Norweska rakieta na celowniku Rosji. Ta pomyłka mogła wywołać wojnę nuklearną
Nawet najbardziej nerwowy moment w erze zimnej wojny nie doprowadził do tego, co stało się 25 stycznia 1995 roku. Tego dnia w reakcji na alarmujące doniesienia wojska władze Rosji po raz pierwszy w dziejach wszczęły procedurę bezpośredniego przygotowania broni jądrowej do ataku.
2026-01-24, 09:20
- Białoruś buduje tajny poligon. Zdjęcia satelitarne ujawniły prawdę
- Dziwne tańce na mapie. Trzy pary rosyjskich bombowców nad Japonią
Incydent
Przez pełne napięcia osiem minut świat stał na krawędzi wojny atomowej. Wszystko zaczęło się rankiem 25 stycznia 1995 roku. O godzinie 9.24 czasu moskiewskiego (7.24 czasu środkowoeuropejskiego) operatorzy stacji radarowej wczesnego ostrzegania w Oleniegorsku (obwód murmański) dostrzegli złowieszczy błysk na ekranie.
Wszystko wskazywało na to, że na północno-zachodnim wybrzeżu Norwegii wystrzelona została wielostopniowa rakieta, która bardzo szybko wznosiła się w niebo. Analizując jej lot wojskowi doszli do wniosku, że może to być pocisk balistyczny Trident wystrzelony z amerykańskiej łodzi podwodnej. Operatorzy radaru wstrzymali oddech. Rakieta tego typu mogła w ciągu kwadransa przenieść nad Moskwę osiem głowic nuklearnych.
Natychmiast powiadomiono prezydenta Federacji Rosyjskiej Borysa Jelcyna. I wtedy właśnie pierwszy i jedyny raz w dziejach przywódca państwa posiadającego broń jądrową poczynił bezpośrednie przygotowania do przeprowadzenia ataku atomowego. Uruchomił tzw. "nuklearną walizkę" zawierającą instrukcje i klucze służące do uzbrojenia głowic pocisków jądrowych.
Chwilę później przekazano mu pilną wiadomość: nikt nie atakuje Rosji. Rakieta nie była wycelowana w Moskwę, zaczęła się oddalać w przeciwnym kierunku, a kilkanaście minut później upadła na terytorium Spitsbergenu. Jelcyn zamknął "walizkę" i nigdy już nie użył jej ponownie.
"Walizka nuklearna" jako eksponat muzealny w Centrum Jelcyna w Jekaterynburgu w Rosji. Fot. Александр Сигачёв/Wikimedia/CC0 Rosyjski bałagan
O trwającym kilka miut stanie alarmowym nie poinformowano obywateli Rosji, a depesze moskiewskiej agencji informacyjnej Interfax, wysłane w świat dopiero kilka godzin później, były tak sformułowane, że na pewien czas zapanował chaos informacyjny. Z informacji wynikało bowiem, że Rosjanie zestrzelili pocisk nadlatujący nad ich kraj. Dopiero po godzinie Interfax sprostowała doniesienia, tym razem przekazując je zgodnie z faktami.
Potwierdziło je ministerstwo obrony Norwegii, oświadczając, że wystrzelenie rakiety odbyło się całkowicie pokojowo i było częścią cywilnego programu naukowego mającego na celu zbadanie zorzy polarnej. Norwegowie dodali, że lot przebiegł zgodnie z planem i zakończył się tak, jak przewidziano - rozbiciem pocisku w przygotowanym punkcie na Spitsbergenie. Wyrazili też zdziwienie paniką w Moskwie, ponieważ kilka tygodni przed startem poinformowali o nim 30 krajów, w tym Rosję.
Tymczasem rosyjskie wojsko nadal zastanawiało się, czy była to prowokacja mająca na celu przetestowanie jego systemów radarowych. Władze w Moskwie były przewrażliwione na tym punkcie co najmniej od 1987 roku. 19-letni Niemiec Mathias Rust wystawił wówczas na pośmiewisko radziecką obronę przeciwlotniczą, która nie przeszkodziła mu w nielegalnym przelocie nad terytorium ZSRR i lądowaniu na Placu Czerwonym.
Ale norweska rakieta nie była celowym sprawdzianem rosyjskiej gotowości. Właściwy test Rosjanie oblali znacznie wcześniej, choć był on zupełnie przypadkowy. Okazało się bowiem, że informacja o starcie rakiety meteorologicznej Black Brant XII, wysłana w grudniu 1994 roku do rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, nie została przekazana przez ten resort tam, gdzie powinna była trafić. Dlatego o wystrzeleniu pocisku nic nie wiedział ani Sztab Generalny, ani nikt inny w rosyjskim wojsku, w tym służby radarowe. Powiadomiono jedynie... marynarzy.
Start rakiety Black Brant XII - bliźniaczej względem pocisku z 1995 roku - wystrzelonej z Norwegii w 2010 roku. Fot. NASA/domena publiczna Co by było, gdyby...
Incydent z 25 stycznia 1995 roku jest dziś anegdotą z dziejów broni jądrowej, ale komentarzy nie są zgodni w ocenie wagi tego wydarzenia. Brytyjska BBC cytuje zdanie byłego pracownika CIA, który uznał, że był to "najbardziej niebezpieczny moment ery rakiet nuklearnych". Niektórzy podkreślali fakt, że bezprecedensowe użycie "atomowej walizki" zbliżyło świat do apokalipsy bardziej, niż w jakimkolwiek innym punkcie historii.
Inni, jak Pavel Podvig, ekspert ONZ do spraw rozbrojenia jądrowego, byli bardziej powściągliwi, stwierdzając, że w dziesięciostopniowej skali ryzyka wybuchu wojny atomowej daliby temu zdarzeniu najwyżej trzy. Spekuluje się zresztą, że informacja o otwarciu "walizki" przez Jelcyna mogła zostać sfabrykowana po fakcie.
Źródło: Polskie Radio/Michał Czyżewski
Na podstawie: https://www.bbc.com/culture/article/20260116-how-a-norwegian-weather-rocket-almost-sparked-a-nuclear-war