełniać. Krajobraz będzie zdecydowanie wilgotniejszy, zwłaszcza w miejscach, gdzie opady śniegu były dość intensywne - wskazuje klimatolog z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Topniejący śnieg na polu (Fot. ARKADIUSZ ZIOLEK/East News) Topniejący śnieg na polu (Fot. ARKADIUSZ ZIOLEK/East News)

Pokrywę śnieżną w odpowiedni sposób spożytkują lasy, które "z opadem białego puchu radzą sobie doskonale". Jak wyjaśnia prof. Chojnicki, woda w lesie wytapia się wolnej, stąd wiosną na obszarach leśnych będzie jej stosunkowo dużo. A to oznacza komfortową sytuację dla drzew i innych roślin.

Problem suszy nie zniknie. Jak jej przeciwdziałać?

W ostatnich latach wiosną i latem powtarzał się scenariusz z suszą hydrologiczną. Zimy były niemal bezśnieżne, brakowało więc pokrywy białego puchu, która mogłaby na dłużej utrzymać w przyrodzie wodę. Tak też było m.in. w minionym roku. Co więcej, w niektórych regionach, wiosną i latem, deszcz nie padał tygodniami. Lasy były wyschnięte na wiór, doszło do serii groźnych pożarów, w tym do pożaru Biebrzańskiego Parku Narodowego, który strawił 450 ha. Susza wydrenowała część plonów, a tym samym kieszenie konsumentów (wzrost cen). Niepokojący był także stan rzek - w stolicy, na wysokości bulwarów, poziom wody w Wiśle spadł do rekordowych czterech centymetrów.

Jest to poważne wyzwanie, zwłaszcza że tendencje klimatyczne wskazują, iż problem nie tylko nie zniknie, ale wręcz będzie się nasilał. - Jesteśmy w dziwnej sytuacji. Polska przez setki lat była krainą bagien, tymczasem przynajmniej od 200 lat odwadnialiśmy wszystko, co tylko było możliwe. Tworzyliśmy, patrząc z ówczesnej perspektywy nadmiaru wody, optymalne warunki do produkcji rolniczej; do funkcjonowania. I to wszystko zapewne by działało, gdyby nie wzrost temperatury - komentuje prof. Bogdan Chojnicki.

- Zdolności retencyjne w krajobrazie zostały mocno zredukowane. A jest to wyzwanie cywilizacyjne dla naszego społeczeństwa. Musimy myśleć w kategoriach budowania odporności na niedobory wody, a te buduje się właśnie poprzez retencje - podkreśla nasz rozmówca.

Lato 2025. Niski poziom Wisły w Warszawie (Fot. Mateusz Grochocki/East News) Lato 2025. Niski poziom Wisły w Warszawie (Fot. Mateusz Grochocki/East News)

Piotr Szuster zwraca uwagę na konieczność renaturyzacji rzek (jest już prowadzona). - Polega ona na przywracaniu rzekom naturalnego biegu, fauny, flory; na sprawieniu, by mogły meandrować - mówi meteorolog, dodając, że renaturyzacja "pozwala przez dłuższy utrzymać wodę w hydrosferze". Do tego dochodzi, kontynuuje, m.in. budowanie (odpowiednio skonstruowanych) zbiorników retencyjnych, "nie tylko po to, by chroniły nas przed powodzią, ale by również magazynowały wodę". Ważne jest również utrzymywanie bagien i mokradeł, które również dobrze retencjonują wodę.

Sceptyczny wobec zbiorników retencyjnych jest prof. Bogdan Chojnicki ("bywają kłopotliwe: są kosztowne, a czasami potrafią pogorszyć warunki retencyjne"), który koncentruje się na retencji glebowej; na tym, by "przytrzymywać wodę (opóźniać jej odpływ), gdzie tylko jest to możliwe". -  Chodzi o to, aby woda znalazła się w glebie, bo stamtąd jest pobierana przez rośliny - argumentuje. Skracanie okresów z deficytami wody, nadmienia, jest równoznaczne z budowaniem odporności gospodarki na szerokie skutki zmian klimatu.

Walka z dezinformacją

W przestrzeni publicznej regularnie pojawia się problem nieświadomego wprowadzania opinii publicznej w błąd, jak również jej celowego dezinformowania w zakresie kryzysu klimatycznego - zauważa Piotr Szuster. Ekspert IMGW wskazuje, że nie brakuje grup wpływu, które starają się wykorzystywać i pogłębiać niewiedzę innych ludzi. - Na pewno zmiany klimatyczne, potwierdzone wieloletnimi badaniami, będą negowane przez pryzmat jednego sezonu zimowego. W takich sytuacjach kluczowa jest edukacja - zaznacza meteorolog.

Czytaj także:

Źródło: PolskieRadio24.pl/Łukasz Lubański

Polecane

Wróć do strony głównej